lotto partner główny serwisu
wt. Maj 21, 2019

Dołomisiewicz: Ten lekarz uratował mi życie

Rozmowa z Ryszardem Dołomisiewiczem, pierwszym wielkim rywalem Tomasza Golloba, finalistą IMŚ 1986 (Chorzów), a dziś m.in. telewizyjnym ekspertem i… mistrzem dygresji.

Gdyby nie fatalna kontuzja odniesiona w 1991 roku, to Pan zostałby na lata pierwszym wielkim rywalem Tomasza Golloba, a przy okazji klubowym kolegą. Takim Piotrem Protasiewiczem z późniejszych lat. Czyż nie tak?

Nie, to raczej błędna ścieżka rozumowania. To był czas, gdy jeszcze zupełnie inaczej wyglądała baza trenerska, menedżerska, ubezpieczeniowa, płacowa, logistyczna, sprzętowa… Sądzę, że obecni zawodnicy w tamtych czasach by sobie nie poradzili.

Bo dziś żądają gwarancji startów, niekiedy też czerwonych czepków, lepszych numerów, pól startowych?

Nie daliby sobie rady pod względem psychologicznym, w sensie wytrzymania ciśnienia i walki o skład, przebijania się. Dziś obserwujemy w Polsce trend, który na zachodzie był praktykowany od lat 40. czy 50. Tzn. mamy wszechobecny dobrobyt i kapitalizm, a jeśli ktoś chce się realizować w jakiejś dyscyplinie, w jakiejś pasji, musi zabezpieczyć sobie wszystko we własnym zakresie. Proszę spojrzeć na Nową Zelandię, tacy zawodnicy jak Ivan Mauger, Barry Briggs czy Ronnie Moore wypłynęli w tym sporcie tylko dzięki olbrzymiej determinacji. Musieli odbyć podróż do Europy i walczyć. Dziś w Nowej Zelandii żużel jest czystą zabawą, o ile w ogóle, tam popularniejsze są inne wyścigi, np. sidecarów.

A na kartach historii, gdyby wziąć pod uwagę tytuły IMŚ, wciąż wyglądamy jak ubodzy krewni Nowozelandczyków. My mamy dwa takie tytuły, oni dwanaście. Ot, paradoks.

Kiedy Mauger po pierwszym czy drugim tytule przyjechał do Polski, mówił, że czuje się w jakiś sposób spełniony. Stwierdził też wtedy, że gdy startował na torach angielskich, wydawało mu się, że jest jednym z najlepszych. Ale kiedy trafił do naszego kraju i troszkę sobie na wszystko popatrzył, uznał, że przynajmniej kilku, kilkunastu zawodników jeździ na poziomie równorzędnym lub nawet lepszym.

Sugeruje Pan zacofanie technologiczne za żelazną kurtyną?

Nie do końca, wtedy dominowała jeszcze dwuzaworowa Jawa i nadążała za światem. Wyścig technologiczny zaczął się na początku lat 80. i wtedy rzeczywiście nie szło nawiązać walki ze światem. Poziom jeździecki spadł. Podobna sytuacja ma miejsce teraz w Danii. Są tam świetni zawodnicy, lecz z jakichś powodów nie nadążają technologicznie. Dziś wszyscy dorwali się do tytanu, ale wtedy to Duńczycy korzystali z niego niemiłosiernie. Lata 1980-85 to był ich złoty okres. Bodajże w 1987 roku wszedł jednak zakaz używania tytanu i wtedy ich przewaga zaczęła topnieć. W drugiej połowie lat 80. dziesięć-piętnaście kompletnych rozwiązań Goddena dostało się też do Związku Radzieckiego i Rosjanie zaczęli wieść prym. Nie chodziło wyłącznie o silnik, ale też o inne rozwiązania układu jezdnego, stąd też łatwiej się taki motocykl prowadziło. Choć i Jawa do samego końca produkowała jedną z lepszych ram. A gdy czeska firma zaczęła powoli znikać z horyzontu, na rynek mocno zaczął wchodzić Giuseppe Marzotto, będący już po zakończeniu kariery zawodniczej. Głównie zajął się wtedy hodowlą indyków, a produktem ubocznym codziennego życia zawodowego i pasji zarazem okazały się wypuszczane dość regularnie silniki GM-a. Wreszcie po 1990 roku i Polska przestała być traktowana jako piąte koło u wozu. Od czasu do czasu udawało się szczątkowo coś dobrego pozyskać. Do dziś jednak rynek jest zdominowany przez GM-y, najbardziej przez tunerów rozpracowane. Jeśli silnik standardowo się trafi niezły, to przy takiej sztuce wrzuconej na hamownię nie trzeba robić kompletnie nic. Zresztą takie egzemplarze okazują się później zdecydowanie najtrwalsze. O niebo bardziej niż te, które trzeba było zmieniać.

Na podstawie powyższego wykładu wnioskuję, że nie należał Pan do tej grupy zawodników, którzy siadali tylko na maszynę i nic ich więcej nie interesowało.

Po prostu pewne rzeczy trzeba zrozumieć i uczestniczyć przy tuningu. Owszem, bez najmniejszego problemu potrafiłbym złożyć silnik, ale już tuningu bym się nie podjął. Nie mam do tego charakteru, diabli mnie biorą, gdy ileś czasu trzeba przy maszynie posiedzieć, a to frezarka, a to drążarka czy tokarka. Wiedzę trzeba umieć wykorzystać, bo gdy rozpada się pierwszy silnik, to wytyczne z zeszytu już się nie liczą. Już się trzeba nastawiać na zupełnie inną technikę jazdy. Myśmy w Bydgoszczy mieli zawsze dobrą bazę, a i tytan na półce też się pojawił, lecz nie zdążyliśmy już z niego skorzystać. Już był wtedy zakazany. Podsumowując – zawodnik musi uczestniczyć przy budowie silnika, znać choćby stopień sprężenia czy długość korbowodu, bo w ślad za tym dobiera się podstawowe ustawienia jak dysza, przełożenie czy zapłon. Zawodnik musi pewne rzeczy wyczuć, umieć wymacać po samej budowie.

Pana kto do tej wiedzy dopuścił?

Początkowo w warsztatach żużlowych rządzili mechanicy typu… mechanicy, aż pojawił się zmarły w 2018 roku Zygfryd Łapa, którego syn pracował, a może i wciąż pracuje, u Petera Johnsa. Był też Leszek Nogowski i cała plejada zakładów, które wspierały nas w sensie technicznym: Polon, Makrum czy Formet. Duży wkład w całość miał również Andrzej Koselski, bo to on technologicznie pilotował, był spoiwem. Ja też wtedy troszkę więcej jeździłem na zachód i poznałem Josefa Trupkovicia, osiadłego w Niemczech Jugosłowianina. Jego syn, Mario, tak kiedyś przypieprzył w Bydgoszczy w dechy, że bandę ze trzy dni musieli naprawiać. Wiele czasu musiał spędzić w miejscowym szpitalu, co było wówczas ogromnym problemem, ludzie z zachodu musieli za żelazną kurtyną płacić za opiekę niemałe pieniądze. Josef był wdzięczny Polonii za okazaną pomoc i sam też nam bardzo pomógł w pozyskaniu podzespołów od duńskich koncernów czy z niemieckich laboratoriów. Po 1990 roku miałem już przygotowaną naprawdę fajną bazę silników.

Jest Pan mistrzem dygresji… A co z tymi Gollobami?

Historia była tego typu, że Władysław Gollob wychowywał Jacka i Tomka w sensie sportowym, natomiast rodzeństwa było tam więcej. Oni we dwójkę brali udział w wyścigach ulicznych, crossach, rajdach enduro itd. Wszędzie się pojawiali. Pamiętam, że pan Władysław podniósł nam ciśnienie jeszcze w klubie Wyczół Gościeradz, gdy podszedł do prezesa i powiedział, że chciałby odkupić jeden z motocykli crossowych, simsona o pojemności 50 ccm. Nie mielibyśmy na czym się ścigać, ale prezes Jerzy Nawrocki dbał o to, by w okolicach Wtelna młodzież interesowała się sportami motorowymi. Gdy byłem już na tyle fizycznie ukształtowany, trafiłem w końcu do bydgoskiego żużla, ale na równoległe trenowanie motocrossu nie pozwolono mi. Powiedziano, że mam dojechać do licencji. Gdy ją zdobyłem, w klubie była akurat duża zapaść, jeśli chodzi o zawodników, trochę ich kontuzje przetrzebiły. Henryk Glucklich nie dawał już rady z racji wieku i przebytych urazów, a ja – w przeciwieństwie do reszty – bardzo szybko zacząłem, jako piętnastolatek. Rok później tę licencję już miałem, natomiast regułą było raczej wówczas jej zdobycie w wieku lat 18-19. Gollobowie też pojawili się w klubie szybko, w  dodatku objeżdżeni we wszelkiej maści zawodach. Ryszard Nieścieruk miał swego czasu zmierzyć, że na ulicznym torze w Kielcach młody Tomek poruszał się z prędkością 250 km/h, tak świetnie miał przygotowany motocykl, dwa razy lepiej od rywali. To było zasługą ojca, choć z racji jego życiowego podejścia wszystko wisiało na sznurach i gumkach, w efekcie czego trzeba było często zjeżdżać z toru. Ale Gollobowie nie bawili się w żadne niesportowe podchody, tylko cisnęli pod kątem wyrobienia sobie techniki sportowej, zadziorności, nieustępliwości i dobrze dobranej bazy sprzętowej. Potrafili tak długo drążyć temat i chodzić wokół niego, aż wydusili dla swoich celów, co trzeba. A zgrzyty były między Nieścierukiem i Władkiem, Tomek i Jacek nie angażowali się w żadne pyskówki. Całą czarną robotę, świetną, odwalał ojciec, zresztą twierdzę, że gdyby bracia przyszli wtedy do klubu osobno, mogliby się nie przebić.

Tomasz, ze swoim talentem, również?!

Swego czasu niezłym zawodnikiem był Krzysiek Głowacki. Świetnie się zapowiadał, miał kapitalny motocykl, lecz przestał robić wynik, nie potrafił swoich zdolności przełożyć na tor. Z Gorzowa natomiast przyszedł Ryszard Fabiszewski i mimo że na treningach przegrywał z Głowackim, to Nieścieruk uznał, że szybki motocykl Krzyśka ma trafić do Fabiszewskiego właśnie. Bo ten będzie w czasie meczu nieustępliwy, natomiast do Głowackiego przylgnęła karteczka – nie wytrzymuje presji. Głowacki, ze swoją ogromną wiedzą, zaczął się więc z czasem realizować jako szkoleniowiec. I to on wpadł na pomysł, by zwrócić się do Gollobów, czy nie chcieliby spróbować swoich sił na torze żużlowym. Bo obserwował ich wyniki poza speedwayem i uznał za obiecujące. Ktoś, kto ma pewne wyobrażenie o prowadzeniu motocykla, widział gołym okiem, że Tomkowi przychodzi to wszystko w sposób naturalny. Nieścieruk, który sam nigdy nie jeździł, też miał olbrzymie wyczucie selekcyjne i menedżerskie. Miał też tę zaletę, że nie zamykał parkingu przed zawodnikami, którzy pokończyli swoje kariery. Oni byli zapraszani, czasem się też przebierali i nawet jeśli jechali z tyłu, to potrafili później przekazać mnóstwo cennych wskazówek. Nieścieruk był żądny sukcesu i powiedział wówczas mnie więcej to, że Tomek może zostać, natomiast Władek i Jacek mają z parkingu spier… i się nie pokazywać. Wtedy Tomek wstawił się za resztą rodziny, mówiąc, że skoro tak, to on woli sobie znaleźć inne zajęcie w życiu. Krótko po tym zdobył licencję, choć za drugim razem dopiero. Za pierwszym razem się nie udało przy wydatnej pomocy Nieścieruka. Mnie przy tym nie było, ale pamiętam podśmiechiwania. A z czasem, z uwagi na kontuzje, i Nieścierukowi zaczęło zależeć na Gollobie. Rodzina wybrała się na jakiś czas do milicyjnego Wybrzeża Gdańsk, a w tym czasie ustrój się zmieniał. Podjęto rozmowy, by Tomek wrócił, a ja byłem już ukształtowanym zawodnikiem. A więc Gollobowie w niczym mi nie przeszkadzali. Miałem pewną pozycję, nie interesowało mnie to, co działo się dookoła. Zresztą jeszcze jako junior oblatywałem zawody młodzieżowe, seniorskie i ligę. W domu w ogóle nie byłem obecny. Jak kupiłem córce świnkę morską i po dwóch tygodniach wróciłem do domu, to mnie świnka ugryzła, bo nie znała. A łapki moje się do miłego futerka kleiły.

Czyli Gollobowie Dołomisiewiczowi nie wadzili…

Czy pan Władysław próbował robić coś pozasportowego pod kątem wypalania terenu, to mnie nie interesowało. Znałem swoją wartość. Mimo że w klubie rzadko się z Gollobami widywaliśmy, to gdy trzeba było stanąć razem w drużynie, świetnie się na torze rozumieliśmy. Zresztą Gollobowie mieli podobny styl działania do mojego – szykowali się do zawodów, analizowali rywala, rangę imprezy i wtedy dopiero decydowali, czy warto iść na maksa, czy może oszczędzać siły na poważniejsze ściganie. W 1990 roku sięgnęliśmy wspólnie z Tomkiem po mistrzostwo Polski par klubowych w Rzeszowie, a rok później w Bydgoszczy, choć byłem dopiero kilka tygodni po złamaniu kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Mówiąc nieco obrazowo, nie musieliśmy zamieniać ze sobą ani zdania, nie ustalaliśmy żadnej taktyki. Tomek po prostu świetnie wiedział, co kiedy zrobić. To była jazda-bajka.

W 1991 roku nie znalazło się jednak dla niego miejsce w poznańskim finale mistrzostw świata par. Obok Pana pojechali Wojciech Załuski i Piotr Świst. Skończyło się ostatnim miejscem, nawet za Włochami, a reprezentację prowadził… Nieścieruk. Nie próbował Pan wtedy wstawić się za Tomaszem?

Sprawa wyglądała podobnie jak teraz z komisarzami technicznymi. Na pewne rzeczy nie ma się wpływu, liczy się głos wielkiego brata. Wtedy generalnie stawiano na Wojtka i Piotrka, ich oceniano najwyżej, ich postrzegano jako czołowych zawodników. Albo ja bym nie pojechał, albo Tomek.

Wtedy jeszcze mógł wiele nie pomóc.

Tu się nie zgodzę. Nie mam wątpliwości, że w pewnych sytuacjach pomoc partnera okazałaby się zbawienna. Rywale świetnie wiedzą, w kogo wjechać i kogo wyeliminować, a gdy ma się obok wsparcie, jest im już dużo trudniej.

W 1986 roku to Pan okazał się polskim jedynakiem w chorzowskim finale IMŚ, zajmując 11. miejsce z sześcioma oczkami (1,2,0,2,1). Niżej w klasyfikacji znaleźli się Cox, Maier, Kasper, Castagna, Shirra. Całkiem nieźle, jak na mroczne lata 80 i jak na dwudziestolatka. Rozumiem, że trafiło na Pana, bo w finale kontynentalnym w Wiener-Neustadt uplasował się Pan najwyżej z Biało-Czerwonych?

Jeszcze przed tymi zawodami powiedziano, że w Chorzowie pojedzie najlepszy z nas. Ten swoisty finał europejski był wtedy takim niechcianym dzieckiem, cztery miejsca premiowano wówczas awansem.

A Pan wywalczył szóstą lokatę. Petr Vandirek, który był oczko wyżej, został rezerwowym.

Tak. Nacisków było wiele, by postawić jednak na któregoś z seniorów. Wtedy w Chorzowie czwarte miejsce zajął mój rówieśnik, Jimmy Nilsen. Myśmy się świetnie znali z toru, bo organizowano wówczas młodzieżowe czwórmecze z udziałem Szwedów, Duńczyków, Niemców z RFN-u oraz Polaków. Szwedzi, jak Nilsen, Jonsson, już byli obyci, objeżdżeni, ale podczas tych juniorskich zawodów często przywoziliśmy ich z tyłu. W Chorzowie natomiast handicap własnego toru nie do końca się sprawdził. Bo jednak był to tor, de facto, niejeżdżony. Niby Gienek Skupień układał go tak, jak chcieliśmy, ale w zderzeniu z doświadczeniem Skandynawów, Brytyjczyków trzeba było ukończyć zawody poza dziesiątką. Pamiętam, że ósmy był wówczas Neil Evits, jeden z najlepszych zawodników brytyjskich. Wtedy jego jazda była dla mnie wielką zagadką, dopiero później okazało się, że jest zawodnikiem bardzo łatwym do rozpracowania. Nie mieliśmy jednak takich możliwości, by ich podglądać. Oni natomiast znali upodobania Polaków. Mieliśmy nawyki z długich, szerokich torów i potrafili mnie objeżdżać prostymi trickami. Poza tym trenerem kadry był wtedy Jan Malinowski, a jego asystentem Nieścieruk, jednocześnie opiekun Polonii Bydgoszcz. Członkiem zespołu, do czasu, był natomiast Stanisław Kasa, któremu po wypadku z Janem Ząbikiem wycięto biodro. Potrafił patrzeć na wiele spraw szerzej, psychicznie podjeżdżał swoich rywali w sposób mistrzowski. Widział wiele, świetnie doradzał w kwestii dopasowania motocykla czy doboru ogumienia, a przecież wtedy mieliśmy jeszcze cztery rodzaje opon. Nieścieruk wygonił go jednak na trybuny, by samemu się wypromować.

Pańską karierę zakończył wypadek na torze ROW-u Rybnik w sierpniu 1991 roku. Miał Pan wtedy zaledwie 25 lat…

Niekiedy ludziom się wydaje, że zawodnik siada na motocykl oderwany od stolika z kawą, by odjechać cztery czy pięć wyścigów bez pojawienia się kropelki potu na czole. A przecież trzeba przejść porządną rozgrzewkę. Ci, którzy tego nie robią, dwa pierwsze wyścigi mogą spisać na straty…

…mistrz dygresji i malowania tła. A wypadek?

Wiosną tamtego roku złamałem w Bydgoszczy kręgosłup (podczas Kryterium Asów, po ataku na Tomasza Golloba – WoK), a że bolało w okolicach miednicy, to pierwsza myśl – znów rusztowanie nie wytrzymało. Bo osłabione. Dla bezpieczeństwa nie wstałem, wzięli mnie na nosze i zawieźli karetką na pogotowie. Niby było dobrze, wyniki niezłe, a i towarzystwo ze mną wesołe. Sam też nie robiłem tragedii, więc lekarz powiedział, że mogę się pakować, bo on nie widzi przeciwwskazań. Na koniec wzięli mnie jednak na pobranie próbki moczu i okazało się, że wesoło nie jest. Pojawiła się krew. A w szpitalu, jak to w weekend, jeden dyżurny, w dodatku nie specjalista, tymczasem sprawa urologiczna poważna. Był jednak z nami lekarz od… stawiania pieczątek. Taki, który podróżował z drużyną na wyjazdy po to, by po byle uślizgu miejscowy medyk nie stawiał diagnozy, iż zawodnik gości jest niezdolny do kontynuowana zawodów. To był młody dr Listopadzki, wtedy jeszcze w trakcie robienia specjalizacji urologicznej, ale już lekarz medycyny. On podniósł raban, że jest ostry brzuch – jeszcze wtedy nie wiedziałem, co się pod tym pojęciem kryje – a pacjent do natychmiastowej operacji. To on uratował mi życie. Po blisko miesiącu leczenia wróciłem do Bydgoszczy, ale po każdej z trzech operacji było tylko gorzej. Zapalenie otrzewnej to nie błahostka. Brzuch miałem spuchnięty jak martwe zwierzątko gotowe do pęknięcia. W bydgoskim Szpitalu Wojskowym dr Stępień wyznaczył do mojego leczenia dr. Dudzica i do dziś musi niekiedy swój pordzewiały już skalpel przy mnie uruchomić. Początkowo nawet widziałem szansę, by wrócić na tor, mogłem chociażby pójść do innego klubu, bo w Polsce zaczynał się właśnie system kontraktowy. W 1992 roku trenerem Polonii został Władysław Gollob, ale w razie czego mogłem też podjąć starty w ligach zagranicznych. Miałbym odpowiednią licencję wydaną, mógł w tym pomóc Ryszard Nieścieruk. Ale nie byłem już w stanie się ścigać.

A dziś bawi się Pan m.in. rolą eksperta telewizyjnego w Polsacie Sport.

To stacja, która o komentarz ekspercki prosi byłych zawodników, a więc ludzi ze znajomością tematu. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy nadal będę się regularnie pojawiał na wizji, w każdym razie w stacji wiedzą, że mogę swój czas dopasować. Jeśli natomiast potrzebny nie jestem, też otrzymuję odpowiednio wcześniej sygnał, bym mógł sobie planować życie.

Jestem ciekaw, jak taki gaduła jak Pan mieści się w sztywnych ramach telewizyjnych.

Nie zdawałem sobie sprawy, że to tak wielkie wyzwanie, a telewizja. Rywalizacji trzeba się przyglądać z góry, szybko orientować w sytuacji i jeszcze krótko swoją wypowiedź zredagować. Na tyle krótko i szybko, by zmieścić się w określonym przedziale czasowym. Tu nie ma miejsca na wywody, jak choćby w rozmowie z panem, tu trzeba rzucić lakoniczną, celną uwagą. Albo się wie, albo się nie wie. A to, co było widoczne z jednej kamery, nie zawsze okazuje się prawdą. Taki przykład miałem w Gnieźnie, gdy Start podejmował ROW Rybnik w półfinale play-off Nice 1. Ligi Żużlowej. Na pierwszym łuku Kacper Woryna wypchnął głęboko Bentzona, ten się jednak pod płotem pozbierał i kiedy Kacper wychodził pewnie z wyjścia środkiem toru, został podcięty przez Szweda. Tak to wyglądało. Sędzia wyrzucił Berntzona, bo nie miał czasu na oglądanie iluś powtórek z innych kamer. Tymczasem ja mogłem to zrobić i kątem oka dostrzegłem, że Szwed to wypchnięcie przekuł w sukces, natomiast z wyjścia Kacper wykontrował motocykl, przez co zahaczył przednim kołem rywala. Uderzenie było tak silne, że Kacpra przekręciło bączkiem w prawą stronę, ale to on był winny zdarzenia. Choć sędzia decyzji już nie zmienił. Przestrzegam jednak przed wieszaniem na arbitrach psów, bo oni nie zawsze mogą sobie pozwolić na oglądanie w nieskończoność powtórek.

Pan w swoich bon motach potrafi też błysnąć wiedzą powszechną, pozażużlową, np. imieniem konia Aleksandra Wielkiego. Podejrzewam, że w środowisku tylko pojedyncze osoby wiedzą, że był taki Bucefał.

Trochę czasu spędzam w podróżach, a wtedy jakąś książkę do ręki się weźmie…

Rozmawiał Wojciech Koerber

4 thoughts on “Dołomisiewicz: Ten lekarz uratował mi życie

    1. Pana Ryszarda pamiętam min. z meczu Unia Tarnów – Polonia Bydgoszcz, kiedy po czterech bezsprzecznych zwycięstwach uległ niespodziewanie w biegu piętnastym uległ parze gospodarzy a Polonia nie mogła wywieźć z południa kraju dwóch punktów, przegrywając 46:44. Wtedy pierwszy raz na torze w Tarnowie pojawił się Tomasz Gollob. Wśród mych znajomych posiadających program tamtych zawodów, nazwisko późniejszego mistrza zapisane jest w kilku wersjach. Pytanie, czy guru bydgoskich majstrów w klubowym warsztacie nie miał czasem na imię Zygfryd a nie Zygmunt?
      Jedyna korzyść ze spadku mojej Unii jest taka, że jej mecze będzie komentować Ryszard Dołomisiewicz.

  1. Rewelacyjny wywiad. Gratulacje. Poziom zdecydowanie wyższy, aniżeli na portalu “klikowym”, “pudelkowym”. Jestem kupiony! Dziękuję i proszę trzymać poziom. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.