Finał Speedway of Nations – dzień 2.

2020-10-17 19:00:00

Finał PGE Ekstraligi: Fogo Unia Leszno – Moje Bermudy Stal Gorzów 59:30 (103:76)

2020-10-11 19:15:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Betard Sparta Wrocław – RM Solar Falubaz Zielona Góra 50:40

2020-10-11 16:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Fogo Unia Leszno 46:44

2020-10-09 20:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: RM Solar Falubaz Zielona Góra – Betard Sparta Wrocław 37:32

2020-10-09 18:00:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Betard Sparta Wrocław 55:34 (99:80)

2020-10-04 19:15:00

Zakończona

Przejdź

Żużel. Cegielski: Marzę o takim dniu, kiedy zawodnik podpisze kontrakt na kwotę (WYWIAD)

Krzysztof Cegielski

Krzysztof Cegielski – szef stowarzyszenia Metanol odniósł się w poniższej rozmowie do kilku najgoręcej dyskutowanych wątków w czasie długich zimowych wieczorów. A że nie brakowało, uwaga modne słowo – kontrowersji, to i rozmowa nabierała rumieńców. Będzie o dzikich kartach dla Polaków na nasze rundy SGP, zasadach startów zawodnika do lat 24, fundacji PZM, obcych zespołach w naszej lidze, korektach w procedurze startu i kilku innych istotnych kwestiach.

Krzysztof, pojawia się zawodnik do lat 24 w składzie i startuje na nierównych zasadach. W niższych ligach, wedle ustaleń GKSŻ można zastąpić go tylko raz w meczu. W Ekstralidze mamy dowolność. Czyli jak drugi z polskich seniorów. Wychodzi do prezentacji, macha do publiczności i… kończy udział w zawodach?

Fakt. Nie musi to być Polak, można go zastępować. Spod numerów 8/16 też nie muszą startować Polacy. Tak jest. I na pewno nie jest to korzystne dla tych zawodników, bo inni mają większe możliwości. Kluby wystawiają zawodnika, ale nikt mu nie gwarantuje minimalnej ilości wyścigów. Ci z niższych lig wydają się wygrani. Zobaczymy co życie przyniesie. Dotąd z polskim seniorem i zastępowaniem go od pierwszego wyścigu, to rzeczywiście nie było idealne rozwiązanie. Momentami wyglądało wręcz groteskowo. A tutaj? W każdej drużynie będzie inaczej. Trenerzy mają jednak większe możliwości, tak to ujmę. Nie rozumiem trochę tego zróżnicowania w zależności od szczebla rozgrywek. Momentami już nawet nie próbuję rozumieć. Niektóre decyzje po prostu przyjmuję i żyję z tym dalej. Kiedyś bardziej się tym emocjonowałem i nie były to zdrowe emocje. Trochę lat spędziłem przy oficjalnych spotkaniach i wiem, że skupiać się należy na podstawowych, najważniejszych kwestiach. Temat z pewnością jest do dyskusji. Czasami odbywa się to tak, oczywiście nikomu nic nie zarzucając, że nie wszyscy są do końca świadomi skutków takich a nie innych zapisów. Taka rzecz nie powinna się zdarzyć. Brakuje dyskusji. Ostatni przykład – procedura startu. Decyzje zapadły. Nikt ich nie zna, bo nie ujawniono, nie wiedzieć czemu, szczegółowych ustaleń, a toczy się gorąca debata, choć w momencie gdy mleko już się rozlało, a klamka zapadła. 

Ciebie i Tomka Golloba wymienia się w gronie ekspertów, którzy pracowali nad nowymi regulacjami. Byliście tam dla alibi twórców nowych rozwiązań, czy Wasz głos był słyszalny, doceniony i ujęty w regulacjach?

Mieliśmy pełne prawo głosu. Nie wdając się w szczegółowe analizy, bo rzeczywiście trwa szeroka dyskusja, a nikt nie zna treści zapisów, sam fakt gorących sporów bardzo mnie cieszy. Nie uważam tematu za zamknięty i każdy sensowny wniosek może być przydatny, dlatego wsłuchuję się w te głosy trenerów, dziennikarzy, menadżerów. Paradoksalnie, odnoszę wrażenie na bazie tych poglądów, że z procedurą startu nic złego w poprzednim sezonie się nie działo. Rok 2020 zakończył się parę miesięcy temu, ale pamiętam go dobrze i wszyscy narzekali. Teraz mam wrażenie, że lepiej było nic nie robić, bo wszystko było super. Podobno spotkaliśmy się tylko po to żeby ustalić, że jak ten z pierwszego się ruszy, a drugi wjedzie w taśmę, to nie będzie wykluczony. Upublicznienie tych uregulowań opóźniono, by szansę wypowiedzenia się dostali jeszcze sędziowie. I to cieszy. Co do formy i terminu ogłoszenia powiem tak. Ja nie decyduję o relacjach PZMot, GKSŻ, czy Ekstraligi z mediami. Myślę jednak, że próba tworzenia z ustaleń tematu tabu mija się z celem. Skoro decyzje zapadły, powinny zostać niezwłocznie ogłoszone. Uniknęlibyśmy całego zamieszania, spekulacji i domysłów. Każdy komentujący wiedziałby zwyczajnie o czym rozmawia. Jeśli chodzi o mój głos w tej kwestii, to sądzę, że opierałem się na oczekiwaniach kibiców. Moim priorytetem była czytelność rozwiązań i brak możliwości interpretacji. Dosyć dowolnej interpretacji jak to miało dotąd miejsce. Zależało mi, by jednakowe wydarzenia były identycznie oceniane. Może w dawnych latach było rzeczywiście w porządku. Tory były nazwijmy to, bardziej selektywne. Sprzęt był zupełnie inny w porównaniu ze współczesnym. Zawodnicy również zupełnie inaczej prezentowali się pod względem fizycznym, psychomotorycznym i mentalnym. Wówczas przy przegranym starcie można było w trakcie jednego wyścigu, przesunąć się z czwartego na pierwsze miejsce i z powrotem wylądować na końcu stawki. Różnice sprzętowe między poszczególnymi zawodnikami były wielkie. Tory dziurawe, błotniste, mnóstwo kolein. Koloryzując nieco – przegrałem start, ale przede mną jechało dwóch z piętnastokilogramową nadwagą każdy. Wiadomo było, że po drugim kółku zacznie ich targać po torze. Można było sobie poradzić. A dzisiaj? Nieporównywalne realia. Czterech na torze nie waży 200 kilogramów i to razem z osprzętem (śmiech). Każdy jest przygotowany perfekcyjnie, tory są równe. Czasem udaje się wyprzedzać, nie twierdzę że nie, ale wszyscy jadą płynnie, potrafią wybierać idealne ścieżki. Sprzętowo prezentują się podobnie, nie ma radykalnych różnic. To sprawia, że start staje się bodaj najważniejszym elementem rzemiosła.

Przysłuchuję się wypowiedziom trenerów, czy menadżerów, że wszystko powinno zostać po staremu, bo rzecz polega na tym kto przechytrzy sędziego, ale za chwilę z tyłu głowy słyszę już tych samych ludzi w trakcie zawodów, gdy w wywiadach telewizyjnych oburzają się, dlaczego sędzia mojego zawodnika przytrzymał, albo wpuścił w taśmę, a przeciwnikowi pozwolił pojechać z najazdu. Skończyłoby się tym, że znowu zaczęlibyśmy jeździć przód-tył, aż w końcu sędzia albo popaliłby wszystkim sprzęgła, albo w końcu puścił któregoś z lotnego. I znowu mielibyśmy słuszne skądinąd pretensje, bo mój został, a tamten wygrał. Czasy takie, że zawodnicy muszą stać na starcie. I start musi być równy. Najważniejsze, że głos mój, Rafała Dobruckiego, czy Tomka był brany pod uwagę. Myślę, że po latach walki doczekaliśmy czasów, gdy zawodnicy są partnerami dla żużlowych władz. Co nie oznacza, że we własnym gronie jesteśmy zgodni i jednomyślni. Ważne jednak, że te rozmowy się toczą, bo wtedy, tak to oceniam, strony przestają się na siebie boczyć, a zaczynają rozumieć swoje racje. To coś czego wcześniej praktycznie nie było. Spieramy się na argumenty, a te pozwalają czasem lepiej rozumieć racje stron. Warto rozmawiać. To stara prawda. Wcześniej byliśmy jako zawodnicy, zaskakiwani jakimiś pomysłami, strzępami informacji, okruchami argumentów. Wyciągaliśmy wtedy noże z kieszeni i do ataku. Teraz to się zmienia. Obie strony potrafią ze sobą rozmawiać i to jest duży sukces. Nie znaczy to wszakże, że nie ma kłopotów, problemów i sporów. 

Krzysztof Cegielski. fot. Kamil Woldański

Złoty Kask memoriałem Jerzego Szczakiela – według mnie rewelacyjny pomysł. Jednocześnie nadal startują tylko kadrowicze a nie ci z najlepszą średnią biegopunktową?

Inicjatywa godna podziwu. Bardzo się cieszę, że te nazwiska Szczakiela, czy Zenona Plecha będą godnie uhonorowane i upamiętnione. To bardzo ważne. Przez wiele lat generalnie tego brakowało. Kiedy pojawiło się zawodowstwo, to ani żużlowcy ani kluby zupełnie nie pamiętali o korzeniach. Tych starszych zawodników często zapominano. Cieszę się, że pojawia się trend, nawet moda by budować marketing, PR i ocieplać wizerunek dbając o historię. Sam wychodząc na scenę i wręczając Bartkowi Zmarzlikowi statuetkę Sportowca Roku nie bez kozery wspominałem te nazwiska. Czułem taką potrzebę, by o nich pamiętać. Szczególnie dla tych, którzy zainteresowali się żużlem „wczoraj”, wspomnienie dawnych bohaterów, herosów, to zawsze cenna lekcja. Wiele najmłodszych osób już nie pamięta sukcesów Tomka Golloba, a co dopiero mówić o medalistach z dawnych lat. Bez nich. Bez prekursorów, którzy startowali wbrew przeciwnościom swoich czasów, nie było by współczesnych luksusów. Co do nominacji zaś do zawodów. Cóż. Rzeczywiście wystarczy, że ktoś „w oczach trenera” będzie słabszym zawodnikiem, a niekoniecznie według uzyskanej średniej i drogę ma zamkniętą. Jedną rzecz, którą jednak zauważam i chcę podkreślić. Rafał Dobrucki mocno wchodzi w rolę. Ma inicjatywę, pomysły. To dobrze rokuje. Rafał jest moim dobrym kolegą i zazwyczaj mamy podobne poglądy na żużel. Nie ukrywam. Odpowiem więc dyplomatycznie, że te nominacje to kontrowersyjna zasada. Ja nie będę w tej materii oryginalny. Byłem i jestem zwolennikiem szerszej formy rywalizacji w Złotym Kasku. Myślę też, że trener powinien mieć w zanadrzu dwie, trzy dzikie karty, dla tych którzy ostatnio się wyróżnili, a nie dysponują odpowiednią średnią, albo tych których chciałby w jakiś sposób promować, czy lansować. I to by wystarczyło. A propos Rafała jednak, jest jeden świeży i bardzo pozytywny sygnał. Dobrucki przeforsował ideę by dzikie karty na polskie rundy SGP przydzielać wyłącznie Polakom. To znakomita inicjatywa. Za to brawa dla selekcjonera. Potwierdza się, że nie brak mu energii i nie zamierza być li tylko „papierowym” trenerem. Te dzikie karty to była moja ubiegłoroczna bolączka. Zupełnie nie rozumiałem przydzielania ich obcokrajowcom. Mamy kogo pokazać, mamy kogo objeżdżać, a oddawaliśmy pole walkowerem. Wiem, że nawet obecność w parkingu podczas SGP dla młodego chłopaka to bezcenne doświadczenie. Oswaja się z atmosferą. To co wydawało się przerażające i przyprawiało o drżenie  – powszednieje. Debiutantom trzęsą się nogi i ręce, a tu będąc nawet rezerwowym, oswajają się z tym światem. To trzeba przeżyć, więc kiedy, jeśli nie w takich sytuacjach. 

Dwa, czy trzy szczeble rozgrywek? Które rozwiązanie lepsze? Stać nas na trzy ligi?

Oba systemy mają swoje walory. Nie do końca czuję argumenty tych, mówiących że dysproporcja między drużynami jest za duża. Staram się patrzeć na to szerzej, uczestnicząc też w różnych innych rozgrywkach, w innych dyscyplinach. U nas w żużlu też się zastanawiałem kto bardziej korzysta na obecności zagranicznych drużyn w drugiej lidze i mam wrażenie, że to my jednak czerpiemy więcej. Łotysze to zrozumiałe, oni swojej ligi nie mają, ale obecność ekip z Niemiec daje do myślenia. Co innego, gdyby w II dywizji startowało przynajmniej osiem polskich klubów. Albo gdyby Niemcy ścigali się u nas oprócz a nie zamiast Bundesligi. Jak Start Gniezno w Czechach. W obecnych relacjach jednak, udział niemieckich klubów zamiast w rodzimej, w naszej drugiej lidze, to może być gwóźdź do trumny dla rozgrywek za Odrą. W tym kontekście to może być szkodliwe, choć nie wiem dlaczego nie startują u siebie. Nie chcę niczego tu przesądzać. Z zewnątrz nawet mi się podoba taka międzynarodowa rywalizacja w Polsce. Jednak diabeł siedzi w szczegółach. Uważam generalnie, że zawodnik powinien mieć w sezonie jak najwięcej meczów. I tu wracamy do systemu wynagradzania. Gdyby zawodnik zarabiał tyle samo startując raz, albo cztery razy w miesiącu, nie miałby ani on ani klub z tym problemu. Przynajmniej od strony finansowej. Dziś mamy paradoks polegający na tym, że klub ma interes w tym, by gwiazda startowała jak najrzadziej, bo ewentualna kontuzja i leży wynik ligowy w Polsce, zaś żużlowiec szuka okazji, bo ucieka forma i zarobek.

Zastanawiałem się nieraz jak namówić sponsora do wsparcia klubu, który ledwie siedem razy do roku organizuje mecz ligowy? Wydaje mi się, że to zdecydowanie zbyt mało i chyba dojrzewamy do tego, by ten system zmienić. Nawet prezesi powoli przyznają, że dochodzimy do ściany. Metodą może być albo szerszy system rozgrywek, albo poszerzenie składu Ekstraligi o kolejne zespoły. Marzę o takim dniu, kiedy zawodnik, wzorem innych dyscyplin, podpisze kontrakt na kwotę, zaś premie czy nagrody za dobre wyniki będą niewielkim ułamkiem wynagrodzenia. Zawodnicy zaczną zarabiać w sposób cywilizowany, uniezależniony od kontuzji, czy aktualnej dyspozycji sportowej. Oczywistym jest przy tym, że jeżeli ktoś podpisze wysoki kontrakt, a potem wyraźnie obniży loty, zabraknie mu ambicji, to będzie to jego ostatnia umowa na tym poziomie finansowym. W „normalnych” dyscyplinach tak to działa. Jeśli nie strzelasz bramek a powinieneś, albo nie trafiasz do kosza, a miałeś dobry kontrakt, to był twój ostatni wysoki kontrakt w karierze. Ameryki nie ma co odkrywać. Po prostu – w żużlu też powinno być normalnie. Kluby, paradoksalnie, także by skorzystały. Budżety mogłyby być stabilniejsze i bardzie przewidywalne. Teraz, teoretycznie możesz wydać krocie, przegrać wszystko jednym, czy dwoma punktami i spaść z ligi. Za styl, czy wrażenie artystyczne nikt punktów nie daje. Ta przewidywalność budżetu powinna być atrakcyjna dla klubów. 

Fot. Archiwum prywatne Justyny Żurowskiej-Cegielskiej

Skoro o regulacjach. Może pora odwrócić myślenie i zamiast rozbudowywać regulaminy do granic absurdu, pójść drogą, umownie określę ją „co nie jest zabronione, jest dozwolone”, czyli najogólniej „zabrania się zabraniać”?

Gdyby to było możliwe. Jeśli tylko to jest wykonalne, to jestem za. Też nie jestem zwolennikiem przerostu formy nad treścią, ale życie wciąż przynosi nowe sytuacje. Wierzę w dobre intencje zarządzających. Siadają, analizują. Starają się, by wyglądało to wszystko coraz bardziej profesjonalnie. Czasem jednak dochodzi do historii wręcz zabawnych. Nawet te ostatnie wymogi dotyczące ekranów o określonej przekątnej w parku maszyn. Zakaz korzystania dla zawodników to też małe nieporozumienie. Argument za był taki żeby żużlowiec chodził do mix zone i tam oglądał zawody. Aczkolwiek w dobie pandemii, to raczej takie zgrupowanie nie jest najlepszym pomysłem. No i jeszcze kwestia techniczna. Limitery, cewki, tyrystory i tu jednym z elementów jest możliwość komputerowego analizowania parametrów pracy i wpływu na motocykl. To odbywa się w parku maszyn na laptopie. Czyli co? Trzeba będzie chować sprzęt komputerowy w dużych torbach sportowych i otwierać po kryjomu? To absurd. Jeśli chcemy być nowocześni, otwarci, to ciężko sobie współcześnie wyobrazić jakąś dyscyplinę motoryzacyjną bez elektroniki. Zwykle kilku inżynierów wpatruje się w te monitory, cokolwiek tam widzą. Ale wrażenie robią. Wykresy, zmienne, słupki (śmiech). 

Bartolo Czekański wywołał temat nowej umowy sprzedaży praw telewizyjnych. Podobno kwoty mają być kolosalne, a PZMot zamierza przejąć z tego 8% netto. Coś jest na rzeczy? A jeśli tak, na co mają być spożytkowane te ogromne środki w dyspozycji centrali? Fundacja, telefon zaufania – podobno był blisko uruchomienia, ale ostatnio ucichło?

Bez względu na konkretne kwoty, z pewnością pieniędzy będzie dużo więcej niż ostatnio bywało. Jakąś wiedzę na ten temat mam, ale specjalnie nie kręci mnie zainteresowanie finansami PZMot, czy Ekstraligi. Nie mam zwyczaju drążyć cudzych portfeli, ale coś może być na rzeczy. Zwłaszcza, że dotąd nikt specjalnie tego nie prostował. Mogę tylko obiecać, że w kwestii fundacji i telefonu zaufania będę pytał, będę też wnioskował. Jeśli faktycznie pojawi się większa pula środków, także z tytułu sprzedaży praw telewizyjnych, to z pewnością będę prosił, żeby jej znaczna część zasiliła obie te inicjatywy. Cieszę się, że o tym publicznie rozmawiamy. Osobiście będę do tego namawiał szefów żużla. Mam nadzieję, że dotykamy takich czasów, że również strona zawodnicza będzie mogła uczestniczyć w rozmowach o sprzedaży praw telewizyjnych. Tak to działa w NBA, NHL, NFL a prezesi lubią podawać przykłady tych lig jako synonimu profesjonalizmu. Tam właśnie część środków ze sprzedaży praw telewizyjnych trafia wprost do zawodników. Związek zawodowy, na zasadzie funduszu powierniczego, wspiera byłych graczy, będących w potrzebie. To jest po trosze mój cel na następną dekadę. Tutaj jednak muszę oddać szacunek Piotrowi Szymańskiemu. Mnie też czasem zdarzało się prosić o pomoc w imieniu poszkodowanych zawodników i zawsze w miarę posiadanych środków ta pomoc się pojawiała. Nigdy nie spotkałem się z odmową. Nawet ostatnio rozmawialiśmy w takim wąskim gronie, co zrobić żeby ta pomoc była możliwie jak największa, a przy tym trafiała idealnie w punkt. Mamy kilka pomysłów, które jak sądzę spodobają się byłym zawodnikom. Musimy uruchomić tych starszych zawodników, tych potrzebujących, coś w rodzaju spisu powszechnego, po to by poznać prawdziwą skalę problemu, a nie zawężać się do kilku najbardziej medialnych nazwisk. Pamiętajmy, iż nie każdy umie przyznać, że ma problem. Nie każdy ma świadomość. Nie każdy ma odwagę prosić. Niektórzy się wstydzą, innym nie pozwala duma, jeszcze inni traktują taką rzecz jak porażkę czy upokorzenie. Do nich musimy dotrzeć i przekonać, by pozwolili sobie pomóc. Problemy są i wcale niekoniecznie tylko tam, gdzie nam się wydaje. Czasy zbierania do czapek i kasków powinniśmy zamknąć, a rozwiązać sprawę systemowo. System ubezpieczeń na świecie jest szeroko rozwinięty i tak sobie marzę, że ci którzy maja zaszczyt obecnie startować w polskich ligach, także powinni być objęci takim funduszem powierniczym.

Tak to się odbywa w NBA. Jak już ktoś tam raz zagrał, dostał się do ligi, może zawsze liczyć na wsparcie jeśli noga w życiu się powinie. My też powinniśmy pójść w tym kierunku. Skuteczna może być tylko pomoc systemowa. Bardziej nawet w tym wypadku zabezpieczenie systemowe niż pomoc. Medaliści olimpijscy mogą liczyć na takie docelowe wsparcie. Żużel nie jest dyscypliną olimpijską, więc Bartek Zmarzlik i jemu podobni sami muszą się zabezpieczyć. Może to też jest temat do poruszenia na szczeblu ministerialnym, do skutecznego lobbowania, ale to praca na dłuższy czas i bardziej dla żużlowych parlamentarzystów. Skupmy się więc na tym, na co mamy realny wpływ. Z drugiej strony jednak żużel jest trochę zawieszony w próżni pod tym względem. Ani olimpijski, ani specjalnie hołubiony przez ministerstwo. A trochę jednak promujemy Polskę na świecie. Temat jest ważny i aktualny, a na razie nie słychać, żeby się ten nasz żużel potrafił przebijać na salony. Nawet po zwycięstwie Bartka nad Robertem Lewandowskim. Nie ruszyło to aż tak szeroko jak można było oczekiwać i chyba nie zostawiło śladu w świadomości. Już w początkach Ekstraligi byłem zdania, że powinniśmy ten produkt oddać w ręce fachowców, bo w naszym gronie trudno o ludzi ze świadomością potencjału i przełożeniem na masowy odbiór. Teraz wchodzą w sponsoring duże koncerny i one wymuszają pewne działania i bardzo dobrze, bo zaczynamy iść we właściwym kierunku, choć wciąż jesteśmy na początku drogi. Jeśli zaś komuś zatęskni się za tradycją, to u Piotrka Pawlickiego, czy Janusza Kołodzieja tory są zawsze otwarte i tam można tej tradycji posmakować. 

Dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję i pozdrawiam.

Rozmawiał PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI

LVBET

6 odpowiedzi

  1. Panie Krzysztofie mam pytanie: czy w związku z nowymi przepisami pozostał stary – moim zdaniem NAJWAŻNIEJSZY – punkt regulaminu, że zawodnik do momentu “puszczenia” taśmy przez sędziego ma stać nieruchomo?! Jeśli pozostał to żaden zawodnik nie będzie mógł się powoływać na: “bo on mnie podpuścił” czy tym podobne jeśli się ruszy czy wjedzie w taśmę. Przepis mówi – dla mnie jednoznacznie – do momentu puszczenia taśmy masz stać nieruchomo bez względu na to co robi twój przeciwnik i tego powinni się bezwzględnie trzymać sędziowie i udzielać takiej odpowiedzi każdemu “poszkodowanemu” i problem startów jak dla mnie rozwiązany. W związku z tym cokolwiek wy eksperci wymyśliliście przy pozostaniu tego punktu regulaminu wszystko inne kłóci się z nim. No chyba, że ten punkt jakimś dziwnym trafem wyparował z regulaminu sportu żużlowego, albo go przerobiliście – co byłoby dla mnie i wielu kibiców kuriozu i stworzenie bubla wypaczającego ideę żużla! Co do “czołgistów” i ruszających na “dwa tępa” proponuję – żółta kartka – można ją w przypadku czołgania się przyznać po zakończeniu biegu. Przy czym otrzymanie żółtej kartki powinno skutkować tym, że w następnym planowanym starcie zawodnika jest on zastępowany przez juniora – to powinien być jedyny nowy punkt dodany by ukrócić kombinacje na starcie jak i nadmiernie ostrą jazdę na trasie. Brak kasy dla zawodnika za nieobjechany bieg (jedzie za niego junior) byłby najlepszym sposobem na zakończenie kombinacji zawodników podczas procedury startowej. Zaś pozytywnym skutkiem “ubocznym” takiego przepisu byłaby zwiększona liczba startów dla juniorów w meczu.
    Pozdrawiam.

    1. Przepis o starcie jest, albo był tak oczywisty, że ciągle nie wiem o co chodzi i dlaczego eksperci szukają teraz zmian.
      Nie wiem czy czasem nie zaczął się doszukiwać problemów pan Demski, ten który wymyślił “mikroruchy” i wszelkie problemy na starcie mierząc wszystko z dokładnością do 1/100 sekundy! Bzdura.
      To jest żużel a nie saneczkarstwo mierzone z dokładnościa do 1/1000.

  2. Słuchamy wypowiedzi pana Cegielskiego w stylu:
    Zobaczymy co życie przyniesie.
    Momentami już nawet nie próbuję rozumieć.
    Nikt nie zna treści zapisów
    Procedura startu. Decyzje zapadły. Nikt ich nie zna, bo nie ujawniono
    Mam wrażenie, że lepiej było nic nie robić
    Start staje się najważniejszym elementem rzemiosła

    A nastepnie:
    Wszystko powinno zostać po staremu, bo rzecz polega na tym kto przechytrzy sędziego
    Sędzia albo popaliłby wszystkim sprzęgła, albo w końcu puścił któregoś z lotnego
    Start musi być równy
    Spieramy się na argumenty

    I tu wychodzi cała prawda o Krzyśku. Cwaniak, który gra na kilka frontów. Niby jest za zawodnikami, jednak nie ma nic do powiedzenia a Całe to Stowarzyszenie “Metanol” jest o kant dupy potłuc. Wcale to nie polega na tym, że pan Cegielski jest taki słaby, ale na tym, że władze żużlowe panów SSS (Stępniewski, Sikora, Szymański) w Polsce dyktują warunki. A Krzysiek ma ciepłą posadkę, której nie chce się zrzec bo i po co?

    Lawirujące wypowiedzi zawsze usprawiedliwią wszystko.

  3. Nie pamiętam już , który z zawodników jako pierwszy odkrył, że ruch zamków maszyny startowej jest wcześniej widoczny niż ruch samej taśmy. To był chyba największy “cwaniak startowy ” i od niego się zaczęło patrzenie na lewo i prawo i podpuszczanie na starcie . Jeszcze na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku (kilkadziesiąt lat po skonstruowaniu maszyny startowej } nie było to zbyt powszechne . Nastały czasy kretyńskich procedur wymyślanych przez tych , którzy nie radzą sobie ze swoją pracą ( i raczej są to sędziowie ) i próbują zdyskredytować pewną , nazwijmy to – przebiegłość – zawodników.
    O intuicji zawodników oraz o trenowaniu refleksu przez nich panowie zza pulpitu także nie mają pojęcia nie mówiąc już o tym, że swoją jedną głupią ( i bezkarną w dodatku ) decyzją potrafią podważyć sens trenowania refleksu i uważności przez żużlowców i jeszcze w dodatku wk…..ć kibiców :):):) .

  4. Założyć czujnik z jakąś tolerancją który załącza się po zapaleniu zielonego światła i po temacie. Gość ma stać nieruchomo na starcie przed taśmą a jak się wstrzeli to tylko mu gratulować refleksu. Tyle i aż tyle. A tu grono fachowców, interpretacje. Po co ta filozofia.

  5. Jak marzę o dniu kiedy zawodnicy pójdą do pracy jak za komuny.Obecnie
    kwoty jakie zarabiają są kosmicznie nienormalne.Bez żużla można żyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.