Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Po przerwie duńskie Vojens znów zagościło na mapie wielkiego żużlowego świata. W sobotę na obiekcie kierowanym przez Jacoba Olsena odbyła się kolejna runda cyklu Grand Prix. Data turnieju idealnie zbiegła się z pierwszym tytułem mistrzowskim wywalczonym przez Ole Olsena, który pierwsze indywidualne złoto zdobył 10 września 1971 roku. Zdaniem organizatorów, zawody miały być żużlowym świętem. Takim też były, a my – jak zwykle – „delikatnie” zajrzeliśmy za kulisy. 

 

Jak zacząć zwiedzanie terenów legendarnego Ole Olsena? Oczywiście od miasteczka Haderslev, w którym ten słynny Duńczyk się wychował. W najbardziej prestiżowym hotelu miasta – „Norden” – wciąż stoi Jawa pokryta przez Robert Jacobsena 24-karatowym złotem. Właśnie na niej Olsen zdobywał tytuł na szwedzkim Ullevi.

Czy młode pokolenie Haderslev zna Ole Olsena? Oczywiście. – Każdy tutaj doskonale wie kim był Ole Olsen. Oczywiście bardziej z opowieści rodziców. Jakby na to nie patrzeć, to on to nasze miasteczko rozsławił. Jak zdobywał swoje mistrzowskie tytuły, to pod naszym ratuszem witały go tłumy – mówi nam jeden z młodych mieszkańców słynącego z katedry miasteczka. 

W Haderslev zapowiedzi turnieju Grand Prix nie brakowało. W witrynach sklepowych wisiały plakaty reklamujące żużlową imprezę. Przegrywały one jednak z o wiele pokaźniejszą reklamą wyścigów rowerowych MTB, również odbywających się w Haderslev. Czy oprócz Jawy są jakieś „namacalne” ślady po Ole Olsenie? Jednym na jaki trafiliśmy był zakład kuśnierski z długoletnią tradycją, w którym ponoć klientem bywał swego czasu właśnie sam Olsen. Czy to prawda czy też nie? – Tego ostatecznie nie udało nam się potwierdzić. Rodzinny zakład w sobotę był po prostu zamknięty. 

Z Haderslev, po którego ulicach Olsen „szalał” na swoim pierwszym motocyklu, do stadionu w Vojens jest około piętnastu minut jazdy samochodem. Legendarny stadion, na budowę którego „wpadł” zawodnik i jego biznesowy partner Åge Søndergaard żużel „widział” po raz pierwszy w 1975 roku. Inauguracyjne zawody zakończyły się korkami sięgającymi dwunastu kilometrów, a w ich rozładowaniu na lokalnych drogach musiały pomagać policyjne helikoptery. 

W sobotę policja interweniować nie musiała. Duńscy działacze liczyli na 7-8 tysięcy kibiców. Ostatecznie pojawiło się ich dokładnie 10.123 i tym samym arena ponownie ożyła jak za dawnych lat. Ceny biletów? Dla miejscowych normalne, niektórzy polscy kibice jednak narzekali. Najtańszy bilet kosztował 440 koron, czyli około 250 złotych. Uprawniały one do śledzenia zawodów z poziomu wału trawy, notabene idealnie przyciętej. Były w sprzedaży również bilety VIP, które w przeliczeniu kosztowały około 1000 złotych. Program zawodów wyceniony został przez rodaków Hamleta na 60 złotych. Z opcji VIP skorzystało blisko 900 fanów speedwaya, głównie byli to lokalni sponsorzy żużla i zaproszeni przez nich goście, czy ich pracownicy. To dla nich Jacob Olsen postawił specjalny namiot, w którym trzy godziny przed zawodami zaczął się specjalny program towarzyszący. Na spotkaniu byli obecni między innymi Jacob Olsen oraz Greg Hancock, a goście przez cały czas mogli korzystać z obfito zastawionego stołu.

Osobno swoich gości do przyporowej loży zaprosiła znana w duńskim żużlu firma Kjaergaard oraz sam Ole Olsen, który na obiekcie w Vojens posiada budynek klubowy nazwany Ole Olsen Lounge. To w nim wraz z legendą światowego żużla wyróżnieni goście mogą spędzać czas podczas zawodów. Na nazwisko Olsen człowiek napotyka się na obiekcie w Vojens niemal wszędzie. W biurze prasowym zawodów na ścianach roi się od plakatów przypominających historyczne zawody, w których startował Duńczyk. 

Ole Olsen Lounge w Vojens

Stadionowa gastronomia? Nie pozostawia nic do życzenia. Dla zgłodniałych przygotowano tradycyjne hot-dogi w cenie 45 koron oraz Speedway Polse, czyli kiełbasę żużlową w cenie 46 koron. Duńscy kibice z dużym prawdopodobieństwem wygrali „pojedynek” z innymi kibicami w kwestii spożywania piwa. Niemal bez przerwy widać było kibiców podążających na trybuny z tekturowym sześciopakiem piwa Carlsberg. Cena piwa wynosiła 45 koron. Dla tubylca niewiele, polscy kibice zanim kupili parę razy się zastanowili, czy odczuwają aż tak duży głód napoju z chmielu. Co ciekawe, niemal natychmiast po opuszczeniu obiektu przez kibiców służby porządkowe w iście ekspresowym tempie sprzątały sterty plastikowych kubków po piwie. – Dawno nie mieliśmy takich obrotów na sprzedaży piwa jak dzisiaj. Z drugiej strony trudno się dziwić. Jest sobota, mamy żużel i pełny stadion kibiców. Przepraszam, ale nie mam czasu. Sam Pan widzi, co się dzieje – mówiła jedna z Dunek nalewających klientom piwo.

Pomimo faktu, że sobotnie zawody nie dostarczyły tyle emocji co zazwyczaj dostarczają zawody rangi światowej w Vojens, mało kto opuszczał stadion niezadowolony. Polskich kibiców w pełni satysfakcjonowało drugie miejsce Bartosza Zmarzlika. – Nie ma co rozpaczać. Teraz Bartek w Toruniu zrobi swoje i  będzie miał trzeci tytuł. Najlepszy nie zawsze może wygrywać – mówił nam Marek Biernacki, fan zawodnika z Kinic o – uwaga – sześćdziesięcioletnim stażu kibicowskim. Jego opinii wtórowało po zawodach wielu Polaków.

Będąc w Vojens nie sposób nie pokazać jeszcze jednego miejsca. Tego bardzo honorowego. W roku 2018 Jacob Olsen uhonorował triumfatora indywidualnego finału światowego z 1988 roku, Erika Gundersena specjalnym miejscem nazwanym „Zona Erik Gundersen”. To właśnie z tego miejsca najczęściej zawody ogląda filigranowy trzykrotny indywidualny mistrz świata.

Strefa Erika Gundersena

Same zawody zakończył pokaz sztucznych ogni, który był „koronacją” powrotu ośrodka Vojens na mapę światowego żużla. Bez wątpienia pod względem organizacyjnym udanego. Na polu pokazów fajerwerków bez wątpienia jednak Duńczycy przegrywają z Andrzejem Rusko.

– Długo się do tych zawodów przygotowywaliśmy i mamy nadzieję, że zadaniu podołaliśmy. Ponad dziesięć tysięcy kibiców na naszych trybunach to dowód na to, że zapotrzebowane na wielki żużel wciąż jest. Być może potrzeba nam drugiego Ole i znów zacznie się wielka, pozytywna gorączka w duńskim żużlu – podsumowuje jeden z lokalnych działaczy. 

Jako ciekawostkę dla kolegów dziennikarzy można podać fakt, że zastanawiała działalność biura prasowego. Chcąc odebrać dokumenty dziennikarz „musiał” tylko samodzielnie znaleźć kopertę ze swoim nazwiskiem w pudełku i… to tyle. Zero sprawdzania. Po prostu skandynawskie zaufanie, że wszyscy gramy fair, a biurokrację ograniczamy do minimum.

Wielkie sprzątanie