– Chcemy wrócić do SEC-u i powalczyć o awans do Grand Prix. Cele są ambitne, ale Vaszek to przecież kawał zawodnika – mówi nam Robert Ruszkiewicz, główny mechanik Czecha.
Po przeciętnym ubiegłym sezonie Vaclav Milik knuje misterny plan powrotu do światowej czołówki. Jedynką na liście jego tunerów pozostaje Ryszard Kowalski, ale paczki z silnikami będą również przychodziły z Niemiec i… Słowenii.
– To prawda. Przede wszystkim stawiamy na współpracę z Ryszardem Kowalskim i mamy nadzieję, że na jego wyrobach dostaniemy się do cyklu IMŚ – podkreśla Ruszkiewicz, który ma na swoim koncie pewien ciekawy rekord. Otóż w latach 2016-2017 obsługiwany przez niego Milik nie zanotował w PGE Ekstralidze ani jednej literki: żadnego upadku i defektu, żadnego wykluczenia ani żadnej taśmy. Osiągnięcie niemałe, zważywszy na fakt, że Czech odjechał w tym czasie 150 wyścigów. A nie da się ukryć, że to mechanik właśnie odpowiada często za literkę „d”, a w pewnych sytuacjach również za „t” i „u”. No i dodać należy, że wspomniane lata 2016-17 to był dotychczasowy szczyt w karierze Milika.
Zawodnik Betard Sparty zamówił również sprzęt u Joachima Kugelmanna, który wydaje się być na etapie przejmowania części rynku, zwłaszcza że do 7 maja swoją działalność planuje wygasić Jan Andersson. Tego właśnie dnia Szwed będzie obchodził 64. urodziny i obiecał żonie, że zacznie korzystać pełną gębą z przywilejów emeryta. Kugelmann ma również w swojej stajni m.in. Janusza Kołodzieja, Patryka Dudka i Maksa Fricke’a, a czy grono markowych odbiorców sprzętu będzie się systematycznie rozrastać? Ludzie powiadają, że Niemiec swoje atuty ma i nie chodzi wyłącznie o „ordnung” w miejscu pracy.
Inną, nie zawsze jeszcze rozpoznawalną twarzą w towarzystwie tunerów pozostaje Słoweniec Tomaž Drnač. I to jest właśnie ta trzecia opcja Milika. – Już w zeszłym roku mieliśmy od niego jeden silnik do testowania. Głównie jeździliśmy na nim w Czechach, ale też na treningach we Wrocławiu i w jednym wyścigu naszej ligi. Spisywał się fajnie. Ten silnik wróci do nas po serwisie, ale zamówiliśmy już też kolejny, zbudowany od podstaw – tłumaczy Robert Ruszkiewicz.

Tomaž Drnač, słoweński tuner Vaclava Milika.
Dotychczasowe występy Milika w PGE Ekstralidze to falowanie i spadanie. Sezon 2015 mógł się jawić jako wyzwanie. Mianowicie wszystko miało być dla Czecha nowe – kategoria wiekowa (seniorska), klub (WTS), no i klasa rozgrywkowa (elitarna). Efekt? Jak mówią, szału nie było. Milik wyjeździł dopiero 43. średnią rozgrywek (1,230), długo czekając na pierwsze indywidualne zwycięstwo. Ostatecznie zakończył sezon z trzema trójkami przy nazwisku, na co najlepsi potrzebują zwykle jednego spotkania.
W WTS-ie nie myśleli jednak rezygnować z usług Vaszka. Postanowili być cierpliwi. A cierpliwość, jak powszechnie wiadomo, popłaca. W międzyczasie zawodnik musiał zrozumieć, czym się je PGE Ekstraliga. Dosłownie – czym się je. Otóż Milik zrozumiał, że aby zacząć fruwać, należy pozbyć się zbędnego balastu. I przed sezonem 2016 zrzucił blisko 8 kilogramów. Dzięki temu można było zaobserwować zależność „waga w dół, wyniki w górę”. Efektem poprawa średniej z 1,230 na 1,987 (14. pozycja w miejsce). To awans o bez mała 30 miejsc, a to pół ligi przecież.
W 2017 roku średnia tak okazała już nie była (1,708 – 29. miejsce w ligowym rankingu), niemniej wartość zawodnika poznaliśmy w kluczowych momentach sezonu i na piekielnie trudnych terenach. W Gorzowie, gdzie spartanie walczyli o finał PGE Ekstraligi, uzbierał on 13+1 oczek (3,2,2,3,1,2*), a w Lesznie, gdzie bili się o złoto – 15 (3,3,1,3,2,3).
Poprzedni sezon to 38. miejsce rankingowe Milika w PGE Ekstralidze ze średnią 1,403. Czas na ponowny marsz w górę?
WOJCIECH KOERBER












Żużel. Ekspert ostrzega! „To stąpanie po cienkim lodzie”
Żużel. Parnicki namiesza w SGP? „To materiał na naprawdę dużego żużlowca”
Żużel. Wybrali nowego kapitana! Ma poprowadzić ich do utrzymania
Żużel. Holder rzucił wyzwanie medalistom SGP. „Cieszę się, że dotrzymałem im tempa”
Żużel. Holder bliski perfekcji! Bewley sprytniejszy w finale (RELACJA)
Żużel. Gwiazdy otworzą sezon w Częstochowie. Zmarzlik zdecydowanym faworytem