Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

– Na pewno będziemy dążyli do zatrzymania w drużynie najlepszych zawodników, którzy w tym sezonie nie zawodzili i notowali progres. Jeżeli będziemy chcieli rywalizować o wyższe pozycje, to jakieś wzmocnienia zapewne będą konieczne. Uważam, że jeśli dorzucimy do naszego zestawienia przynajmniej jednego zawodnika z górnej półki, to będziemy mogli wyznaczać sobie ambitniejsze cele i walczyć o coś więcej. Takie założenie będzie nam przyświecać w momencie konstruowania tego zespołu – mówi Adam Krużyński, Przewodniczący Rady Nadzorczej eWinner Apatora Toruń, z którym rozmawiamy o tegorocznej postawie drużyny, problemach z domowym torem, nastrojach w toruńskim środowisku żużlowym i perspektywach na przyszłość.

 

W pierwszym roku po powrocie do elity nikt zapewne nie oczekiwał od drużyny cudów i fajerwerków, ale podejrzewam, że wszyscy liczyli na nieco spokojniejszy sezon. Tymczasem jak na razie kolejne punkty nie przybywają zbyt często i nie udaje się wyraźniej odskoczyć od dolnych rejonów tabeli.

Kiedy konstruowaliśmy drużynę na ten sezon, to zdawaliśmy sobie sprawę, że najpewniej będziemy walczyć o utrzymanie. To był nasz podstawowy cel. Ambicje pewnie mieliśmy większe i chcieliśmy, żeby drużyna być może była mocniejsza, ale musieliśmy dostosować się do naszego niezbyt dużego budżetu i sytuacji na rynku transferowym. Myślę, że w dotychczasowych meczach zespół nie wyglądał najgorzej, ale wielokrotnie czegoś brakowało, żeby pokusić się o korzystniejszy wynik i więcej punktów do tabeli. Trochę lepszej postawy oczekiwaliśmy od Chrisa Holdera. Czasami niewystarczająco dużo punktów mieliśmy ze strony Adriana Miedzińskiego. Nasze główne motory napędowe, czyli Jack Holder, Robert Lambert i Paweł Przedpełski generalnie robią bardzo dobrą robotę i możemy być z nich zadowoleni, ale to są młodzi zawodnicy na żużlowym dorobku i też przeplatają lepsze występy z gorszymi. To nie jest słaba drużyna, ale trudno znaleźć mecz, w którym wszystkie tryby zadziałałyby w odpowiedni sposób. To sprawia, że dotychczas nie udało się wypracować lepszej pozycji w tabeli i zagwarantować sobie nieco większego komfortu. Naszym największym problemem jest to, że na własnym torze pokonaliśmy tylko dwie najsłabsze drużyny z Grudziądza i Zielonej Góry, a poza tym nikogo innego. Spodziewaliśmy się, że na Motoarenie wyrwiemy więcej oczek i dzięki temu zbudujemy solidny kapitał punktowy, ale kiedy przyjeżdżali rywale z czołówki, to niestety musieliśmy godzić się z porażkami.

Z czego to wynikało?

Dostajemy coraz więcej dowodów na to, że nie mamy zbyt wielkiego atutu własnego toru. Kto by u nas nie gościł, to zazwyczaj czuje się świetnie. Jeżeli przyjeżdżają do nas najmocniejsze ekipy, to przeważnie są dobrze spasowane i trudno je czymś zaskoczyć w pierwszych biegach, aby już na samym początku wypracować sobie zaliczkę punktową. Pomimo ogromu pracy ze strony Tomka Bajerskiego i wszystkich osób zajmujących się przygotowywaniem toru, trudno jest nam zbudować jakąś przewagę na treningach, co potem znajduje odzwierciedlenie w meczach. Wiadomo, że do tego dochodzi kwestia naszego potencjału sportowego, który w tym sezonie nie jest największy w porównaniu do niektórych drużyn, ale mimo wszystko uważam, że na własnym torze powinniśmy prezentować się lepiej.

Co takiego stało się z tym torem, że przestał być sprzymierzeńcem „Aniołów”?

Tak naprawdę coraz mniej możemy z nim zrobić, żeby dostosować go do naszych preferencji i całkowicie nad nim zapanować. Ten tor był najlepszy zaraz po przeniesieniu go z dawnego stadionu przy ulicy Broniewskiego. Wtedy ta nawierzchnia była mocno przepracowana, dobrze się układała i poddawała się wszelkiej obróbce. Istniała też możliwość dość mocnego nasączenia tego toru wodą, dzięki czemu było bardziej przyczepnie, zawodnicy mieli do dyspozycji więcej ścieżek i zawody wydawały się atrakcyjniejsze. Wiadomo jednak, że z czasem trzeba było zacząć uzupełniać nawierzchnię, bo ona powolutku się wysypywała. Wszystko wskazuje jednak na to, że pod wpływem tych prac stała się ona trochę bardziej piaskowa. Ten tor nadal przyjmuje dużą ilość wody, ale teraz bardzo szybko się przesusza i robi się z niego skamielina. W tym momencie mamy zazwyczaj tylko jedną dobrą ścieżkę przy krawężniku i większość ataków przeprowadza się po wewnętrznej. Kiedyś dało się napędzać po szerokiej, a dzisiaj tego nie ma. W dalszej części zawodów, kiedy tor nagumuje się od startych opon, można odjechać trochę bardziej od krawężnika, ale bliżej płotu nie ma się od czego odepchnąć, bo znajduje się tam bardzo mało odsypanej nawierzchni.


Czy zawodnicy nie mogą dostosować się do obecnych warunków torowych i spróbować przekuć ich w jakiś atut?

To nie jest wcale takie łatwe, bo stan tego toru zależy od wielu czynników. Czasami trudno się w tym połapać i można do końca nie wiedzieć jak do tego podejść. Ten tor potrafi się zmieniać pod wpływem pogody, dlatego nawet jeśli dopasujemy coś na treningu, to potem może to nie działać. Momentami musimy jechać na tym, co zastaniemy w danych warunkach, a nie na tym, co byśmy preferowali. Wychodzi na to, że nie mamy wielkiego wpływu na zachowanie tej nawierzchni, bo ona nie poddaje się tak łatwo naszym pracom. Wiosną, kiedy temperatury są niższe, ten tor wydaje się nieco lepszy i szybszy, a jego ruszenie przynosi trochę więcej efektów. Kiedy jednak wchodzimy w bardzo ciepły okres, to problemy rosną. Ze względu na dach tor nierównomiernie się przesusza i robi się twardszy. Ta nawierzchnia stała się bardzo specyficzna i mało powtarzalna. Kiedy ktoś pyta, dlaczego my nie potrafimy odnaleźć się na tym torze tak dobrze jak inni, to odpowiadam, że to wynika już chyba tylko z jakości sportowej, której momentami być może nam brakuje. Liderzy najmocniejszych drużyn wydają się tu tak świetnie spasowani, że nawet Jack Holder czy Paweł Przedpełski nie zawsze są w stanie ich złapać. Żeby wygrywać mecze u siebie, trzeba zdobywać trójki, a u nas ostatnio jest ich jak na lekarstwo. Myślę, że jeżeli będziemy chcieli notować znacznie lepsze wyniki w ekstralidze, to musimy pomyśleć nad wymianą nawierzchni w całości, albo w bardzo dużej części. Chodzi o to, żeby można było coś więcej z nią zrobić i zapewnić drużynie znacznie większy komfort. Bez tego raczej daleko nie zajedziemy.

Remis w Grudziądzu znacząco przybliżył torunian do utrzymania w PGE Ekstralidze. Wydaje się, że teraz już tylko splot bardzo niekorzystnych i mało prawdopodobnych zdarzeń mógłby zepchnąć drużynę na koniec stawki. Czy w trakcie tego sezonu był taki moment, kiedy poważnie obawiał się Pan spadku do pierwszej ligi?

Wierzyłem, że drugi raz nie pozwolimy sobie na coś takiego, ale dopóki punkty w tabeli nie gwarantują stuprocentowego bezpieczeństwa, to nie można mówić o spokoju i komforcie psychicznym. Być może teraz nie będziemy już tak bardzo drżeli do ostatniej kolejki, ale mimo wszystko nadal trzeba zachować czujność i nie wolno za szybko świętować. Żużel bywa nieprzewidywalny i potrafi zaskakiwać.

Podejrzewam, że w tym roku ewentualny spadek byłby znacznie większym problemem niż w sezonie 2019 i mógłby przynieść poważniejsze konsekwencje dla toruńskiego żużla. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem, czy trochę przesadzam?

Ma Pan absolutną rację. Gdybyśmy teraz spadli, to rozczarowanie byłoby olbrzymie. Nie po to wywalczyliśmy awans i układaliśmy wiele rzeczy od nowa, żeby znowu robić krok wstecz. W tym momencie to byłoby nawet trudne do logicznego uzasadnienia, bo nie zmagamy się z tak poważnymi problemami jak w 2019 roku, kiedy mieliśmy sporo kontuzji i praktycznie zerowe wsparcie juniorów. W tamtym czasie niektóre rzeczy mogły nie funkcjonować zbyt dobrze, ale tym razem staraliśmy się ułożyć wszystko najlepiej jak tylko się dało i zamierzaliśmy otworzyć nowy rozdział. Kolejny spadek jest ostatnią rzeczą, której byśmy potrzebowali na drodze do lepszej przyszłości. Patrząc na dotychczasowe kolejki widzimy zresztą, że nie mamy tak słabego zespołu jak ostatnio. Nie odstajemy tak bardzo na tle najmocniejszych drużyn, a ponadto potrafiliśmy pokonać w dwumeczach dwie najsłabsze ekipy. Myślę, że tym razem po prostu nie zasługiwalibyśmy na spadek. W tym roku nie pozwoliliśmy, żeby wszyscy rywale odskoczyli nam jak w sezonie 2019 i byliśmy w stanie nawiązać z kimś walkę. Na pewno możemy być zadowoleni, że w tych najważniejszych spotkaniach, które zapewne zadecydują o utrzymaniu, zrobiliśmy swoje. Z drugiej strony mamy też trochę szczęścia, że grudziądzanie i zielonogórzanie, podobnie jak my, niezbyt często dopisywali do swojego konta kolejne punkty. Dzięki temu nie zostaliśmy w tyle i nasze porażki na Motoarenie nie kosztowały tak wiele jak teoretycznie by mogły. Bez tego najpewniej bylibyśmy w znacznie trudniejszej sytuacji.

Chris Holder daje jeszcze jakieś argumenty, żeby kontynuować z nim współpracę czy po 14 latach nadchodzi moment rozstania?

Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że do tej pory Chris nie spełnił naszych oczekiwań. Liczyliśmy na więcej punktów z jego strony, zwłaszcza na Motoarenie. Mieliśmy cichą nadzieję, że będzie kręcił się w granicach dziesięciu oczek, ale na razie nie realizuje tego planu. Ktoś może powiedzieć, że podeszliśmy do tego zbyt optymistycznie, ale naszym zdaniem takie zdobycze są w jego zasięgu, niezależnie od klasy rywala. Teraz możemy być rozczarowani jego postawą, ale jeżeli w tych ostatnich meczach nagle pokaże się z dużo lepszej strony i na przykład stanie się jednym z ojców meczowego zwycięstwa, to nasza optyka pewnie się zmieni. Poczekajmy jeszcze chwilę z jednoznacznymi ocenami.

Od paru lat ciągle wydaje się, że kolejny sezon powinien być lepszy dla Chrisa, ale w rzeczywistości progresu nie ma. W tym roku wyraźnie widać, że wielokrotnie to właśnie jego punktów najbardziej brakuje drużynie do lepszego wyniku. Pokusi się Pan o jakąś diagnozę problemów Australijczyka?

Chris ma problem z powtarzalnością. Na treningach wygląda całkiem nieźle i jest dosyć szybki, ale potem w meczu z reguły przepada po wyjściu ze startu i wtedy nie jest w stanie gonić oraz wyprzedzać rywali. Myślę, że u niego kluczowe znaczenie mają dwa aspekty. Po pierwsze, chodzi o dopasowanie sprzętu, z którym jest spory kłopot. Sam sprzęt jest wysokiej jakości. Chris dysponuje bardzo dobrymi jednostkami, tylko nie do końca potrafi je poustawiać, żeby czerpać z nich wystarczająco dużą korzyść. To może wydawać się dziwne, ale wiemy, że w żużlu dzieją się takie rzeczy. Do tego dochodzi kwestia psychiki. Chris wkłada w siebie mnóstwo pracy i chciałby pokazywać się z jak najlepszej strony. Skoro jednak nie wychodzi i nie udaje się zaspokajać własnych ambicji, to pewność siebie spada, spirala negatywnego myślenia tylko się nakręca i zawodnik może się delikatnie spalać. Teraz po prostu uważnie obserwujemy, jak on będzie sobie radził z tymi problemami i czy zdoła wyjść z tego obronną ręką. To nie jest tak, że on zapomniał, jak się jeździ, tylko musi wreszcie pokazać to na torze.

Chris Holder. Foto: Róża Koźlikowska – @FotRose

Jak ocenia Pan tegoroczną postawę Adriana Miedzińskiego? Wiemy, że niektóre mecze kompletnie mu nie wyszły, ale z drugiej strony były też spotkania, w których stanowił spore wsparcie dla drużyny.

Adrian jest niezwykle ambitny i chciałby jak najlepiej dla naszego klubu. To jest jego atut, ale też największa zmora. On ma dużo większe umiejętności i możliwości sprzętowe niż wskazują jego statystyki. Czasami jednak te jego ogromne chęci powodują, że popełnia za dużo błędów i nie osiąga takich wyników, na jakie z pewnością go stać. Widzimy, że pomimo trudnego sezonu Adrian potrafi pozytywnie zaskoczyć na Motoarenie i być wartościowym zawodnikiem, ale on sam bardzo dobrze wie, że jest w stanie zdziałać jeszcze więcej. Niektóre mecze wyjazdowe też powinien kończyć z lepszą zdobyczą punktową. Warto jednak podkreślić, że czasami miał delikatnego pecha, bo jeżeli słabo rozpoczynał zawody, a drużyna przegrywała różnicą co najmniej sześciu punktów, to szły za niego rezerwy taktyczne i naturalną koleją rzeczy zaliczał niewiele biegów. Myślę, że jeżeli „Miedziak” zdoła zapanować nad swoją głową, to jeszcze będziemy mogli zobaczyć go w zupełnie innym wydaniu. Być może wtedy stanie się zawodnikiem, który będzie potrafił przechylać szalę na naszą korzyść. Od jakiegoś czasu czekamy na tę przemianę i wierzymy, że ona nastąpi. Kluczem do sukcesu może być to, że Adrian ma świadomość swoich słabości i stara się z nimi walczyć. Teraz ma też trochę więcej jazdy, więc to pewnie działa na jego korzyść i przybliża go do poprawy dyspozycji. On musi skupiać się na każdym biegu z osobna i nie rozpatrywać niczego więcej. Wszyscy chcielibyśmy widzieć u niego postępy, bo wiemy, że rynek polskich seniorów jest bardzo wąski i dokonanie jakichś modyfikacji nie należy do najłatwiejszych. Z ekstraligi trudno jest wyciągnąć kogoś sensownego, a w pierwszej lidze nie ma zbyt wielu zawodników, którzy mogliby zrobić dużą różnicę i zwiększyć jakość naszego zespołu.

Przed sezonem klub wydał sporą sumę na transfer Karola Żupińskiego, ale zawodnik jak na razie nie rozpieszcza swoimi wynikami. Można powiedzieć, że to była nietrafiona inwestycja?

Karol jest naszym zawodnikiem i nadal wiążemy z nim przyszłość. Dlaczego mielibyśmy nie wierzyć, że on niebawem stanie się lepszy? Wystarczy spojrzeć na jego starty w rozgrywkach młodzieżowych i od razu widać sporą różnicę. Wydaje mi się, że u Karola największy problem stanowią mecze ligowe, podczas których nie najlepiej radzi sobie z presją i jazda na torze po prostu mu nie wychodzi. To jest utalentowany zawodnik ze sporymi ambicjami i umiejętnościami, ale jak na razie nie potrafi tego w stu procentach zaprezentować. Często widać to po starcie czy rozegraniu pierwszego łuku, gdzie pojawia się dużo nerwowości i przytrafiają mu się bardzo proste błędy, które na tym poziomie ligowym niestety odbierają szansę na punkty. Z Karolem na pewno trzeba jeszcze trochę popracować. Wiemy, że należy pomóc mu w sprawach związanych z dopasowywaniem sprzętu. Chcemy sprawić, żeby on trochę lepiej czuł motocykl i wiedział czego mu potrzeba na kolejne biegi. To jest ciągle młody zawodnik, którego nie powinniśmy za szybko skreślać. Mam nadzieję, że każdy kolejny występ będzie mu pomagał w rozwoju. Jeżeli w przerwie międzysezonowej popracuje trochę bardziej nad sferą mentalną, to jestem pewien, że w kolejnym sezonie może dać nam znacznie więcej powodów do radości.

Postawa drugiego młodzieżowca, Krzysztofa Lewandowskiego, na pewno cieszy już teraz.

Wszyscy mamy świadomość, że to jest pierwszy sezon, w którym Krzysiek może startować w lidze. Uważam, że jak na debiutanta robi dla nas naprawdę bardzo dużo. Najważniejsze, że nie stoi w miejscu i notuje progres. Widać, że jego umiejętności stale rosną i pozwalają mu na coraz więcej. Moim zdaniem Krzychu jeździ teraz zdecydowanie pewniej i lepiej technicznie w porównaniu do początkowej fazy sezonu. W biegach juniorskich potrafi przywozić punkty, natomiast w pozostałych gonitwach przeważnie jedzie w kontakcie ze znacznie bardziej doświadczonymi rywalami. Warto podkreślić, że Krzysiek ma bardzo dobrą opiekę ze strony swojego teamu. Dotyczy to zarówno przygotowania sprzętu, jak również czuwania nad jego rozwojem. Jeżeli ich praca dalej będzie stała na tak wysokim poziomie, to niebawem ten chłopak może stać się jednym z najlepszych młodzieżowców w lidze.

Jak po tych niespełna dwóch latach Tomasz Bajerski wypada w roli trenera toruńskiej drużyny?

Myślę, że Tomek rośnie jako trener. Dla niego to przecież pierwszy sezon w ekstralidze, więc cały czas doskonali swoje trenerskie rzemiosło i oswaja się z pracą na najwyższym poziomie. Patrząc jednak na przebieg dotychczasowych meczów i wszystkie podejmowane przez niego decyzje, myślę, że dobrze wywiązuje się ze swojego zadania i nie można mu niczego zarzucić. Na pewno widać jego zaangażowanie i poświęcenie. Prowadzona przez niego drużyna faktycznie jest drużyną. Nie mamy żadnych konfliktów czy problemów wewnątrz zespołu.

Jak na tegoroczne wyniki drużyny reaguje toruńskie środowisko sponsorskie i kibicowskie?

Nie chciałbym wypowiadać się za wszystkich, ale na pewno jest grupa osób, która wychodzi z założenia, że to jest słaby sezon i drużyna nie jedzie tak jak powinna, a nawet nie została zbudowana w odpowiedni sposób. Niektórzy nie znają jednak tego sportu od kuchni i nie zdają sobie sprawy jak olbrzymie koszty generuje jazda w ekstralidze. My nie jesteśmy w tej chwili najbogatszym klubem i nie dysponujemy tak wielkim budżetem jak niektórzy nasi rywale. Gdybyśmy mieli trochę więcej funduszy, to pewnie ta drużyna już w tym roku wyglądałaby inaczej, ale musieliśmy pójść na pewne kompromisy i zadowolić się rozwiązaniami, na które było nas po prostu stać. Zapewniam, że mamy podobne ambicje jak wszyscy sponsorzy i kibice. Chcielibyśmy wygrywać mecze i zdobyć Mistrzostwo Polski, ale dopóki nie będziemy wystarczająco zasobni, to trudno będzie nam konkurować z zespołami, które mogą pozwolić sobie na mocniejsze kadry. Myślę, że zamiast krytykować, warto oceniać tę drużynę przez pryzmat jej obecnego potencjału sportowego oraz możliwości finansowych. Być może to skłoni do jakichś refleksji i trochę większego wsparcia.

Nie martwi Pana mizerna frekwencja na Motoarenie?

Oczywiście, że martwi. Dziękujemy tym kibicom, którzy są z nami bez względu na wszystko, ale chcielibyśmy, żeby nasze trybuny zapełniały się nieco bardziej. Wychodzę z założenia, że prawdziwy kibic jest z drużyną na dobre i na złe, nawet w tych momentach, kiedy nie jedzie ona zjawiskowo i nie bije się o medale. Pod względem sportowym pewnie nie wyglądamy najlepiej i mecze na Motoarenie być może nie spełniają oczekiwań niektórych fanów, ale wszystko wymaga czasu i cierpliwości. Mam nadzieję, że to jest dopiero początek budowania silniejszej pozycji toruńskiego żużla i pierwszy krok do walki o wyższe pozycje. W tym roku mamy bardzo toruński zespół, na którym zależało wielu kibicom. Warto to docenić i przychodzić na stadion chociażby dla tych chłopaków, bo oni dają z siebie wszystko. Z pewnością posiadamy w składzie wielu młodych i perspektywicznych zawodników, z którymi możemy wiązać nadzieje na przyszłość. Ta drużyna z każdym kolejnym sezonem powinna rosnąć w siłę i oferować coraz więcej na torze. Wszystkie trudne momenty i porażki, które teraz przeżywamy, na pewno nas uczą i wzmacniają. Nawet po słabszych spotkaniach wyciągamy jakieś wnioski i zdobywamy doświadczenie na kolejne lata. To wszystko powinno spowodować, że niebawem będziemy zupełnie innym zespołem i damy radę zrobić coś więcej.

Jack Holder, Robert Lambert i Paweł Przedpełski to pewnie baza do budowania składu na kolejny sezon, ale co dalej? Skład będzie utrzymywany w podobnym kształcie z nadzieją na progres poszczególnych zawodników czy jednak szykują się jakieś modyfikacje? Kibice na pewno życzyliby sobie, żeby drużyna zrobiła jakiś krok naprzód.

Wszystko zależy od naszych możliwości finansowych oraz od tego czy znowu nie pojawią się jakieś zmiany w przepisach. W tym momencie trudno jeszcze dywagować o konkretach. Myślę, że czas na prawdziwe podsumowania i wyciąganie ostatecznych wniosków przyjdzie dopiero po ostatnim meczu rundy zasadniczej. Wtedy będziemy mieli pełny ogląd sytuacji i najlepiej będziemy mogli określić co powinniśmy zrobić w kontekście przyszłego sezonu. W pierwszej kolejności na pewno będziemy dążyli do zatrzymania w drużynie najlepszych zawodników, którzy w tym sezonie nie zawodzili i notowali progres. Jeżeli będziemy chcieli rywalizować o wyższe pozycje, to jakieś wzmocnienia zapewne będą konieczne. Uważam, że jeśli dorzucimy do naszego zestawienia przynajmniej jednego zawodnika z górnej półki, to będziemy mogli wyznaczać sobie ambitniejsze cele i walczyć o coś więcej. Takie założenie będzie nam przyświecać w momencie konstruowania tego zespołu. Skoro toruńscy kibice przychodzą na stadion przede wszystkim wtedy, kiedy jest sukces, to stajemy przed olbrzymim wyzwaniem, bo chcielibyśmy temu sprostać. Razem z właścicielem klubu będziemy mieli spory orzech do zgryzienia, żeby zgromadzić jak najwięcej dodatkowych funduszy, zbudować jak najmocniejszy skład i przyciągnąć więcej ludzi na stadion. Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że to nie będzie łatwe, ale zrobimy co w naszej mocy i będziemy próbować.

Pamiętamy, że w 2019 roku, kiedy torunianie spadali do pierwszej ligi, Pan poniekąd prowadził tę drużynę razem z Karolem Ząbikiem i Markiem Lemonem po rezygnacji menadżera Jacka Frątczaka. Jak dzisiaj wygląda Pana funkcjonowanie przy zespole?

Moje pojawienie się w parku maszyn wynikało wyłącznie z potrzeby chwili. W tamtym czasie lepszego rozwiązania po prostu nie było. Teraz jednak nie chcę już ingerować w kwestie sportowe i zostawiam tę robotę profesjonalistom. Jakiś czas temu rozpoczęliśmy współpracę z Tomkiem Bajerskim, któremu powierzyliśmy tę działkę. On jako były żużlowiec ma odpowiednie kompetencje, żeby to robić i zna się na tym najlepiej. Dzisiaj moja rola sprowadza się przede wszystkim do budowania drużyny przed sezonem, załatwiania spraw formalnych z zawodnikami oraz dopinania kwestii kontraktowych. Od wielu lat działam w ten sposób przy klubie i najlepiej się w tym odnajduję. To jest dla mnie naturalna funkcja. Moje miejsce jest po tej stronie żużlowego świata, a nie w parku maszyn. Teraz mecze ponownie oglądam z trybun, ale przyznam, że kosztuje mnie to tyle samo nerwów. Jestem kibicem tej drużyny i bardzo mocno emocjonuję się tym, co widzę na torze.

Rozmawiał KAROL ŚLIWIŃSKI