Troy Batchelor. Foto: KŻ Orzeł Łódź
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Troy Batchelor przed laty był kreowany w Lesznie na następcę Leigh Adamsa. Ostatecznie szefostwo klubu pożegnało go, a on następnie zaliczył życiowy sezon w Sparcie Wrocław. W tym roku startował w drugoligowej Unii Tarnów, lecz jego przyszłość w polskiej lidze wisi na włosku.

 

Troy Batchelor urodził się 29.08.1987 roku w australijskim Brisbane. Motocyklami zaczął się interesować w wieku czterech lat, a po raz pierwszy na maszynę żużlową wsiadł jako dwunastolatek. Po przejściu na 500cc również brylował, a pierwszy kontrakt w polskiej lidze podpisał w leszczyńskiej Unii. Zadebiutował w niej w 2007 roku, gdzie walnie przyczynił się jako 20-latek do pierwszego złota Byków po osiemnastu latach. W swoim debiutanckim sezonie zdobywał średnio 1,51 punktów na bieg.

Następne dwa lata nie były dla niego szczęśliwe, bowiem utalentowany Australijczyk często łapał kontuzje lub po prostu przegrywał rywalizację o skład z innymi zawodnikami. W 2008 roku jego średnia wynosiła 1,11, a rok później 0,83 w zaledwie dwunastu startach. W kolejnych sezonach Troy ustabilizował swoją formę i o wiele częściej gościł w składzie, niż to miało miejsce wcześniej. Przez 3 lata jednak nie potrafił przebić bariery 1,60 punktów na wyścig i w końcu szefostwo Unii zrezygnowało z jego usług.

Zmiana środowiska miała wyjść obu stronom na dobre. Unia chciała odzyskać wcześniejszy blask, a Batchelor wciąż marzył o cyklu Grand Prix i solidniejszej dyspozycji w lidze. Wyszło mu na dobre, ponieważ na początku 2013 roku został indywidualnym mistrzem Australii, a w lidze w barwach Betard Sparty Wrocław osiągnął życiową formę zdobywając średnio 2,04 punktów na wyścig. Australijczyk dodatkowo, dzięki rezygnacji Emila Sajfutdinowa ze startów w cyklu SGP na kolejny sezon, zajął jego miejsce.

Niestety huraoptymizm nie potrwał zbyt długo, bowiem zaliczył on ponownie bardzo duży zjazd. Przed sezonem w trakcie cyklu o mistrzostwo Australii uszkodził więzadła w kolanie, co również przeszkodziło mu w solidnym przygotowaniu się do sezonu. W kolejnym roku w Sparcie zanotował bardzo mizerną średnią 1,38, a ponadto nie zdołał się utrzymać w Grand Prix. Zajął w nim dziewiąte miejsce, posiadając 91 punktów, jednakże dzięki takim występom jak w Tampere, Vojens oraz w Kopenhadze, gdzie zajął drugą pozycję z dwudziestoma punktami, przekonał władze cyklu do swojej osoby i został nagrodzony dziką kartą na 2015 rok.

Żegnając się z Wrocławiem podpisał kontrakt w pierwszoligowym ROW-ie Rybnik. Zanotował on bardzo świetny sezon, będąc szóstym najskuteczniejszym zawodnikiem Nice 1. Ligi Żużlowej zdobywając średnio 2,25 punktów na bieg. Poprzez problemy licencyjne, zaproszenie do ekstraligi otrzymał właśnie jego zespół z Rybnika i dzięki temu po roku przerwy powrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej. Z Grand Prix ostatecznie odpadł meldując się na dwunastej pozycji, czyli jeszcze gorszej, niż rok wcześniej. Na pochwałę jedynie zasługuje jego drugie podium w karierze – był trzeci w Daugavpils, w zawodach, które przerwano po czterech seriach ze względu na opady deszczu.

Niestety powrót do PGE Ekstraligi był bardzo bolesny. Nie załapał się do pierwszego składu, żegnając się tym samym z Rybnikiem na rok. Następnie podpisał kontrakt w Gdańsku, gdzie był solidnym zawodnikiem zdobywając nieco poniżej dwóch punktów na bieg. W 2018 powrócił do Rybnika, gdzie spędził dwa bardzo udane lata w pierwszej lidze. Zdobywał ponad 2 punkty na wyścig i był jednocześnie jedną z gwiazd zaplecza ekstraligi.

Jego plany o powrocie do Ekstraligi pokrzyżowała pandemia. Co prawda Troy wystąpił w trzech spotkaniach w Rybniku w 2020 roku, lecz prezentował się nadzwyczaj słabo.

W tym sezonie powrócił on do polskiej ligi, podpisując kontrakt w Tarnowie. Wziął udział w sześciu meczach, notując średnią 1,16. Nie wiadomo, czy znajdzie on kolejny klub w drugiej lidze lub czy tarnowska Unia zaufa mu ponownie. Troy w dalszym ciągu startuje na Wyspach Brytyjskich, lecz tam również nie prezentuje swojej najlepszej formy. Można, więc śmiało rzec, że jest jednym z najbardziej zmarnowanych potencjałów w historii australijskiego żużla.