Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Już w sobotę w Lesznie rozstrzygnięcie 29. Plebiscytu Tygodnika Żużlowego. O jego narodzinach, ewolucji oraz o tym, kto z żużlowców tańczy najlepiej, rozmawiamy z redaktorem naczelnym kultowego tygodnika – Adamem Zającem. 

Panie Adamie, przed nami 29. bal. Skąd pomysł na Plebiscyt Tygodnika Żużlowego i takie jego zakończenie?

Pomysł był bardzo prosty. Większość redakcji prasowych i stacji telewizyjnych robi różnego rodzaju plebiscyty. Ja przez dwanaście lat pracowałem w RSW Prasa Książka Ruch. Byłem redaktorem naczelnym Panoramy Leszczyńskiej i takie bale połączone z plebiscytem corocznie tam organizowaliśmy. Po zmianie ustroju rozpocząłem pracę w Tygodniku Żużlowym, który zakładałem i pociągnąłem temat plebiscytu. Pamiętam, ż poszło to nad wyraz szybko, ponieważ Tygodnik wyszedł po raz pierwszy w listopadzie, a już w styczniu odbył się pierwszy Plebiscyt. Miał chyba wtedy tylko pięć kategorii. 

Gdzie odbył się pierwszy bal i ilu było na nim gości?

W Lesznie na Stadionie Alfreda Smoczyka. Zrobiliśmy go w lokalu mieszczącym się we wieży sędziowskiej. Oczywiście wtedy ten lokal wyglądał diametralnie inaczej aniżeli dziś. Wtedy był to lokal, powiedziałbym, klubowy, dziś jest zdecydowanie bardziej elegancki.  Jakby nie patrzeć, to już prawie 30 lat minęło i wszystko się zmieniło. Jeśli chodzi o liczbę osób, to gościliśmy ich wtedy około 150. W najbliższą sobotę spodziewamy się około 300. Na początku była zupełnie inna atmosfera, ale też żużel był inny, nie tak skomercjalizowany jak dziś. Była bardziej szczera i luźna atmosfera na balu Tygodnika.

Z roku na rok popularność balu systematycznie rosła. 

To prawda. I bardzo się z tego cieszymy. Doceniają nas też zawodnicy, którzy wyniki Plebiscytu sobie cenią. 

Kiedy zaczynacie rokrocznie przygotowania organizacyjne do balu? 

Zaraz po zakończeniu sezonu żużlowego. Wtedy też prosimy naszych czytelników, aby nominowali swoich faworytów, którzy mają się znaleźć na liście do głosowania. Na podstawie ich sugestii tworzymy listę dwudziestu zawodników z każdej ligi i prosimy czytelników o oddawanie głosów. W tym roku można było oddawać głosy również internetowo. Jeśli chodzi o to, co jest najtrudniejsze, to chyba te wszystkie telefony na ostatnią chwilę czy są jeszcze miejsca, czy można jeszcze dostać się na bal. To prosta rzecz, jednak czasochłonna. Samo przygotowanie imprezy, po latach praktyki, nie stanowi teraz większego problemu. 

Mirosław Cierniak i Tomasz Bajerski jadą… parą.

W ciągu 29 lat pojawiały się problemy z organizacją balu? 

Jeden raz był mały problem. Kiedyś z powodów organizacyjnych musieliśmy się bardzo szybko przenieść z balem do Rawicza, ale i temu zadaniu sprostaliśmy. Muszę powiedzieć, że przez lata pojawiały się również pomysły, aby bal odbywał się w mniejszych miejscowościach związanych z żużlem, jak choćby Opole, czy dużych metropoliach jak choćby Poznań i tym samym bal nabrałby jeszcze większej rangi. Po latach spędzonych w Rawiczu wróciliśmy jednak do leszczyńskiej tradycji. Tutaj jest swoisty smaczek. Wystarczy spojrzeć przez okno i widzi się przecież tor żużlowy. 

Organizacja Plebiscytu to również wydatki. Ciężko jest pozyskać sponsorów?

Powiem otwarcie. Bez sponsorów balu pewnie by już nie było. Owszem, wstęp jest płatny, ale nie są to kwoty, które pokrywają niemałe koszty organizacji. Mamy już oddane grono partnerów, bo tak ich nazywamy, którzy w tym przedsięwzięciu nam pomagają i za to im serdecznie dziękuje. Nasi partnerzy to ludzie najczęściej związani ze sportem żużlowym, jak choćby Poczta Polska. Cieszymy się niezmiernie, że oprócz wspierania żużla pomagają nam w organizacji balu. 

Najdłużej na balu bawiono się do…

Były takie przypadki, kiedy zawodnicy wychodzili o piątej czy szóstej rano. To była stara gwardia zawodników, która bawiła się do końca: bracia Gollobowie, Wojtek Załuski, Jarek Olszewski, Romek Jankowski czy paru innych. Oni bawili się świetnie. Dziś, niestety, tego już nie ma. Zawodnicy po rozstrzygnięciu Plebiscytu posiedzą godzinę, dwie i opuszczają bal. Przyznam jednak, że w zeszłym roku była długa walka na parkiecie. Działali skutecznie m.in. Przemek Pawlicki, Grzesiu Zengota czy Patryk Dudek. Najczęściej w ostatnich latach zabawa kończy się około godziny trzeciej nad ranem. 

Jakaś humorystyczna historia związana z balem?

Nie chciałbym absolutnie tutaj opowiadać różnych historii związanych z alkoholem. Paru zawodników na pewno w ciągu tych wielu lat nie zawsze wychodziło prostym krokiem. Jednak ta impreza jest też choćby po to, aby zawodnicy mogli sobie raz w roku pofolgować i się pobawić z dala od  fleszy dziennikarzy. Bardzo wysoko cenię sobie Tomasza Golloba. To on z Jackiem Gollobem niesamowicie kiedyś rozruszali naszą imprezę, kiedy razem z innymi zawodnikami wzięli mikrofon i śpiewali „Jak się masz, kochanie.” Wtedy chyba nawet ustalono, że ta piosenka będzie w kolejnych latach hymnem spotkań zawodników w Lesznie. Tomek, wbrew temu jak się go postrzega, na balu zawsze był duszą towarzystwa. Cenię go sobie również za to, że kiedy tylko mógł, to przyjeżdżał. Raz chyba nawet ze względu na bal przerwał pobyt w Hiszpanii. Byli też, niestety, zawodnicy, którzy mimo zaproszeń na balu się nie pojawiali. Tłumaczyli się chorobą czy innymi względami. Tomek nawet w tym aspekcie był profesjonalistą. 

Tomasz Gollob, czyli tańczący z motocyklami.

Najlepsi tancerze wśród żużlowców to?

Na pewno Ryszard Buśkiewicz, Krzysztof Kasprzak też dobrze tańczy. W zeszłym roku Przemek Pawlicki tak się bawił, że aż but mu rozleciał. 

Bal to idealna okazja, aby kibice poznali ludzką twarz zawodników?

Tak, na pewno. Myślę też, że w zimie, kiedy brak żużla na torze, dla kibiców i zawodników wyniki naszego Plebiscytu mają swoją wartość i tworzą dodatkowe emocje. Przede wszystkim to wspaniałe spotkanie całej żużlowej rodziny. Są kibice, działacze, zawodnicy czy politycy. Cała impreza ma niepowtarzalną atmosferę, której niestety nigdy nie ma w sezonie, ponieważ wtedy jest praca a nie odpoczynek. Dla kibiców, tak jak pan wspomniał, to też nie lada gratka, że te kilka, godzin mogą się bawić z zawodnikami. Wszyscy są na luzie. 

Jeśli któryś z naszych czytelników zapała w ostatniej chwili ochotą, aby przetańczyć sobotni wieczór i niedzielny poranek w Lesznie, to co ma zrobić?

Na pewno ma się z nami jak najszybciej skontaktować ([email protected]). Pomimo że powinno się zgodnie z prawdą powiedzieć, że wolnych miejsc brak, coś na pewno jeszcze, jak co roku, wymyślimy. 

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA