Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle punktów wywalczył w Gorzowie Andres Thomsen wygrywając pierwszy turniej Grand Prix w swojej karierze

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów wywalczył w Gorzowie Andres Thomsen wygrywając pierwszy turniej Grand Prix w swojej karierze
fot. archiwum Egona Mullera
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Witam Was moi mili po dłuższej przerwie. Spowodowanej jest ona tym, że mam masę spraw do załatwienia w związku z moją książką „Mein Leben am Limit”, która ukazała się na razie tylko w języku niemieckim dosłownie parę dni temu. 

 

Jeśli ktoś z Was sobie myśli, że żużlowiec ma tylko „klawe” życie, to mówię Wam, że tak nie jest. Zdarzają się porażki i to takie, które naprawdę ciężko się przełyka. Mi kiedyś w ciągu paru dni przerwy przytrafiły się takie dwie. 

W 1976 roku idealnie przebrnąłem przez eliminacje światowe i awansowałem do finału w Chorzowie. To była radość. Wiedziałem, że w Chorzowie przyjdzie tłum ludzi i w końcu będę mógł przekonać się na własne oczy, jak ten żużel jest u Was popularny. Nie wiem, ile dokładnie kibiców było, ale mówiło się, że ponad sto tysięcy. Pomimo, że zdaniem mojego tunera Otto Lantenhammera czasy na treningu miałem bardzo dobre, to ja jakoś sam w sukces nie wierzyłem. Byli inni faworyci – Mauger czy Collins. Oni w tamtych czasach potrafili startować trzy razy dziennie w różnych miastach. W południe, późnym popołudniem i jeszcze wieczorem. Myślałem sobie w duchu, że jak to ja mam takie asy nagle pokonać?

Pierwszy bieg wygrałem i to było obiecujące. Jednak w kolejnych motocykl zaczął dziwnie pracować. Zachowywał się tak, jakby raz miał moc, a raz nie. W ostatnim biegu prowadziłem i gdybym to dowiózł, być może byłaby szansa na medal. Niestety nie dowiozłem. Nie opanowałem do końca motocykla i wylądowałem w bandzie. Do dziś pamiętam komentarze niemieckich kibiców, że Muller jak zwykle przesadził, chciał się popisać i skończyło się jak zwykle. Nikt się nie chciał popisywać tylko motocykl pracował nieregularnie. Wiecie, co się okazało? Człowiek mądry po szkodzie. Wpływ na pracę silnika miało oczywiście powietrze i zawartość tlenu. Na trybunach było ponad sto tysięcy, to tlenu było mniej. Inni, jak się później okazało, brali to pod uwagę. Ja z Otto nie i finalnie skończyłem finał chyba na ósmym miejscu. 

Nie ukrywam, że parę dni pocierpiałem, ale szybko uznałem, że nadrobię to trzecim tytułem mistrza świata na długim torze. Pojechaliśmy z Otto na finał do Mariańskich Łaźni. Po treningu, to samo co w Chorzowie – Otto mówi, że jest ok, a ja zacząłem kręcić nosem. Coś mi nie pasowało. Postanowiłem pożyczyć motocykl na wszelki wypadek od Hansa Zierka. Jak go pożyczyłem, to nie mogłem się zdecydować, na którym ostatecznie wystartować – tym od Otto czy tym od Zierka. Lantenhammer powiedział, żebym decydował sam co robię i później nie miał do niego pretensji. Uznałem ostatecznie, że trzy pierwsze biegi pojadę na jego motocyklu, a później wezmę ten od Zierka. Przegrałem dwa pierwsze biegi z Aloisem Wiesbockiem i przesiadłem się na motocykl od Zierka. Moje „wydziwianie” skończyło się tak, że przegrałem finał z Maugerem oraz Olsenem i obszedłem się ze smakiem. Zamiast trzeciego tytułu z rzędu był niedosyt z „brązu” tak duży, że po zawodach swoje pretensje kierowałem do Lantenhammera i o mało się nie rozstaliśmy. Ostatecznie uznaliśmy, że szkoda myśleć nad tym, co było i trzeba patrzeć do przodu. Także moi kochani, w krótkim odstępie czasu ja i moje ambicje dostaliśmy dwa razy po „tyłku”. Bolesne porażki to też element żużla. Trzeba umieć się z nimi godzić.

Skąd w tytule niebieski łuk? Żeby nie było smutno, to na koniec poprawię Wam humor. Zmysł nazwijmy to marketingowy miałem chyba od dziecka. Swego czasu znałem szefa jednej firmy, która produkowała spodnie. Wpadłem więc na pomysł, aby po tym jak zostałem mistrzem świata na długim torze w 1973 roku wyprodukował na sprzedaż jeansy o nazwie World Champ. Właścicielowi firmy pomysł przypadł do gustu i produkcja spodni wkrótce ruszyła. On zarabiał, ale ja też. Nie powiem, od każdej pary spodni coś do mnie trafiało. Podczas jednej z wizyt w fabryce zauważyłem, że zostaje dużo bezużytecznych skrawków jeansu. Szybko wpadłem na pomysł i spytałem właściciela, czy z nich nie można by uszyć czapek. Zgodził się. Złożyłem zatem zamówienie na pierwszy tysiąc czapek z „resztek”. Sam zacząłem taką czapkę zakładać na stadionie i oczywiście na podium. Ile czapek sprzedaliśmy? Do dziś nie wiem. Na pewno wiele więcej, aniżeli pierwszy tysiąc. Jedno mi utkwiło w głowie. Podczas pewnych zawodów w Herxheim było widać w telewizji, że pierwszy łuk publiczności jest cały niemal na niebiesko. Czemu? Bo tyle czapek sprzedaliśmy…

Do następnego kochani. Gdyby ktoś z Was chciał moją autobiografię, zanim ukaże się po polsku zapraszam do kontaktu pod mailem [email protected]

Pozdrawiam 

EGON MULLER