Finał Speedway of Nations – dzień 2.

2020-10-17 19:00:00

Finał PGE Ekstraligi: Fogo Unia Leszno – Moje Bermudy Stal Gorzów 59:30 (103:76)

2020-10-11 19:15:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Betard Sparta Wrocław – RM Solar Falubaz Zielona Góra 50:40

2020-10-11 16:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Fogo Unia Leszno 46:44

2020-10-09 20:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: RM Solar Falubaz Zielona Góra – Betard Sparta Wrocław 37:32

2020-10-09 18:00:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Betard Sparta Wrocław 55:34 (99:80)

2020-10-04 19:15:00

Zakończona

Przejdź

Żużel. Robert Sawina: Po moim defekcie Loram został mistrzem świata. Hejt był razy dwa (WYWIAD)

Swoją przygodę z żużlem rozpoczął w 1987 roku w barwach toruńskiego Apatora. Zakończył ją w roku 2010 ścigając się dla zespołu z Ostrowa. Do dziś najbardziej jest kojarzony z występami w ekipie Aniołów. O różnych aspektach żużlowej kariery w szczerej rozmowie z Robertem Sawiną. 

Panie Robercie, proszę powiedzieć czym się Pan obecnie zajmuje?

Od dziewięciu lat tym samym. Zajmuję się uprawą roślin. Można powiedzieć zatem, że siedzę w rolnictwie. 

Za żużlem Pan nie tęskni?

Wie pan, żużla jest obecnie tyle w telewizji, że w pełni zaspokaja to moje potrzeby, jeśli chodzi o oglądanie czy obserwowanie tego sportu. Taka prawda.

Karierę zaczynał Pan w drugiej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. W jakim kierunku od tamtego czasu poszedł ten sport?

Na pewno na przestrzeni lat żużel stał się pod każdym względem bardziej profesjonalnym sportem. Stał się też sportem bardziej kolorowym i ramowym ze względu na obecność w telewizji. Myślę, że wszystko idzie w dobrym kierunku, poza faktem, że sprzęt jest coraz bardziej istotny jeśli chodzi o sam wynik sportowy. W tamtych czasach, kiedy ja zaczynałem starty, większe znaczenie miały umiejętności zawodnika. To nie ulega żadnej wątpliwości.

Dlaczego w ogóle Robert Sawina postanowił ścigać się na żużlu?

Powiem panu szczerze, że tak naprawdę w moim wypadku nie było to nic innego, jak po prostu czysty przypadek. Ja się nigdzie nie zgłaszałem. Zostałem dostrzeżony przez mechanika z Unisławia. Przez niego zostałem namówiony na zgłoszenie się do szkółki żużlowej. Przyznam, że jak szedłem na ten ówczesny nabór to nie wierzyłem i nie brałem poważnie pod uwagę tego, że zostanę kiedyś żużlowcem. Postanowiłem jednak spróbować. W moim przypadku okazało się, że zostanie zawodnikiem to był długi i mozolny proces. 

W 1990 zdobył Pan z zespołem Apatora złoty medal DMP…

Ja nie uważam i nie uważałem się za wielkiego zawodnika. Jak patrzę na to z perspektywy czasu, to miałem w karierze jakieś sezony, które mogłem zaliczyć do udanych i moja jazda była w nich postrzegana pozytywnie. W czasach mojej kariery, jak pan to mówi, było jednak wielu zawodników zdecydowanie lepszych ode mnie. Dołożenie jakiejś “cegiełki” do tamtego tytułu na pewno cieszyło.

W swojej karierze startował Pan w paru klubach. Które z nich wspomina Pan dziś najlepiej?

Z pewnością Gdańsk. To było dla mnie bardzo ważne miejsce w karierze. Drugim takim miejscem było Gniezno. 

No właśnie. Jak to się stało, że po sezonie 1993 opuścił Pan toruński klub?

Tak naprawdę, to równie dobrze po sezonie 1993 mogła zakończyć się moja kariera. Mało kto zna fakty. Okazało się bowiem, że nie będę miał miejsca w Toruniu w kolejnym sezonie. Przejście w wiek seniorski było, można powiedzieć, „krytyczne” w moim wykonaniu. Dzięki nikomu innemu jak tylko świętej pamięci Zenonowi Plechowi trafiłem do Gdańska. Plech widział we mnie potencjał i mocno mi zaufał. Dzięki Wybrzeżu Gdańsk mogłem jeszcze w tym sporcie w ogóle zaistnieć.

Miał Pan zatem żal do działaczy z Torunia po sezonie 1993?

Myślę, że na pewno nie poświęcono mi tam tyle czasu, ile było wskazane lub ile dostałby młody zawodnik dzisiaj. Proszę pamiętać, że ja byłem zawodnikiem, który rok wcześniej zdobywał medale mistrzostw Polski. Uważam, że czasu na wykazanie się powinno być dla mnie więcej. To, co czuję to nie jest żal, ale może smutek czy rozgoryczenie, że nie dano mi jeszcze szansy udowodnienia właśnie w Toruniu, gdzie zaczynałem karierę, że do tego sportu się jednak nadaję. 

Jak Pan wspomina dwa lata w Wybrzeżu?

Myślę, że w Gdańsku po raz drugi odnalazłem samego siebie w tym sporcie. Po sezonie 1993 miałem taki moment, że zwątpiłem, czy ja się w ogóle do tego sportu jeszcze nadaję. Nie było wtedy pozytywnych myśli. Zenon Plech pomógł mi w odnalezieniu siebie. Zaufał i dał więcej czasu. W Gdańsku zacząłem ponownie myśleć pozytywnie o swojej przyszłości w żużlu.

Jak to działa na zawodnika, kiedy po paru latach startów dowiaduje się on, że zabraknie dla niego miejsca w zespole? Takich historii jak Pańska z Torunia jest bowiem w żużlu wiele. Jak sobie z tym radzić?

Nie ukrywam, że miałem w „głowie” bardzo słaby czas. Nie powiem, że to była jakaś popularna dziś depresja. Po prostu w pewnym momencie poczułem się kompletnie nikomu niepotrzebny. Z dnia na dzień się okazuje, że dla tych, którzy byli obok po prostu nic już nie znaczysz. Przychodzą nowi, którzy Cię zastępują. Nie jest łatwo nikomu przejść obojętnie przez taką sytuację. To jest trudny proces mierzenia się w swojej głowie z czymś bardzo niewygodnym. Dla wielu zawodników po latach startów w danych klubach jest to coś nowego i niespodziewanego. Nie wszyscy znajdują wyjście. Są tacy, których kariera dobiega wtedy końca. Tak jak wspomniałem wcześniej, ja bym pewnie karierę też zakończył gdyby nie właśnie Zenon Plech. Sezon 1993 był pozytywny jedynie w aspekcie, że urodziła mi się córka. Mogę innym zawodnikom poradzić tylko tyle, aby starać się nie załamywać. Problem, że zawsze w życiu dobrze radzi się z boku.

Po dwóch latach spędzonych w Gdańsku zmienił Pan klimat na wielkopolski. Związał się Pan z Gnieznem…

Te cztery sezony wspominam bardzo dobrze. To był moment łapania równowagi przez moją osobę w świecie żużlowym. Myślę, że osiągałem dobre wyniki i byłem silnym punktem zespołu. W Gnieźnie była fajna drużyna. Byli bracia Fajferowie czy Jimmy Nilsen. 

W Gnieźnie pozyskał Pan również znaczącego sponsora w postaci firmy LNB…

Tak. Państwo Szkudlarkowie wspierali moją osobę i do współpracy z nimi wracam wspomnieniami bardzo ciepło. Pod każdym względem okres pierwszych sezonów w Gnieźnie to był dobry moment mojej kariery. 

Po Gnieźnie przyszła kolej na dwa sezony w barwach klubu ze stolicy Dolnego Śląska. We Wrocławiu startował Pan w sezonach 2000 i 2001…

Przejście do Wrocławia to też był przypadek. Gniezno spadało wówczas z najwyższej ligi. Ja przyznam, że na tamtym etapie kariery nie wyobrażałem sobie kompletnie, abym nagle miał zaczął startować w niższej lidze. Nie istniała dla mnie w ogóle taka opcja. Myślałem o swoim rozwoju, a w Gnieźnie nie było już ku temu wtedy żadnych perspektyw. Mogę otwarcie powiedzieć, że tak naprawdę klub z Gniezna nie płacił mi praktycznie cały ostatni rok. Musiałem więc uciekać, choćby ze względu na aspekty finansowe. Rozmawiałem wtedy z różnymi klubami, ostatecznie jednak skończyło się na Wrocławiu. Tam miałem przy swoim boku Grega Hancocka, Andrzeja Koselskiego czy Marka Cieślaka. Zobaczyłem też, że można ten sport prowadzić w inny, profesjonalny sposób. Sporo się tam nauczyłem. Moje starty we Wrocławiu w sezonach 2000 i 2001 to były, podkreślam mocno ostatnie dwa dobre lata, w mojej sportowej karierze. Później to już nie było to. Zdecydowanie.

Później były Grudziądz, Toruń oraz Bydgoszcz. Startując w tej ostatniej drużynie, podczas programu w lokalnej rozgłośni radiowej, ogłosił Pan zakończenie swojej kariery. Przemyślana decyzja, czy była ona może podjęta pod wpływem impulsu?

Po Wrocławiu już nie było tak, jak oczekiwałem. Sportowo było coraz gorzej. W 2006 roku miałem bardzo słaby sezon za sobą. Uznałem, że nie będę już po raz kolejny odbudowywał swojej pozycji w tym sporcie. Nie będę przed panem też ukrywał, że mocno dał mi się we znaki hejt ze strony kibiców. To nie jest coś, co po człowieku spływa. Ja byłem na terenie Bydgoszczy nielubiany ze względu na starty w Toruniu. Wiadomo, że jakieś animozje obu ośrodków wciąż grają rolę. Tak więc hejt po każdej wpadce miał wymiar razy dwa w moim przypadku. Tak to z perspektywy czasu odbieram. Dlatego więc, po przemyśleniu, podjąłem taką decyzję, a nie inną i ją publicznie zakomunikowałem. Być może w jakiś sposób została ona podjęta pod wpływem emocji. 

Startował Pan wiele lat poza Toruniem. Ja jak myślę Sawina, to automatycznie pojawia mi się skojarzenie z Toruniem. Podejrzewam, że poza „Grodem Kopernika” wszędzie dawano Panu odczuć, że nie jest Pan swój…

Ja po odejściu z Torunia w żadnym klubie nie byłem już traktowany jako swój. Dla kibiców, pomimo faktu zdobywania punktów, zawsze już byłem torunianinem. Zawodnikiem z zewnątrz. Ma pan rację. Wiedziałem, że nie jestem swój. Wbrew temu, co niektórzy mówią ten brak wsparcia kibiców też, proszę mi wierzyć, jest dla zawodnika w jakimś stopniu uciążliwy. Inaczej, może nie uciążliwy, ale brakuje świadomości, że kibice są za panem. To nie jest tak, że po zawodnikach to spływa. 

W 2010 roku powrócił Pan do żużla. Tym razem w barwach zespołu z Ostrowa. Skąd pomysł, aby po latach przerwy wrócić jeszcze do żużla?

Tak, jak wcześniej powiedziałem. Decyzję, którą zakomunikowałem podczas startów Bydgoszczy być może podjąłem pod wpływem emocji. Po sezonach przerwy chciałem więc spróbować raz jeszcze. Sezon w Ostrowie jasno mi pokazał, że ten temat należy definitywnie zamknąć i nic nikomu już nie udowadniać. 

Z perspektywy czasu, co Panu dał, a co zabrał w życiu żużel?

Zabrał mi na pewno sporo. Nie chciałbym się zwierzać w temacie tego, co mi zabrał, bo nie mam na to ochoty. Żużel dał mi dużo. Przez jakiś czas żyło mi się dobrze. Byłem też w jakiś sposób rozpoznawalny. Bilans będzie więc raczej na plus. Żużel, musi pan wiedzieć, ma też swoje bardzo ciemne strony i jakieś straty człowiek musiał przez niego ponieść. Nie jest to temat na tę rozmowę.

Rozumiem. Coś w swojej karierze, gdyby mógł Pan ją przeżyć jeszcze raz, by Pan zmienił?

Oczywiście, że tak. Zupełnie inaczej bym w ogóle podszedł do tego sportu. Trzeba było mocniej zacisnąć zęby i dać więcej dla żużla od samego siebie. Nie można tracić czasu, który jak się okazuje jest w życiu dany tylko raz. Jeśli coś się chce w tym sporcie osiągnąć, to trzeba wszystko robić na 100 procent. To też taka wskazówka od starszego kolegi dla młodych zawodników. Ja po prostu nie byłem w tym aspekcie fair sam w stosunku do siebie. Taka jest prawda. Mówię to całkiem otwarcie, może po raz pierwszy.

Zaskoczył mnie Pan mocno. W moich oczach Robert Sawina w tamtych czasach był jednym z nielicznych zawodników, którzy starali się być profesjonalistami, a Pan mi tu mówi, że nie zrobił Pan wszystkiego, co było możliwe….

Wie pan co. Maksimum to robił Gollob i robi Zmarzlik. Oczywiście, nie każdy kto uprawia ten sport rodzi się Gollobem czy Zmarzlikiem, ale na nich należy patrzeć, ile oni dają, a w przypadku Tomka dawali dla tego sportu od siebie samego. Ci dwaj zawodnicy to największe wzorce, które powinny być pokazywane innym jako wskazówka jak należy żużel uprawiać. Jedyne moje usprawiedliwienie może być takie, że w moich czasach zawodowstwo dopiero się rodziło. Wtedy podglądało się zawodników z zagranicy. W moim przypadku był to Per Jonsson oraz Peter Nahlin, którzy startowali w Toruniu na początku lat 90. 

W żużlu krążą niemałe pieniądze. Ciężko jest oprzeć się kwotom, które dostaje się przykładowo za podpis i być dalej skupionym na samym sporcie? Wielu zawodnikom karierę psują właśnie pieniądze…  

Ja mogę mówić sam za siebie. Ja uprawiałem żużel, kiedy nie „krążyły” w nim miliony, ale setki tysięcy. Powiem tak, że aby wyjść załóżmy jakieś dwieście tysięcy na plus na koniec sezonu, to musiałem się ostro napracować i jechać na poziomie średniej 2 pkt. na bieg. Owszem, można było zainwestować w sprzęt, kupić mieszkanie czy dom, ale nie były to pieniądze, które krążą w żużlu obecnie. Dzisiaj zawodnik jednym dobrym sezonem może ustawić się na jakiś czas w życiu. Takie są fakty, jak rozmawiamy szczerze. Ja mogę poradzić tylko jedno. Zarobione na torze pieniądze najlepiej jest inwestować. Wtedy się ich nie widzi. Trzymanie ich na koncie może łatwo pogubić człowieka. Zainwestowane choćby w nieruchomości nie kuszą a pracują na przyszłość, na to co będzie po karierze. Żużel to bardzo „ulotny” sport.  Ten rok zawodnik ma dobry, ale kolejny może mieć słaby i aby się odbudować zamiast wyjąć pieniądze trzeba je dołożyć. To raz. Dwa to fakt, że jedna kontuzja może, jak doskonale pan wie, odmienić całe życie. Moja rada to zakopać pieniądze albo inwestować.

Dwa razy był Pan medalistą Indywidualnych Mistrzostw Polski…

Tak. Startowałem w finale 1992 i 2001. Na pewno lepszy był dla mnie finał w 2001 roku. Tam byłem najbliżej złota. Przegrałem tylko z Tomkiem Gollobem. To były czasy, że jeśli Gollob nie defektował lub nie był wykluczany, to nie można było wywalczyć tytułu. Tym bardziej, że jechaliśmy w Bydgoszczy. Tomek tam mógł jechać cztery okrążenia z zamkniętymi oczami. Dla mnie porażki z nim nie były ujmą. Do dziś uważam, że mam mały tytuł mistrza Polski (śmiech). Byłem wprawdzie drugi, ale wygranie z Gollobem było praktycznie niemożliwe. 

Czuję się Pan zatem zawodnikiem spełnionym?

Absolutnie nie. Nie zdobyłem tytułu Indywidualnego Mistrza Polski. Gdybym miał ten tytuł w kolekcji, to może udzieliłbym teraz innej odpowiedzi. 

Pamięta Pan zawody Grand Prix Challenge w 1999 roku?

Doskonale. Jechałem w Lonigo o awans do Grand Prix. Uważam, że gdyby nie defekt, to w sezonie 2000 w Grand Prix bym pojechał. Defekt na prowadzeniu sprawił, że tak się nie stało. Złośliwość rzeczy martwych, a w żużlu zawsze musi być jeszcze pierwiastek szczęścia. Szczęście we Włoszech wtedy mnie opuściło. Marzenia o awansie do cyklu nie zrealizowałem. Sam start w Grand Prix to byłoby dla mnie coś dużego, bo nigdy przecież do żadnej czołówki światowej się nie zaliczałem. W tym biegu gdzie zdefektowałem jechał Loram. Gdybym ja dojechał do mety na swojej pozycji, a on na swojej, to Lorama nie byłby w Grand Prix w sezonie 2000, kiedy został mistrzem świata. Żartem można powiedzieć, że mój defekt dał mistrza Loramowi (śmiech).

Miał Pan również epizody trenerskie. Kim zatem łatwiej jest być, zawodnikiem czy trenerem?

Zdecydowanie zawodnikiem. Zawodnik decyduje o tym, co się dzieje na torze. Trenerka, wedle mojej oceny, to obecnie mocno niewdzięczny zawód. Bycie trenerem na pewno mogło przynosić satysfakcję, kiedy ja zaczynałem karierę. Wtedy były w żużlu duże autorytety. Ich opiniowanie w wielu kwestiach miało znaczenie. Teraz często trener w klubie  to… tylko trener.

Z kim jeździło się Panu najlepiej w parze?

Być może pana zdziwię, ale najlepiej to z Billym Hamillem w szwedzkiej Smedernie, której barw parę sezonów broniłem. Był taki sezon, w którym zostaliśmy wybrani najlepszą parą na tamtejszych torach. Dobrze się rozumieliśmy na torze.

Które miejsce zajmie Apator w sezonie 2021 i kto będzie mistrzem Polski?

Wszyscy w roli faworyta stawiają Leszno. Ja chciałbym, aby mistrz się zmienił. To myślę wskazane dla dyscypliny. Mocne są Wrocław czy Częstochowa. Jeśli chodzi o Toruń, to nie prognozuję. Życzę sobie, aby się utrzymał. Nic więcej.

Wspominał Pan o żużlu w telewizji. Domniemuję zatem, że Robert Sawina na stadionie bywa rzadko…

Nie ma mnie na stadionie. Powiem panu szczerze, że stronię. Jeśli już, to tak jak powiedziałem, oglądam w telewizji. 

Robert Sawina wróci do żużla? Gdyby ktoś zaproponował Panu rolę menadżera czy trenera to…

Byłaby jednoznaczna odmowa z mojej strony. Miałem parę propozycji, nie ukrywam. Ten temat jest dla mnie zamknięty definitywnie. 

Komu Robert Sawina zawdzięcza najwięcej w swojej karierze?

Bez dwóch zdań najwięcej zawdzięczam swoim rodzicom. Bez ich pomocy nie zostałbym żużlowcem. Oczywiście nie sposób, abym pominął Jana Ząbika, Piotra Nagela oraz Ryszarda Neunera. To oni ukształtowali mnie jako żużlowca i sportowca. 

Dziękuję za rozmowę.

Ja również. Korzystając z okazji pozdrawiam wszystkich kibiców.

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA

LVBET

9 odpowiedzi

  1. Fajny wywiad! co do Pierników w Bydgoszczy to akurat uważam, że pan Robert S. i ( Kościecha też) akurat nie mają się czego wstydzić. Mieli całkiem dobre sezony, nikt normalny chyba nie oczekiwałby kompletów. Dużo gorzej wypadali Krzyżaniak z Kowalikiem w naszych barwach. Potem pan Robert był trenerem – sądzę dobrym jeśli nie bardzo dobrym. Miał jaja posadzić Szymona Woźniaka posadzić w pierwszym meczu na ławce, kiedy on był kreowany na lidera. Szkoda, że pan Robert nie chce wrócić w roli trenera. Pozdrawiam i życzę dużo zdrówka!

  2. Moim zdaniem Robert bardzo mocno umniejsza swoją rolę w polskim żużlu lat 90 i początku 2000.
    Zdobył worek medali mistrzostw Polski był solidnym ligowcem a z wywiadu wynika jakby nie łapał się na szpryce.
    To był świetny żużlowiec ale jak już ktoś zauważył był mocno wycofany , nigdy nie lubił błyszczeć swoją osobą.
    Nie pchał się na świecznik.
    Jako trener doprowadził Polonia Bydgoszcz do 6 miejsca , co zostało uznane za porażkę. Został zwolniony a w następnym roku Polonia spadła i jak do tej pory nie wróciła do ekstraligi.

    1. Za te cechy zawsze bardzo go lubiałem i mu kibicowałem. Spoko zawodnik. Bardzo pewna firma. Zero skandali czy jakichś niesportowych zagrań.
      Widziałem jak potrzaskał się z Jonssonem w Częstochowie na Winterthur Cup – turnieju o nic, tracąc większość sezonu 2000 i było mi go zwyczajnie szkoda. Trafił akurat do profi-klubu (Wrocław) i miał moment, że świat oraz kariera stały otworem.

  3. Bardzo fajnie zrobiony wywiad. Jednak robicie to Panowie z pasji do tego sportu. Panie Łukaszu więcej historii i więcej takich mega wywiadów. To dobry kierunek.

  4. Rozmowa bomba. Jeden z najlepszych wywiadów jakie tu czytałem. Panie Łukaszu jest Pan naprawdę niezły w te rozmowy. Gratuluję

  5. Zbyt skromny. Nawet jego jazda w bydzi to był dobry żużel. Zawsze żałowałem, że tak mało pojechał dla apatora. Śwetny zawodnik, żadnych skandali i jak na czas w którym startował – absolutny profesjonalizm. Ba, spokojnie możnaby o nim mówić tak samo z dzisiejszych pozycji. Nie wiem dlaczego tak słabo apator wykorzystuje wiedze swoich zawodników. Jest ich wielu, a przy zuzlu zostali nieliczni.

    1. Zawsze lubiłem Sawkę… Jaki mały, taki skromny 🙂
      Żal był jak odchodził z Torunia. Tu zawsze był u siebie, szkoda że tak to się potoczyło… Myślę że, mimo wszystko nie do końca wykorzystał swój potencjał. To były piękne czasy dla Apatora…
      Fajny wywiad.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.