Liczba tygodnia

Kliknij→

Zaledwie tyle punktów zdobył w siedmiu startach dla Betard Sparty Wrocław w ostatnim meczu Tai Woffinden

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Zaledwie tyle punktów zdobył w siedmiu startach dla Betard Sparty Wrocław w ostatnim meczu Tai Woffinden
Sparta-ASPRO 1992. Stoją od lewej: Jankowski, Milik, Śledź, Załuski i trener Nieścieruk. Klęczą od lewej: Zieliński, Szuba, Lech i Baron. FOT. JAROSŁAW PABIJAN.
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Wszyscy są pod wrażeniem niespożytych sił Grega Hancocka, lecz niewielu wie, że motocyklową przygodę wciąż też kontynuuje inny… junior starszy i jego rówieśnik, przed laty ulubieniec kibiców wrocławskiej Sparty – Zbigniew Lech. Dziś, w Narodowe Święto Niepodległości, ma też osobisty powód do świętowania – 49. urodziny. Przypominamy zatem jego historyjkę.

Do speedwaya trafił późno, bo jako osiemnastolatek, jednak nie z ulicy, a po solidnej zaprawie. Wraz z Krzysztofem Jankowskim zmienił po prostu wówczas klubową sekcję Sparty – z enduro na żużlową. Zatem na Stadionie Olimpijskim zaczął się już kręcić w końcówce lat 80., gdy wrocławski klub – po latach bidnej tułaczki – zaczął wyjeżdżać na prostą. To właśnie Lech okazał się w 1991 roku najskuteczniejszym jeźdźcem pamiętnego dwumeczu barażowego z leszczyńską Unią, boleśnie wtedy doświadczoną i zdegradowaną do II ligi. Najpierw we Wrocławiu spartanie zwyciężyli 54:36 (patrz wyniki poniżej), a kończący wiek juniora zawodnik uzbierał 11+2 pkt (2*,3,3,2,1*). Zaliczka wydawała się nie do przehulania, nawet na tak trudnym terenie jak Stadion im. Alfreda Smoczyka. Tym bardziej, że wrocławianie wybrali się tam wsparci Kelvinem Tatumem i Chrisem Louisem, tymczasem gospodarze nie korzystali jeszcze z obcej krwi.

Ojcami leszczyńskiego sukcesu (46:44) okazali się wspomniany Tatum i Lech, który był bliski zdobycia kompletu punktów. – W zasadzie już ten komplet miałem na koncie, bo w ostatnim swoim wyścigu prowadziłem przed Piotrem Pawlickim. Ktoś tam jednak upadł, a w powtórce przyjechałem za nim – wspomina wrocławianin, który w latach 1993-95 trzykrotnie sięgał z WTS-em po drużynowe mistrzostwo Polski. To był też jego czas, a kibice potrafili wykrzykiwać „Zbyszek Lech, jest za trzech!” Nic dziwnego, sympatię zaskarbił sobie już jako junior, który nie dysponował ekspresowym startem, ale za to odwagą do nadrabiania straconych metrów pod płotem. No i był to bajerant, lubiący zabawiać publikę jazdą na jednym kółku, w czym zaliczał się do światowej czołówki. A to jedną ręką pozdrawiał widownię, a to cały łuk w ten sposób przejeżdżał.

Wiosną 1993 roku Lech złamał obojczyk w trakcie domowego spotkania z Apatorem Toruń, kiedy to Dariusz Śledź, Piotr Baron i Wojciech Załuski ogrywali nie tylko długiego, ale przede wszystkim wielkiego Pera Jonssona. Wtedy właśnie stał się wrocławianin pierwszym Polakiem, którego wysłano na tzw. spawanie do Ipswich. Do dr. Briana Simpsona. A półtora tygodnia później ścigał się już w ligowym spotkaniu w Lublinie. Choć leczenie zakończone nie było.

– Rzeczywiście z Polaków dotarłem do Simpsona jako pierwszy, choć świat korzystał już z jego usług od dawna. Ten mecz w Lublinie dojechałem do końca, choć pod koniec ktoś mi zwrócił uwagę, że mam zakrwawiony kombinezon. Po prostu jeden z drutów, którymi zespolono mi w Polsce obojczyk, wysunął się i przebił skórę. Nie widziałem tego jednak, bo wyszedł w okolicy pleców, nie z przodu. Zresztą Simpson wspominał w czasie leczenia, że drut jest źle zamontowany – wspomina Lech. – A samo leczenie? Te jego laserowe zabiegi trwały po 40 minut, więc jak człowiek dociekliwy, to miał trochę czasu, by o wszystko wypytać. Ja gębę otwierałem, więc czegoś się dowiedziałem. On po prostu podczas każdego takiego zabiegu, odpowiednim natężeniem lasera, niejako łamał ci tę kość na nowo. Bo normalną reakcją obronną organizmu jest w takiej sytuacji tworzenie budulca. Po 48 godzinach ten proces jednak ustaje, stąd potrzebne są dalsze zabiegi i kolejne pobudzanie, kolejne uszkadzanie tkanki. Nawet jakiś czas temu skierowałem do Simpsona córkę kolegi, która ucierpiała w czasie jazdy konnej – dodaje były spartanin, rocznik 70.

W 1996 roku, po trzech tytułach DMP, wrocławski klub nie przedłużył z nim umowy i latem został wypożyczony do Tarnowa, czego najmilej nie wspomina. Nic dziwnego, statystyki były liche – jedno biegowe zwycięstwo, przewaga czwartych miejsc i średnia poniżej punktu na bieg.

– Dramat, w ogóle nie byłem przygotowany. Poza tym źle się jeździ w innym klubie, daleko od domu, kiedy jesteś zżyty ze swoją ekipą. Nie pasował mi ten Tarnów, a we Wrocławiu trenować już nie mogłem – nie ukrywa Lech, który w połowie 1997 roku wrócił z kolei do Wrocławia. By spróbować pomóc drużynie w rozpaczliwej walce o utrzymanie. I wtedy znów jeździł Lech z sercem, choć misja zakończyła się spadkiem.

Karierę zakończył szybko, bo jako 28-latek, reprezentując JAG Łódź i to z niezłym skutkiem. – Sponsor, pan Grajewski, zaczął mieć jednak problemy z łódzkimi kibicami i się zawinął. W końcu problemem stało się nawet opłacenie kosztów moich podróży. Zniechęciłem się i podziękowałem. Śmiem jednak twierdzić, że gdyby żył Ryszard Nieścieruk, to startowałbym we Wrocławiu do dziś i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Miał facet i charyzmę, i poszanowanie. A dziś te drużyny wyglądają nieco inaczej, na zasadzie „przyjechał, pojechał i odjechał”. Ludzie tak mówią, a i ja to zauważam – przyznaje Lech, który uchodził też w środowisku za elegancika. Zawsze zadbany, dobrze ubrany, w efektownym kombinezonie. W 1991 roku przejął skórę od Jana Schinagla, a sezon później ścigał się w ubiorze zbliżonym kolorystyką i designem do ubioru Sama Ermolenki.

Żużlowa tułaczka w ostatnich latach kariery nie zabiła jednak pasji do motorsportu i innej formy rywalizacji. Wywodził się z enduro, więc wrócił do korzeni, dosłownie. Wciąż się bawi w siodle. Latem 2017 roku dla przykładu, pod banderą Hawi Racing Team, wziął udział w sześciodniówce, a jego ekipa zajęła 61. miejsce w stawce 167 klubowych ekip z całego świata.

– Jest to pasja, do której bez wątpienia muszę dokładać i z powodu której rodzina w pewien sposób cierpi. Udział w MŚ kosztował mnie przecież jakiś 30 tys. zł. Mam też jednak wsparcie w firmach Inter-Cars i Inter-Motors, będącej autoryzowanym dealerem KTM-a. Zresztą odpowiadam w niej za tematy off-roadowe, jestem doradcą i serwisantem, jeśli chodzi o przygotowanie motocykli. Przez pewien czas pewnym bonusem przy zakupie maszyny była godzina nauki jazdy ze mną. Starałem się wprowadzać w temat chętnych, którzy mieli taką potrzebę – wyjaśnia Lech, prowadzący na co dzień warsztat motocyklowo-samochodowy. Sam posiada dwie maszyny, a koszt jednej to 42 tys. zł. Postać to skromna i chyba jednak z tamtej epoki, gdy chodzi o przywiązanie do klubowych barw. No i wciąż przechowująca w sobie fantazję, co wyszło przy okazji francuskiej sześciodniówki.

– Piątego dnia rano zaczęło lać, a ja opuszczałem łąkę i wjeżdżałem do lasu. Spieszyłem się, żeby ten las nie zdążył przemoknąć, no i walnąłem w drzewo. Skończyło się otwartym złamaniem dłoni, tzn. jeden palec był złamany, a drugi wybity. Wieczorem, po dniu jazdy, trafiłem do szpitala, gdzie chcieli mnie operować. Dziwili się, dlaczego dopiero wieczorem, ale przecież nie po to się człowiek męczy, żeby na koniec odpuścić. Umówili mi operację nazajutrz rano, na godz. 8, a ja wyszedłem ze szpitala pod pretekstem przebrania się. No i już nie wróciłem, bo przecież rano czekała mnie ostatnia jazda – tłumaczy Lech. Nie da się ukryć, że już ukończenie sześciodniówki należy zapisać po stronie sukcesów. – Codziennie mieliśmy do przejechania 280 km, a temperatura w cieniu dochodziła do 44 stopni. Jeden Anglik zmarł z wyczerpania – dodaje były żużlowiec z ambitnymi planami na przyszłość. I ojciec 22-letniego Filipa, który w motorach aż tak zakochany nie jest.

Na początku lat 90. Zbigniew Lech jeździł po Wrocławiu busem z napisem na bocznych drzwiach „International Speedway Rider”. Piękne czasy. Niby było już międzynarodowo, a jak romantycznie jeszcze…

WOJCIECH KOERBER

Słynny baraż o miejsce w I lidze

Sparta Wrocław – Unia Leszno 54:36 (6.10.1991)

Sparta: Louis 11+1 (2,3,2*,1,3), Zieliński 1+1 (1*), Lech 11+2 (2*,3,3,2,1*), Jankowski 6 (3,1,1,d,1), Milik 12 (1,3,3,2,3), Piekarski 9+2 (3,1,2*,1*,2), Szuba ns, Malinowski 4 (0,3,1,0).

Unia: R. Jankowski 11 (3,0,2,0,3,3), Mitura 0 (0,-,-,0,0), Łowicki 2 (1,0,1), Rypień 0 (0,-,0-), Pawlicki 10+1 (2,2,1*,w,3,2), Krakowski 7+1 (0,2,2,2,1*), Kasprzak 6 (1,3,2,0), Mikołajczak 0 (u).

Unia Leszno – Sparta Wrocław 44:46 (13.10.1991)

Unia: R. Jankowski 11 (2,3,2,1,3), Mitura 0 (d,-,0), Kasprzak 5 (2,1,2), Rypień 4+1 (1*,2,1,0),Krakowski 4+1 (1,2,1*,0), Łowicki 7+1 (2,d,2,2*,1), Pawlicki 11+1 (2*,3,3,3,u), Grycaj 2+1 (w,2*).

Sparta: Tatum 14 (3,3,3,2,3), Gonciarz 1 (1,u,0), Lech 14 (3,3,3,3,2), Jankowski 5+2 (0,1,1,1*,2*), Louis 4 (3,1,u), Piekarski 0 (w,0), Malinowski 6+1 (3,2*,1,0), Zieliński 2 (0,1,1).