Bartosz Smektała kolekcja
lotto partner główny serwisu
betard
sob. Lut 29, 2020
wlodzimierz-luczak-wykonczenia-wnetrz
Polcopper

Samoobrona Drylsona. Co z Dariuszem Ostafińskim?

Wolter, wielki francuski humanista XVIII wieku, przejrzał nas na wskroś. Powiedział kiedyś, że: „Jeden Polak to istny czar, dwóch Polaków – to awantura, a trzech Polaków – och, to już jest polski problem”. Niezmierniem rad, że po dwustu latach nie musim już walczyć o niepodległość, drżyć o przyszłość naszych dzieci i gotować do poświęceń największych. Znów możem beztrosko uprawiać filozofię, zapomnić o problemach, a o głupotach nieskończenie rozprawiać i żyć dostatnio. Nie może inaczej być, skoro wielu zajmuje to, czy Dryła powinien komentować mecze Motoru. Jakiż to piękny a snadny musi być żywot i lekki, jeśli nie przynosi trosk znaczniejszych i pozwala czas przeznaczać na dywagacje takiego kalibra! Zazdrość, szczera zazdrość bierze na myśl samą, że po łez padole i tacy stąpią, co dla których to właśnie jest problem wart zachodu…

Pan Dariusz Ostafiński zaprosił do swojego programu mojego szefa i oznajmił mu, że według niego nie powinienem komentować meczów drużyny z Lublina. Wpadł na taką myśl po przeczytaniu felietonu. Felietonu, który zresztą obiecał opublikować, a nie opublikował, bo mu się nie spodobał. Pomijając to, że Pan Ostafiński nic z tego tekstu nie zrozumiał (albo sprytnie udaje, że nie zrozumiał – tak, jak udaje, że go w ogóle nie było), nie do końca odczytuję sens zatytułowania materiału na ten temat „Co z Tomaszem Dryłą?”… I rozprawiania nie o tym, jak komentuję, jakie błędy popełniam, co w mojej pracy jest nie do przyjęcia, ale… czy w ogóle powinienem czymś się zajmować! Ja też uważam, że Pan Ostafiński nie powinien robić wielu rzeczy, które robi. Bardzo wielu…

Tak, potwierdzam: jestem rudy, mam metr osiemdziesiąt, dziesięć tatuaży i urodziłem się w Lublinie, oraz – co gorsza – jestem z tego dumny i nie zamierzam owego faktu taić. By udobruchać Pana Ostafińskiego i tych, którym to nie odpowiada, tj. widzą w tym jakiś zgrzyt, bądź niemoralność – nie zacznę nagle udawać, że tak naprawdę to słaby ze mnie Lubelak. Że Ojciec urodził się w Białce, a Mama w Hrubieszowie. Takie zachowanie byłoby dopiero, według mnie, brakiem rzetelności i ośmieszaniem nie tyle siebie, co Odbiorców.

Oczywiście – dla niektórych obiektywny komentator żużlowy powinien urodzić się w Suwałkach, najlepiej nie chodzić nigdy na stadion, nie kibicować żadnej drużynie, nie znać się prywatnie z zawodnikami/trenerami/prezesami i generalnie – jak wnioskuję – najlepiej nie interesować się tym sportem. Żeby nie budzić podejrzeń i nie narażać na zarzut stronniczości. Tylko, że speedway to nie koszykówka. Gdzieś trzeba się nim zarazić, jakiś tor w pacholęcym wieku uznać za swój drugi dom i którąś drużynę pokochać. Taka specyfika tego sportu, że zdecydowana większość zajmujących się nim ludzi pochodzi właśnie z „żużlowych miast”, została zaciągnięta na stadion przez kogoś z rodziny, albo znajomych i tak zostało.

Zastanówmy się, czyje mecze mógłbym komentować? Najprościej będzie to zrobić przez eliminację tych, których oczywiście komentować nie mam prawa. Jasne, że Motor odpada w pierwszej kolejności. Bo pochodzę z Lublina i otwarcie to przyznaję, znam się z żużlowcami i zarządem. No i grzech największy – odwiedzałem Grzegorza Zengotę w szpitalu. Tu sprawa jest dość oczywista. Wątek szpitalny od razu elegancko wyklucza nam Toruń, bo przecież odwiedziłem swego czasu w angielskim hospitalu Chrisa Holdera, tuż po jego najpoważniejszej kontuzji w karierze. Tak być nie może. Kurczę… byłem też u Jarka Hampela, kiedy roztrzaskał nogę w Gnieźnie. A potem jeszcze odwiedzałem go w trakcie rehabilitacji. Odpada. Ale Unia Leszno i tak by odpadła, i to potrójnie. Już „Czarne Charaktery” z Emilem Sajfutdinowem i Januszem Kołodziejem załatwiłyby sprawę, a dochodzą przecież jeszcze serdeczne znajomości z Jarkiem, Piotrem Pawlickim oraz młodzieżowcami – Bartkiem Smektałą i Dominikiem Kuberą, który w swoim busie targał mój mandżur przez dwa tysiące kilometrów, a jakby mało było crossowych gratów, dołożyłem mu fotelik dziecięcy i dwie beczki oliwy… Właśnie! Mój motor, narażając się na mandat za przeciążenie, wiózł do Hiszpanii trener Piotr Baron. Poza tym, nie czarujmy się – czy mecze Unii może komentować gość, który na tyle złapał klimat z drużyną, że dostał zaproszenie na obóz przygotowawczy w Hiszpanii? I jeszcze bezczelnie z tego zaproszenia skorzystał? Oczywista, że nie.

„Czarne Charaktery”, które zrealizowałem dla nSport+, też będą pomocnym kluczem do eliminacji kolejnych drużyn. Wiadomo przecież, że przy pracy nad takim reportażem poznaję lepiej ludzi, zżywam się z nimi, a niektórych – ku trwodze – mogę jeszcze polubić. Tu odpada przede wszystkim Falubaz: „Czarny” z trenerem Adamem Skórnickim i dwa (pisemnie: 2!) z Nickim Pedersenem. Wykreślamy też Włókniarza – przez reportaż z Pawłem Przedpełskim, no i wspólną eskapadę z trenerem Markiem Cieślakiem do Australii. Żagara też lubię, a to przecież grzech niemal niewybaczalny!

Grudziądz odpada. Prowadziłem przecież przedsezonową prezentację drużyny i zakończenie roku. Dobrze znam się z Przemkiem Pawlickim i noszę jego czapkę, bo mi się podoba. No i z Robertem Kościechą. Z Kennethem Bjerre byłem niedawno w Gorican. Lubię też prezesa. Nie, z GKM nie ma opcji.

Wydawać by się mogło, że Sparta będzie w tym zestawieniu bezpieczna. Nic bardziej mylnego! Zbyt blisko koleguję się z Vaclavem Milikiem, który pomagał mi w pewnej podróży, przechowując motocykl w swoim pardubickim warsztacie i którego kilka razy odwiedziłem tam poza sezonem. No i Maciej Janowski – na pewno znamy się zbyt dobrze, żebym mógł komentować mecze z jego udziałem.

Gorzów był pierwszym miastem, w którym skomentowałem mecz Ekstraligi i, nie ma co dłużej kryć, czuję sentyment do tego miejsca. Więcej – jestem zauroczony Zawarciem i mam dobry klimat z Szymonem Woźniakiem. Karygodne.

Przejdźmy stopień niżej. Łódź, Piła i Gniezno odpadają z automatu. Jeleniewski, Bober, Jabłoński. Ostrów też podejrzany – Grzegorz Walasek, z którym byłem na crossie w Hiszpanii i cała rodzina Porzeraczy Puul. Rybnik byłby bezpieczny, gdyby nie znajomość z Kacprem Woryną. Dużo czasu już upłynęło i tak sobie myślę, że może upublicznilibyśmy już nasze „lotnicze”, mrożące krew w żyłach i realnie zagrażające życiu wyczyny z Zakopanego? Jasno wynika, że w niedalekiej przyszłości mógłbym ewentualnie komentować mecze Unii Tarnów z Lokomotivem Daugavpils, lub Wybrzeżem Gdańsk. O ile, oczywiście, awansując do PGE Ekstraligi, nie wzmocnią się zawodnikiem, z którym się przyjaźnię.

O ww., dyskwalifikujących mnie faktach raczej powszechnie wiadomo. A są przecież jeszcze różne wspólne wypady, imprezy, ogniska i zajawki z różnymi zawodnikami, które miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego… I nie ujrzą.

Ja wcale nie muszę mieć racji. Ale mogę i zazwyczaj mam swoje zdanie. I od tego właśnie jest felieton. Nie pozjadałem wszystkich rozumów i wcale nie jestem pewien, że idę dobrą drogą. Może faktycznie powinienem w tym środowisku ucinać wszelkie kontakty i pozostawiać je na poziomie przedmeczowych rozmów w parkach maszyn? Wykasować wszystkie numery telefonów? Najdziwniejsze jest to, że sam nie wiem, jak skomentowałbym mecz Motoru Lublin. Nie mam pojęcia, jakby to wyszło. Nie wiem, czy byłbym w stanie zachować obiektywizm i zrobić to przynajmniej poprawnie. Nie wiem z prostej przyczyny – nigdy tego nie robiłem. Choć zawsze o tym marzyłem. Z tego, że nigdy dotąd tego nie robiłem wynika jeden, niektórych być może zaskakujący, fakt – ja jeszcze niczego nie zawaliłem, nie zepsułem, nie dałem jeszcze żadnych podstaw do skreślania mnie, nie skalałem się jeszcze skrajnym brakiem obiektywizmu. Jeśli to zrobię – sam pewnie wyczuję kwas i pierwszy poproszę o to, by nie wyznaczać mnie do kolejnych tego typu wyzwań. Na razie jednak kartę mam czystą i jeśli zostanę wyznaczony do komentowania meczu w Lublinie, na pewno dołożę wszelkich starań, by zrobić to jak najlepiej.

A może to mógłby być mój atut? Skoro od komentatora wymaga się, by „wiedział więcej” – przecież to on jest na miejscu właśnie po to, by zastąpić oczy, uszy i pamięć Widza przed telewizorem? Znać kulisy, historię i jak najwięcej ciekawostek. Pod tym kątem, na pewno najlepiej znam Motor. To naturalne. Może dzięki temu Kibic dowie się czegoś interesującego w trakcie transmisji? Nie wiem, tak tylko głośno myślę, bo wydaje mi się, że to część mojej pracy… Być może ktoś, kto stale funkcjonuje tak, by szkodzić, jątrzyć i wszędzie doszukiwać się złych intencji, oraz sensacji, w ogóle nie jest w stanie pomyśleć, że mógłbym wiedzy i znajomości nie wykorzystać w niecnym celu, a wręcz przeciwnie – podnieść jakość relacji? Jeśli niezłe kontakty w środowisku są grzechem, to… chyba będę jednak grzeszył nadal.

Nie zazdroszczę Marcinowi Majewskiemu, który musi już niedługo wysłać obsady na mecze. Jeśli pośle mnie do Leszna – w opinii niektórych w jakimś sensie przyzna, że obawia się spekulacji, a to niedobre. Jeśli pojadę do Lublina – nie czarujmy się, pewnie wszystko sknocę. Wiecie, dlaczego? Bo niezależnie od tego, jak dobrze wykonałbym swoją robotę i tak znajdzie się paru ludzi, którzy usłyszą nie to, co powiem, a to, co zechcą usłyszeć. Pochwała Grudziądza będzie czymś oczywistym, pochwała Lublina – brakiem obiektywizmu. I, w pewnym sensie, to cały urok kibicowania – emocje, utrata zdrowego rozsądku na czas trwania meczu, chwilowa niezdolność racjonalnego postrzegania rzeczywistości. Taka prawda – każdy tak ma i sam też się na tym łapię.

To jak – może poczekajmy? My, Polacy, lubimy wydawać wyroki bardzo szybko. To taki nasz, polski problem, kiedy jest nas więcej, niż dwoje. Wytykać potknięcia, pastwić się, szczuć, mieszać z błotem i ordynarnie obrażać. Często robimy to przed procesem i zapoznaniem się z materiałem dowodowym. Tacy już jesteśmy, od setek lat. A przynajmniej od czasów Woltera.

TOMASZ DRYŁA