Rafał Kurmański zmarł 30 maja 2004 roku. Przeżył niespełna 22 lata.
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Dramaty, tragedie, rozpacz i głębokie rany na lata – to ciemna strona żużlowej codzienności. Zawodnicy giną na torze, poza nim odbierają sobie życie, wprawiając w konsternację najbliższych i środowisko. Potrafią też dopuszczać się największych zbrodni, tym samym niszcząc kariery i dalsze życie. Dziś mija 26. rocznica śmierci Artura Pawlaka, talentu z Zielonej Góry. Miał 19 lat…

Przez długi czas złą sławą, szczególnie w latach 70., okrywał się tor w Rzeszowie. Żużlowcy umierali kilkakrotnie na tym obiekcie. Najgłośniejsi i ci u progu ścigania. W Grudziądzu ledwie 14-letni adept postanowił sprawdzić motocykl, jechał bez kasku. Uderzył w mur, ginąc na miejscu. Były zawodnik, potem znakomity trener Mieczysław Połukard, zmarł wskutek obrażeń odniesionych podczas zawodów szkoleniowych. Został uderzony motocyklem, stojąc na murawie bydgoskiego stadionu. Aż ciarki przechodzą. Swoje czarne historie mają też Falubaz i tor przy Wrocławskiej 69.

Bogdan Spławski miał ledwie 17 lat, a za sobą jedyny występ w sparingu przeciwko Ostrovii. Wypadł, w wysoko wygranym spotkaniu, zupełnie nieźle jak na debiutanta. Zaliczył co prawda taśmę i dwa upadki, ale też dwukrotnie się meldował za klubowym partnerem, przywożąc każdorazowo dwa oczka z bonusami. Inaugurował starty 11 lipca, a już 28 sierpnia tego samego roku dopadła go tragedia. Podczas treningu w piątkowe popołudnie nie opanował motocykla i uderzył w bandę. Twardą, drewnianą, bez powszechnych dziś „dmuchawców”. Lekarze stwierdzili złamanie podstawy czaszki i przewieźli zawodnika do kliniki neurochirurgicznej we Wrocławiu. Nie pomogło. 1 września przyszła z Wrocławia tragiczna wiadomość. Spławski zmarł, stając się pierwszą ofiarą zielonogórskiego owalu.

4 sierpnia 1987 – kolejna tragiczna data. Wiesław Pawlak. Znakomity mistrz drugiego planu. Zawodnik już utytułowany, wciąż jednak aspirujący do większych ról. Żużlowiec w najlepszym dla sportowca wieku, by tym aspiracjom sprostać. Miał 28 lat i najlepszy sezon w dotychczasowej karierze. Do meczu z Toruniem. W 12 wyścigu karambol. Dramatyczna kraksa z udziałem Stanisława Miedzińskiego i Krzysztofa Kuczwalskiego z Apatora oraz Pawlaka. Ten ostatni ucierpiał najbardziej. Od uderzenia motocyklem uszkodzony został pień mózgu. Lekarze walczyli kilka dni, ale i tym razem przegrali. 13 sierpnia Wiesław Pawlak zmarł. Zostawił dwójkę dzieci i żonę. Legenda zespołu, Andrzej Huszcza, płakał na pogrzebie jak dziecko. Wieśka wszyscy lubili. Taki był. Mimo że od kilkunastu lat klub nie organizuje już memoriału jego imienia, na grobie żużlowca, w każdą rocznicę śmierci, płoną liczne znicze.

Śmierć zawodnika na torze podczas rywalizacji to ryzyko, jakie niesie ze sobą speedway. Co jednak, jeśli młodzi sportowcy dopuszczają się przerażającej, zaplanowanej, zimnej zbrodni? Marek Molka i Zbigniew Błażejczak. Koledzy z toru. Ten pierwszy krępy i mniej utytułowany, ten drugi, nazywany „Pyzuś”, z racji okrągłej facjaty, znacznie bardziej utalentowany. Obaj jednak w tym momencie znaleźli się na wirażu. Wirażu kariery i życia. Słabszy sezon każdego z osobna, coraz rzadziej w ligowym składzie drużyny, to sezon wcześniej. Luty 1992, okres przygotowawczy. Obaj przyjaciele obmyślają sposób na zarobienie pieniędzy, których z żużla było coraz mniej. Sposób haniebny, głupi, beznadziejny. 25-letni Błażejczak był mózgiem pomysłu, ale kumpel z toru nie pomyślał nawet, by zapobiec zbrodni, tylko pomógł. Pomógł w morderstwie. Czynu dokonali w mieszkaniu Błażejczaka. „Pyzuś” dwa lata po tragedii zostaje skazany na dwadzieścia pięć lat odsiadki. Molka wyszedł wcześniej i miał krótszy wyrok. Ciało zamordowanego, początkującego biznesmena Jacka O., zostaje odnalezione dopiero w marcu 1992 roku, w okolicach Krępy. Zbrodniarze owinęli je w dywan i zakopali… Masakra.

Kolejny czarny rok Zielonej Góry. Sezon 1993. Najpierw marzec i towarzyskie ściganie u siebie z Lesznem. Piąty bieg i potworny karambol. Pod taśmą 22-latek Andrzej Zarzecki. Znowu, jak z Pawlakiem. Powszechnie lubiany, nad wyraz skromny chłopak, walczący skutecznie o przedłużenie kariery wśród seniorów. Obok niego partner Maciej Jaworek i rywale Paweł Jąder oraz Dariusz Łowicki. Po starcie podwójnie prowadzą gospodarze. Drugi łuk. Andrzejek szeroko, Jaworek przy wewnętrznej. Nic nie zapowiada tragedii. Rywale sporo z tyłu. Nagle Jaworka stawia w poprzek toru, na jego tylne koło nadziewa się Jąder. Motocykl wystrzeliwuje spod zawodnika „Unii” i z impetem uderza w głowę jadącego na okrągło Zarzeckiego. Andrzej wylatuje ze swojego rumaka i dodatkowo uderza w bandę, a ostatecznie przygniata go własna maszyna. Makabryczne sceny. Publiczność milknie. Karetka na torze. Wszyscy przeczuwają nieszczęście, lecz łudzą się przy tym, że tym razem los się zlituje nad zawodnikiem. Niestety, 24 marca, trzy dni po tragicznym upadku, Andrzej odchodzi.

Miasto jeszcze nie otrząsnęło się z pierwszej tragedii sezonu, a już przyszła kolejna. Ledwie 19-letni wówczas Artur Pawlak. Choć nosił to samo nazwisko, nie był spokrewniony ze zmarłym kilka lat wcześniej Wiesławem. Ponownie zawody towarzyskie. Tym razem z Piłą. W piątej odsłonie Artek jechał drugi. Bieg, wydawało się, bez historii. Prowadził „Gri” Charczenko ze sporą przewagą. Za Pawlakiem partner z zespołu, z bezpieczną stratą. I nagle… Przedostani łuk. Charczenko jakby nieco zwalnia, a Pawlak jedzie z dużą prędkością przy wewnętrznej. Pociąga go i z impetem zahacza o tylne koło rywala. Niemal czołowo zderza się z bandą. Świadek tamtej tragedii, ikona Falubazu Andrzej Huszcza, tak wspominał te wydarzenia: „Przy słupkach były wmurowane szyny. Mocna, solidna banda. Pamiętam, że aż zakwiczała… Nic a nic się nie poddała. Całe uderzenie Artek wziął na siebie. I… koniec”. Jeszcze 15 dni lekarze walczyli o życie skromnego jak Zarzecki i przemiłego chłopaka. Uraz czaszkowo-mózgowy sprawił, że zawodnik zapadł w śpiączkę. Przewożony między klinikami w Poznaniu i Wrocławiu, ostatecznie dokonał swoich dni 21 czerwca w Zielonej Górze.

Artur Pawlak. FOT. FALUBAZ.COM

Jeśli zawodnik oddaje życie za pasję i możliwość jej realizacji, to jedno. Co jednak, gdy dobrowolnie z niego rezygnuje? Rafał Kurmański odebrał je sobie 30 maja 2004 roku. Nie pochodził z dobrego domu. W rodzinie przewijał się alkohol, były przypadki samobójstw. Tym bardziej „Wydra” – tak nazywali go przyjaciele, choć żużlowa Polska zapamiętała jako „Kurmanka” – chciał być we wszystkim doskonały. Nie przyjmował możliwości popełnienia błędu i chyba nie rozumiał do końca, że każdemu wolno je czynić, zaś świat od tego się nie rozpadnie. Chciał być wzorem, ba , wręcz musiał, w swoim mniemaniu, nim być. Kibice widzieli w nim tylko herosa żużlowych torów. W tamtym czasie, jedynego rokującego na przyszłość. Klub chuchał i dmuchał na swój skarb i może to też był błąd. Przejście do wieku seniorskiego nigdy nie jest łatwe i gładkie. Dla dążącego do doskonałości „Wydry”, po urazie kręgosłupa rok wcześniej, stało się to trudniejsze. Z natury introwertyk, unikający rozgłosu, kumulował w sobie negatywne emocje, a kiedy te brały górę – eksplodował. Rzucał motocyklem, oponami, nikomu nie pozwalał się zbliżyć, wniknąć w skomplikowaną psychikę. Po chwili zaś, gdy wyładował złość i żal, znowu stawał się chłopakiem do rany przyłóż. Małomówny, skryty, zamknięty w sobie – taki był.

Młodziutki Rafał Kurmański.

Przed tragedią odebrano mu przyznaną wcześniej dziką kartę na Grand Prix Europy. Czy to go załamało?  Tragiczne godziny wspominał Tomek Grabowski, przyjaciel „Wydry”: „W sobotę wypiliśmy piwka, pojechaliśmy coś zjeść. Prowadził swojego busa. Potem wracaliśmy do mnie. Pod domem zatrzymała nas policja. Wiedziałem, że w niedzielę Rafał ma mecz z Lesznem, potem leci do Anglii, bo jeździ w tamtejszej lidze, a potem do Szwecji. Chciałem go kryć i przesiadłem się na miejsce kierowcy”.

Policjanci widzieli przesiadkę. Dlatego to Rafał dmuchał w alkomat – 0,8 promila. Zatrzymali mu prawo jazdy. To był gwóźdź do trumny. Kurmański, zamiast do domu, jedzie na stację paliw. Kupuje alkohol i linkę holowniczą. Najpierw chce jechać na most, potem na stadion, ostatecznie wybiera hotel. Zaprasza do pokoju dwie dziewczyny, piją. Rafał mówi jednej z nich, że jest jego ostatnią kobietą. W niedzielę pracownica hotelu znajduje zwłoki na lince przywiązanej do klamki. „Zakończył jak gość! Użył sobie!

„Niesamowite, ale zanim spotkaliśmy się w sobotę, odwiedził wielu znajomych. Każdemu dał prezent. Tylko mnie nie. Mnie zostawił z dołem” – opowiadał potem Tomek Grabowski. Dlaczego Rafał to zrobił? Dlaczego nikt wcześniej nie usłyszał niemego krzyku zagubionego człowieka na życiowym wirażu?

Speedway i ryzyko są jak bracia. Tak już zostanie i za to wielu go kocha. Kochają go też żużlowcy. Zdają sobie z niego sprawę, ale wolą nie myśleć o czarnej stronie swej pasji. Na torach zginęło ich kilkuset na całym świecie. Wielu także nie wytrzymało, odbierając sobie najcenniejszy dar – życie. Umierali wskutek obrażeń kibice, po zderzeniach z motocyklami poza torem, choć znacznie rzadziej. Wreszcie, nie mając pomysłu, co dalej, gdy kariera zaczynała się sypać lub zakończyła definitywnie, niektórzy dopuszczali się zbrodni bądź nadużywali alkoholu, czy narkotyków ze zgubnym skutkiem. Czemu o tym teraz? Sezon się zbliża. Za chwilę nie będzie miejsca na wyhamowanie i zastanowienie, a warto.

PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI