Główny partner portalu

fot. Jarosław Pabijan
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Finał ostatniego GP w Toruniu był historyczny: niby to mecz Polska-Rosja (4-2 dla Biało-Czerwonych), ale tak naprawdę cała czwórka finalistów to obywatele Rzeczypospolitej Polskiej.  Artiom i Emil mieszkają w Polsce od lat, oni i ich bliscy mają polskie obywatelstwa (lub są, w przypadku członków rodzin, na finiszu starań o nie), ich dzieci chodzą do polskich szkół i mówią po polsku bez żadnego obcego  akcentu – ich ojcowie też mówią w naszej mowie ojczystej, choć z „kresowym” zaśpiewem.

Sajfutdinow i Łaguta nie wystartują w Speedway of Nations, ich relacje z Rosyjską Federacją wyglądają kiepsko, prywatnie narzekają, że nie mają stamtąd żadnej pomocy, choć Moskwa hojną ręką daje na sport, to akurat nie na żużel, a przynajmniej nie na tych żużlowców, którzy mieszkają nad Wisłą, Odrą czy Brdą. Aktualni i to dwa razy z rzędu mistrzowie świata nie dostali żadnego sponsora z Rosji, choć akurat masę rosyjskich firm na mniej lub bardziej wyraźne zlecenie Kremla sponsoruje rosyjskich sportowców.

Cóż, szanse Polaków na powrót na żużlowy tron w drużynówce – kaleką jej formułą jest Speedway of Nations (od początku nie ukrywam mojej zdecydowanej krytyki tej żużlowej paranoi) – rosną, jeśli w barwach niebiesko-biało-czerwonych pojadą żużlowcy innej miary niż Artiom i Emil.

W ostatnich trzech latach, a więc od kiedy odbywa się SoN Polacy mieli brąz na Stadionie Olimpijskim w 2018 oraz srebro w Togliatti w  Rosji w 2019 i w Polsce w 2020 (Lublin). Do czterech razy sztuka – czyli za dwa tygodnie w Manchesterze pewnie pojedziemy po złoto. A co z Artiomem i Emilem? Dalej będą jeździć w Polsce, tylko Emil z Wielkopolski przenosi się w Kujawsko-Pomorskie, a Artiom – dopingowany przez liczne grono członków rodziny i przyjaciół na Motoarenie, w tym teściową panią Tatianę – zostaje nad Odrą. Będą wrastać w Polskę i polskość, spotykając się z dużą życzliwością ludzi żużlowej branży, a także zwykłych kibiców i sąsiadów, bo Polacy – jak to Polacy – Rosji nie lubią ze względów historycznych i politycznych – ale Rosjan – czemu nie? Rosjanki zresztą też. Będą jeździć w polskich klubach, odwiedzać Rosję – choć raczej wyobrażam sobie ich jako trenerów w Bydgoszczy, Toruniu, Lesznie, Wrocławiu czy Lublinie, a nie w Togliatti czy gdziekolwiek na terytorium Federacji Rosyjskiej.

A swoją drogą, „Grisza” Łaguta powszechnie był uważany za jeźdźca, który ma większe „papiery” na mistrza niż jego brat. Jednak Czajkowskiego w Toruniu wysłuchał Artiom, a nie Grigorij. Ciekawe, nieprawdaż? Daje to do myślenia.

Na koniec zadaję sobie pytanie czy w  domu „Griszy” Łaguty na Łotwie dalej wiosną, latem, jesienią jest bożonarodzeniowy wystrój w postaci lampek świątecznych, które czasem, jak ma humor, Grigorij zapala na przykład w czerwcu albo w sierpniu? I słusznie: po co demontować urządzenie, które potem i tak należy zamontować z powrotem w grudniu, czy też raczej na początku stycznia, bo wtedy są prawosławne święta Narodzenia Jezusa Chrystusa)…

RYSZARD CZARNECKI