lotto partner główny serwisu
Zuzel-final-chorzow
nie. Wrz 22, 2019

Po bandzie. Oczywiście, że nie jestem obiektywny

Gdy kilka tygodni temu rzuciłem w studiu nSport+, że Speed Car Motor pierwszy ustawi się w kolejce po Jasona Doyle’a, kolega Jabłoński zażartował, iż szybko zaczynamy okres transferowy. Jakby życia nie znał… A życie płynie szybko, trzeba spenetrować rynek, zanim inni wysprzątają. Myślicie, że o Szymonie Woźniaku to w Lublinie też nie myślą?

W tym Lublinie mają wyjątkowo dobrze, bo mogą składać zapytania ofertowe w postępowaniu uproszczonym, że użyję urzędowej nomenklatury. Tzn. powiedz, ile byś chciał, a my powiemy – OK. Na tym polega uproszczony tryb. Z lekka sobie dworuję, ale tylko z lekka. Jest tam boom i tyle. Zresztą, gdzieś czytałem, że Jason przybijał już piątki z lubelskimi kibicami, rzecz jasna, po meczu Get Wellu (sorry, ale jak można nazwać klub z takimi tradycjami – Get Well?!). Mam takie przeczucie, że wspomnianym Woźniakiem również mogą się nad Bystrzycą zainteresować, choć nie wiem, czy coś z tego wyjdzie. W każdym razie „warto rozmawiać”, jest chyba nawet program o takim tytule. Co nie znaczy, że warto oglądać…

Szymon to bardzo spostrzegawcza persona, bo oto w zalewie pochwał nad lubelską publiką nie omieszkał nieco żartobliwie zauważyć, że ostatnio „był jeden taki moment, gdy trochę gwizdów poszło, ale nie będziemy się czepiać.” Na myśli miał zapewne moment przerwania przez arbitra wyścigu i nakazanie powtórki. Szok! Kibice w Lublinie jednak potrafią gwizdać.

Ten Szymon to rzeczywiście fajny chłopak, chociaż swego czasu, za jego wrocławskiej kadencji, odmówił mi wywiadu. Z prostej przyczyny. Mianowicie cała wrocławska drużyna otrzymała zakaz rozmawiania z Koerberem. Czemu? A tak po prostu, by uprzykrzyć mi nieco życie, bo po co ma być normalnie. No ale dziś, dzięki temu właśnie, wciąż mam o czym pisać. Szymek lojalnie, uczciwie wobec pracodawcy, zaznaczył, że nie może, a rzecznik prasowy nieugięcie stał na straży klubowych dyrektyw. Co było, jak sądzę, ze szkodą dla wszystkich, bo taki wywiad każdemu, bez wyjątku, zrobiłby zapewne dobrze. Zawodnikowi, bo by się nie wkurwiał przy autoryzacji, że musi przepisywać na polski. Władzom klubu, bo żużlowiec z pewnością by o nich dobrze powiedział, a ja z pewnością bym to wiernie oddał. Kibicom, bo mieliby co poczytać. I wreszcie mnie, bo miałbym to, co chciałem. No ale po co żyć w symbiozie… Chociaż byli też i tacy zawodnicy, którzy podkreślali, że, owszem, o zakazie wiedzą, wszelako nie tylko uciekać nie będą, co po prostu normalnie, a nawet z przyjemnością, pogadają. I nic dziwnego, bo chyba żadnemu krzywdy w życiu nie wyrządziłem. Jeśli ktoś ma inne odczucia, otwieram księgę skarg i zażaleń.

Ale, przyznaję, obiektywny to ja nie jestem. Otóż nie wiem, skąd się wziął ten niezrozumiały slogan, że dziennikarz winien być obiektywny. Przede wszystkim to nie powinien być nudny. Każdy z nas jednych lubi bardziej, a innych mniej. To zawsze będzie przez nas przemawiać i nie widzę w tym nic zdrożnego. Najważniejsze, by nie pozostać zaślepionym fanatykiem konkretnych barw, choć po latach obcowania ze środowiskiem trudno chyba o taką postawę. Ja, dla przykładu, w dość wstrzemięźliwy sposób kibicuję jednostkom. Tym, które z jakichś względów darzę sympatią. I do czasu aż mnie nie zawiodą. Moralnie, nie sportowo. Natomiast generalnie rzecz biorąc jestem poszukiwaczem w sporcie zjawisk pięknych i wyjątkowych, które warto propagować. Jak też postaw skrajnie negatywnych, które należy piętnować. Bardziej chodzi o to, by pozostać w tej całej zabawie nie obiektywnym, lecz uczciwym. Wobec siebie, rozmówców, wreszcie czytelników. By ci ostatni, po kliknięciu w tytuł, nie czuli się ani zawiedzeni, ani tym bardziej oszukani. Co nie znaczy, podkreślam, że tytuły nie mają przyciągać. Oczywiście, że mają. Myślicie, że dawno temu w tradycyjnej prasie papierowej starzy redaktorzy z przyprószonymi siwizną skrońmi nie wyrywali sobie włosów z głowy, by wynaleźć możliwie najlepszy i najbardziej przyciągający nagłówek? Grunt, by tytułami ludzkości nie naciągać. By czekoladka okazywała się czekoladką, a nie gównem w sreberku.

Ci strażnicy obiektywizmu, moralności i cnót wszelakich z reguły najbardziej są komiczni. Przykład? Był kiedyś taki dziennikarz, Tomasz Lis. A dziś już tylko przypomina internetowych hejterów. W złą stronę poszedł z ustawieniami.

Co poza tym? Zauważam, że lepiej nie zadzierać z prezesem Świącikiem. Bo jeśli prezes zinterpretuje rzeczywistość w taki oto sposób, że ktoś atakuje jego lub Włókniarza, siada po prostu do komputera i smaruje posta na facebooku. A elektorat i zaplecze ma prezes liczne oraz wierne. Zrazu zyskuje tam ogromne poparcie. Zobaczycie, ja Wam mówię, to się może skończyć w sejmie lub senacie. Patrz senatorowie Komarnicki czy Dowhan, do których mam sporą sympatię. Bo pierwszy zapraszał na browara do Międzyzdrojów, a drugi złożył deklarację, przed kamerami zresztą, że wystawi mi list żelazny. Jeśli we Wrocławiu nadal będę miewał różnego rodzaju problemy. Taki z niego wesołek. A więc ja, Prezesie Michale, szanuję. Jeszcze cztery lata temu żużla w Czewie nie było, za to smrodek nad stadionem. A dziś marka taka, że już nikt o mrocznych czasach nie pamięta.

Aha, senator Komarnicki bronił mnie też raz werbalnie przed znanym ze swojej szorstkości Jożinem Dworakowskim, zapewniając mniej więcej, że nie wszystkie pismaki po jednych pieniądzach. Na co prezes Dworakowski, nieprzejednany, machnął tylko ręką. Nie ma lekko z tymi, co odnieśli sukces w biznesie, bo mają przekonanie, że w sporcie zadziałają podobne prawidła. Zawodnicy twierdzą, że to pan Józef właśnie zauważył swego czasu, iż żużlowiec pracuje… przez pięć minut w niedzielę. A kiedy narzekał raz na ich wysokie apanaże, porównując do zatrudnionych przez siebie i harujących jak woły kombajnistów, to mu Narodowy Cieślak odpowiedział: “To, weź sobie, prezesie, do drużyny siedmiu kombajnistów…”

Ale, ale… Pamiętajcie, że pod płaszczykiem szorstkiego i apodyktycznego charakteru kryć się musi dobre serce. Niejednemu Jożin pomógł i niejednemu jeszcze pomoże. To prawda, dzięki takim właśnie ludziom speedway w Polsce wybił się ponad żużlową turystykę objazdową. Lub też agroturystykę.

No i zaczyna mnie już naprawdę męczyć procedura startowa. Przestaliśmy się pasjonować pięknem sportu, te emocje zeszły na plan dalszy, bo trzeba zaanalizować, czy się ruszył, drgnął, przesunął, przeczołgał, krzywo stanął i czy aby nie o półtora centymetra za daleko od maszyny startowej. Spójrzmy na ten piątkowy mecz Włókniarza z GKM-em i przypadek Pawła Przedpełskiego, który rzekomo wystartował w sposób niepoprawny. No więc co było w jego poczynaniach niepoprawne? Ruszył się? Nie. Czołgał się? Nie. Dotknął taśmy? Też nie. Zatem jego ryzyko, jego refleks, mistrzostwo i szczęście. Tak, jestem przedstawicielem starej szkoły, bo właśnie doszliśmy do ściany. W tej całej sytuacji nie było ani błędu zawodnika, ani błędu sędziego. Zatem za błąd arbitra uważam przerwanie wyścigu. Co potwierdził brak ostrzeżenia.

Pismakowi najprościej stwierdzić, że wszyscy są idiotami i on by zrobił to lepiej, jednak temat rzeczywiście nie jest łatwy do okiełznania. I nie można go puścić samopas, lecz należy usystematyzować. To jasne, że wyraźne, świadome i wykonywane z premedytacją czołganie się należy karać nie tyle ostrzeżeniem, co nawet wykluczeniem. Ku przestrodze. Bo to niecny proceder. Musimy też jednak zdać sobie wreszcie sprawę, że pod taśmą nigdy nie będzie stuprocentowej sprawiedliwości. Że to, niestety, element i urok tego sportu. Dlatego każdy musi nieco odpuścić. Czołgiści – to oczywiste, bo zaczną wylatywać. Sędziowie – by nie przestawiać na siłę zawodników, bo minimalnie krzywo stoją lub krzywo na siebie patrzą. Wreszcie twórcy regulaminu – by zlikwidowali choćby nakaz ustawiania się dokładnie 10 centymetrów od taśmy i nie dalej. Po co to, skoro i tak nie można ani drgnąć? Przestańmy tych zawodników irytować, wystarczająco stoją tam napięci. A gdybym chciał zrobić show i ustawić się pięć metrów za wszystkimi? Nie można?

W Częstochowie sędzia najwyraźniej zastosował zasadę, że „jak nie mam pewności, to przerywam”. A ja bym preferował inną – „jak nie mam pewności, to nie przerywam”. Mniej nerwów by było na trybunach, więcej zrozumienia i mniej poszkodowanych pod maszyną startową. Bo, powtarzam, stuprocentowej sprawiedliwości nie osiągniemy. Chyba że dzięki testowanej właśnie pod kątem przyszłego roku aparaturze, choć ja mam akurat spore wątpliwości. I jeszcze jedno – a może taki Przedpełski wystrzelił wyraźnie szybciej od konkurencji, bo uczynił to w sposób nieprzeciętny, podczas gdy trzech pozostałych jeźdźców dość wyraźnie akurat przysnęło? Niemożliwe? Bardzo realne i powszechne. Stąd niekiedy wrażenie, jakby ktoś coś ukradł. Zatem apeluję – odpuśćmy nieco. Jasne, że start najważniejszy i nie może tam rządzić wolna amerykanka, lecz mamy jeszcze pierwszy łuk i siedem kolejnych. A suma szczęścia z reguły równa się zeru.

A więc, pamiętajcie, można być kibicem sportu, nie konkretnych drużyn. Przed obecnym sezonem na odkrycie ligi typowałem Michelsena i dobrze lubelskiej drużynie życzyłem. Lecz nie byłem jednocześnie przeciwko drużynie toruńskiej. Mnie będzie Aniołów brakować, choć tych prawdziwych, nie przyszywanych i podrabianych. A czy w nowym rozdaniu, jeśli znów przyjdzie rywalizować Stelmet Falubazowi z Betard Spartą, o niebo lepiej zaprezentują się zielonogórzanie? Bo ostatnio mieli szachować rywala torem? Chciałbym wierzyć, że dla dobra widowiska – tak. Ale czy inne przygotowanie prostego skądinąd toru przy W69 rzeczywiście może aż tak bardzo zgubić rozpędzonych wrocławian? Hmm, ciekawe.

Aby do play-offów!

WOJCIECH KOERBER

1 thought on “Po bandzie. Oczywiście, że nie jestem obiektywny

  1. Szanowny Panie Redaktorze to ,że nie jest pan obiektywny to wynika z pana kolejnych felietonów; także nie musi pan na siłę udowadniać. Powtarzając stale w kolejnym felietonie jak mantrę wątek wrocławski (akredytacja) po prostu staje się to nudne. Nie wiem po co oraz dlaczego wtrącane są wulgaryzmy oraz angielskie bzdety czemu ma to służyć; zaczyna mnie to męczyć, nudzić to powtarzanie: to zaproszenie do, starzy redaktorzy itd….
    (…)
    Historia przemija ale pamięć pozostaje…
    PS. Proszę również uzupełnić wiedzę na temat “Get Well” bo ta nazwa jest nie kompletna i wyrwana z kontekstu.
    – Co do startów pełna zgoda- uważam,że starty to syndrom pana Demskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.