Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle punktów po dwóch turniejach IMP mają Bartosz Zmarzlik oraz Dominik Kubera

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów po dwóch turniejach IMP mają Bartosz Zmarzlik oraz Dominik Kubera
Emil Sajfutdinow (z prawej) i Janusz Kołodziej. fot. Jędrzej Zawierucha
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Internet dał kibicom dostęp do wyników i wiadomości ze świata żużla niemal w każdym momencie dnia. Wystarczy tylko sięgnąć po telefon. Niestety dał jeszcze jedną możliwość – anonimowego obrażania swoich idoli, jeśli tylko nadejdzie taka ochota.

 

 

Postanowiliśmy zapytać kilka osób ze środowiska żużlowego o to, jak sobie radzą z hejtem w ich kierunku. Co ciekawe, chętnie rozmawiają na ten temat, niekiedy anonimowo. Uważają bowiem hejt za kwestię godną poruszenia. 

Jako pierwszego postanowiliśmy „sprawdzić” prezesa Abramczyk Polonii Bydgoszcz. Bywały ostatnio tygodnie, kiedy był on pod mocnym „ostrzałem” internautów.

– Tematyka hejtu jest mi oczywiście jak najbardziej znana. Powiem panu, że, w tym wypadku na szczęście, jestem już starej daty i nie jestem internetowy. Staram się nie czytać komentarzy. Częściej robią to moi synowie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że te najbardziej „przyjemne” płyną najczęściej anonimowo. Ja przeciwko krytyce nic nie mam, ale jak już ktoś krytykuje, to chyba nie powinien się wstydzić swojego nazwiska i krytykując powinien pokazać swoje dane. Problem jest taki, że Internet daje anonimowość oraz dowolność treści. Nie ma więc innego wyjścia, aniżeli nie czytać i po prostu robić swoje – mówi nam prezes Polonii, któremu w szczególności po odejściu Wadima Tarasenki mocno się w sieci „dostało”. 

Zgoła odmienną politykę medialną od Jerzego Kanclerza prowadzą dwaj ekstraligowi prezesi – Marek Grzyb oraz Michał Swiacik. Ten ostatni często wymienia poglądy z kibicami, czy sam podrzuca dyskusyjne wątki 

– Na pewno Internet to miejsce, gdzie można – oprócz hejtu – przeczytać konstruktywne opinie od kibiców i takim jak najbardziej warto odpowiadać. Kultura za kulturę – mówi sternik klubu z Częstochowy. 

Zdaniem sternika klubu z Gorzowa natomiast nad Internetem trudno jest zapanować i raczej nikt na to recepty nie znajdzie.

– Generalnie jest demokracja i każdy ma prawo do wyrażania swoich ocen. Faktycznie niekiedy zdarzają się przeróżne sytuacje. Jedni wyrażają emocje w bardzo, nazwijmy to, bezpośredni sposób, inni czynią to w sposób kulturalny. Myślę, że byłaby wskazana jakaś próba „reformy” wyrażania opinii przez kibiców. Uważam zachowanie kibiców w sieci za temat rzekę i dopóki będą różne barwy klubowe i różne sympatie, przymierza, to nie ma realnych szans, aby temat dyskusji żużlowych w sieci sprowadzić do poziomu wzajemnej kultury – mówi Marek Grzyb.

– Ja i Michał Świącik faktycznie często wchodzimy w dialog z kibicami. Powiem nawet, że niejednokrotnie dostawałem od kibiców naprawdę dobre rady czy nawet wskazówki. Prezesi aktywni w sieci mają nijako rolę adwokatów klubu wobec roszczeń kibiców dotyczących różnych aspektów działalności. Ja jestem zadowolony z faktu, że w sieci kibice najczęściej rozmawiają ze mną bardzo merytorycznie, choć ta druga strony „mocy” Internetu jest mi również doskonale znana. Jednak tak, jak powiedziałem na wstępie, każdy ma prawo do wystawiania ocen, ja konstruktywnej wymiany opinii, chyba podobnie jak Michał, nie unikam – podsumowuje szef Stalowców. 

Klubowi prezesi to jednak przedsionek do „epicentrum” działalności fanów żużla w Internecie. Najbardziej narażeni na hejt są oczywiście sami zawodnicy, którzy bez wątpienia najczęściej są odbiorcami frustracji kibiców. A jak wyglądała sytuacja, gdy Internet dopiero się rozkręcał? 

– Ja startowałem, można powiedzieć, w mało internetowych czasach. Niejednokrotnie słyszałem epitety lecące z trybun czy zza bramy w parkingu. Pewnie, że to się przeżywało. Myślę, że było to coś podobnego, co przeżywają dzisiaj zawodnicy, czytając komentarze, które wylewają się obecnie w mediach. W moich czasach było nieco lepiej, bo jak wyjeżdżało się ze stadionu, to ten temat się zamykał. Czekało się na następne zawody, które „zmywały” to, co było wcześniej. Nie było problemu, że atak trwał 24 godziny na dobę – mówi były zawodnik Apatora, Robert Sawina. 

Sawina przyznaje, że Internet potrafi obecnie mocno dać zawodnikom po „kościach”. – Oczywiście, że są zawodnicy, którzy nie wytrzymują, sprawdzają w sieci co się pisze i tym samym niestety wpadają w pułapkę. Później ciężko im jest o pewnych rzeczach zapomnieć. Żużlowcy to są tylko ludzie i warto o tym pamiętać – kontynuuje Sawina. 

Podobnie temat krytyki we wcześniejszych czasach ocenia Marek Mróz, który wiele lat startował dla Kolejarza Opole. – Na pewno było inaczej. Po słabym meczu, owszem, może gorzej się szło po bułki następnego dnia do sklepu, ale nie było tego w takim wymiarze, jak jest dzisiaj w Internecie – mówił nam w jednym z wywiadów opolski zawodnik. 

A jak do tematu podchodzą z kolei aktualni zawodnicy? – Nie będę ukrywał, że od jakiegoś czasu w internecie sprawdzam tylko wyniki imprez żużlowych. Wywiady udzielam, ale nie czytam nic na swój temat. To nie ma sensu. Wolę mieć „wolną” głowę i poświęcić czas na coś pożytecznego, choćby trening, a nie czytanie anonimowych wypowiedzi – mówi nam jeden z ekstraligowych zawodników. 

Nie brakuje jednak przypadków, o których wspominał Robert Sawina, kiedy to zawodnik regularnie musi „przełknąć” gorzką pigułkę od swoich fanów. 

– Teraz czytam mniej. Chyba z tego wyrosłem. Był jednak okres, kiedy robiłem to bardzo regularnie. Pamiętam, że były takie zawody, przed którymi mocno zainwestowałem, bardzo zależało mi na wyniku, ale niestety coś nam nie wydało. W Internecie naczytałem się wtedy wiele na swój temat. Było to tym bardziej bolesne, że wtedy naprawdę sam przed lustrem nie mogłem sobie niczego zarzucić. Wydaje mi się czasami, że ci, którzy po meczu stoją po autograf, czy po zdjęcie, to ci sami, którzy jak coś nie pójdzie, hejtują mnie w sieci. Może to głupie, ale jak czekają ileś minut po meczu na zdjęcie, to później myślą, że ja nie mam prawa gorzej pojechać. Nie wiem jak to działa – mówi nam z kolei jeden z pierwszoligowych żużlowców. 

Dla tych mniej odpornych na komentarze rada jest chyba tylko jedna. – Ja cały czas, jak się mnie ktoś pyta, mówię, że nie czytam i żeby ktoś inny robił to samo. Znam też takie przypadki, kiedy zawodnicy wycofywali swoją aktywność w mediach społecznościowych właśnie przez hejt. Woleli mieć święty spokój i tym samym stracić możliwość choćby promocji swoich sponsorów – słyszymy z kolei od innego zawodnika. 

Radę dla internetowych kibiców ma Robert Sawina. – Oczywiście, że kibic ma prawo do swoich opinii, ale powinien sobie zdawać sprawę, jeśli kibicem się mieni, że krytyka winna być konstruktywna i kulturalna, a słowa, te napisane, też potrafią ranić. Powiem Panu więcej i być może dość oryginalnie, ale ze względu na wulgarność oraz anonimowość ja uważam, że komentowane na portalach sportowych powinno być po prostu zlikwidowane – podsumowuje Robert Sawina. 

Jedną z nielicznych osób, która nie dość, że poradziła sobie z hejtem, a nawet hejtującym sprawiła niemały problem jest nie kto inny jak były mistrz świata  Egon Muller. 

– Wiesz, jakie on prowadzi życie w social mediach. Bujne. W pewnym momencie się zdenerwował, czytając różne bzdury, i z pewnymi osobami spotkał się w sądzie. Zostały one dosyć mocno ukarane finansowo. Z tego co mi wiadomo, to Egon nawet nie odpuścił hejtu jakimś starszym osobom. Spotkali się w sądzie i się okazało, że po drugiej strony klawiatury nie siedziała gównażeria, ale starsi wiekiem ludzie – mówi nam jeden z niemieckich działaczy. 

Z hejtem również mają do czynienia dziennikarze, którzy nie zawsze pozytywnie piszą o idolach kibiców. – Hejt bez wątpienia jest problemem dzisiejszych czasów. Niekiedy wypowiedzi potrafią być skandaliczne i mogą prowadzić do niepotrzebnych i nieprzyjemnych historii. Krytyka oczywiście jest bardzo potrzebna, ale niech będzie ona konstruktywna, a nie służąca do wyładowania się na danym zawodniku czy prezesie. Oczywiście hejtowi poddawani są również dziennikarze, zwłaszcza ci, którzy popełnią większy lub mniejszy błąd. Niektórzy ciężko to przeżywają – mówi Paweł Prochowski, redaktor naczelny naszego portalu. – Jest też jednak druga strona tego medalu – często sami dziennikarze w swoich tekstach bezpodstawnie atakują zawodników, a tak być nie powinno. Być może to jakaś forma odreagowania? – dodaje.

Zanim zatem siądzie się do klawiatury warto pamiętać, że słowa po prostu potrafią ranić. Mało kto ma, jak mówił swego czasu Władysław Gollob, odporność psychiczną kosmonauty.