fot. Jarosław Pabijan
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

– Na pewno mam ogromne zobowiązanie wobec Torunia, klubu i fanów. Po to tu przyszedłem, żeby zrobić coś, co będzie dobre. Za zaufanie, którym zostałem obdarzony, chciałbym odpłacić swoją pracą w taki sposób, żeby wszyscy byli zadowoleni. Tak jak mówiłem już wcześniej, nie chciałbym nikogo zawieść, ale z drugiej strony nie chciałbym też niczego obiecywać. W naszej lidze jest osiem drużyn i każda z nich chce jechać o swoje cele. Zapewniam jednak, że będziemy ciężko pracować, żeby zaliczać się do grona najlepszych zespołów – mówi trener Apatora Toruń, Piotr Baron, z którym rozmawiamy o jego przenosinach do klubu z Grodu Kopernika, powrocie do macierzy po ponad trzech dekadach, pierwszych tygodniach w niby starym, a jednak nowym miejscu, prowadzonej przez niego drużynie i szczegółach pracy w roli szkoleniowca. Przy okazji zaglądamy też w dość odległą już przeszłość i wspominamy dawne toruńskie czasy.

Dlaczego postanowił pan odejść z Leszna po sezonie 2023 i zakończyć waszą wieloletnią współpracę?

Po prostu przyszedł czas, żeby dobre małżeństwo się rozstało. W związku z tym trzeba było zrobić w ten sposób, żeby nasze drogi się rozeszły i tak się stało.

Jak długo dojrzewał pan do tej decyzji?

Raczej nie jakoś bardzo długo, ale kilka dni na pewno tak.

Czy fakt, że w ostatnim czasie leszczyńska drużyna po latach wielkich sukcesów nie biła się już o najwyższe cele i nie posiadała tak mocnego składu jak wcześniej, miał jakiś wpływ na tę decyzję? Pojawił się element wypalenia lub zmęczenia materiału?

To raczej nie miało za wiele wspólnego z tą decyzją. Z drużyną zawsze jest się na dobre i na złe. Wiadomo, że czasami są lepsze momenty, a czasami gorsze. Tutaj bym się niczego nie doszukiwał.

Nie było panu trudno odnaleźć się w sytuacji, kiedy po kilku złotych medalach z rzędu nagle przyszły chudsze lata? Wydaje się, że to może być bolesne i trochę zniechęcające.

Nie, absolutnie nie. To nie miało wielkiego znaczenia. Czasami przychodzi taki moment, w którym zaczyna być już przesyt dobrym wynikiem i myślę, że w Lesznie po tych czterech mistrzostwach z rzędu taki moment też nadszedł. W tej sytuacji włodarze chcieli trochę odpuścić. Jak dla mnie ten tok myślenia był bardzo dobry. Ja byłem do tego pozytywnie nastawiony. Sport już taki jest, że raz się wygrywa, raz się przegrywa. Nie powiedziałbym zresztą, że drużyna momentalnie stała się dużo słabsza. Po prostu trudniej było nam robić dobre wyniki. Wdrażaliśmy też plan, żeby formację juniorską oprzeć na naszych młodziutkich i niedoświadczonych wychowankach, którzy stawiali dopiero pierwsze kroki w poważnym żużlu. Chodziło o to, żeby ich rozwijać i czerpać z tego efekty w przyszłości. Ciekawych wyzwań zatem nie brakowało.

Ma pan poczucie, że w tych ostatnich latach drużyna wyciskała z siebie maksimum czy jest pewien niedosyt, że nie udało się wykrzesać z niej chociaż trochę więcej?

Myślę, że ani ja ani drużyna nie powinniśmy mieć wielkich wyrzutów sumienia. Spójrzmy chociażby na ostatni sezon. Przez znaczną część rozgrywek jechaliśmy niepełnym składem z powodu kontuzji. Momentami brakowało nam nawet trzech podstawowych seniorów. Mimo tego weszliśmy do fazy play-off. Takiego sezonu nie można zatem traktować w kategoriach porażki. Wręcz przeciwnie – to był spory sukces, chociaż wiadomo, że apetyty wszyscy mają zawsze większe.

Informacja, że odchodzi pan z Leszna przekazana nagle na jednej z ubiegłorocznych konferencji zapewne była pewnego rodzaju zaskoczeniem dla włodarzy tamtejszego klubu. To była sensacyjna wiadomość, której chyba nikt się nie spodziewał. W jakich relacjach się rozstaliście?

Uważam, że w bardzo dobrych. Do dzisiaj mam kontakt z prezesem Rusieckim, zawodnikami i pracownikami klubu. To normalne, że przychodzi taki czas, kiedy trzeba się rozdzielić. Nie powiedziałbym, żeby między nami zrodziło się coś złego.

Janusz Kołodziej, Piotr Baron i Piotr Pawlicki. fot. Paweł Prochowski

Czy już wcześniej rozmawialiście o pana odejściu? Sygnalizował pan swoje zamiary?

To wszystko rozegrało się raczej przy okazji wspomnianej przez pana konferencji.

Czy z pana perspektywy to wszystko wyglądało tak jak powinno?

Myślę, że żadna ze stron nie powinna czuć się urażona. Rozeszliśmy się w dobrych nastrojach. Z zarządem wypiliśmy dobrą kawę i zjedliśmy pożegnalny tort. Wszystko przebiegło pozytywnie.

Co sprawiło, że po Lesznie trafił pan do Torunia?

Skoro już nadszedł taki moment, że moja działalność w Lesznie dobiegła końca, to przenosiny do Torunia wydały mi się naturalnym ruchem, jaki mogłem zrobić. Pojawiła się okazja, żeby wrócić do klubu, w którym się wychowałem. To nie pozostawało bez znaczenia i miało duży wpływ na moją decyzję. Nie ukrywam, że w tym kierunku pchnęła mnie też pewnego rodzaju ciekawość. W Toruniu od lat są spore perspektywy i fajne drużyny, a pod względem wyników różnie bywa. Strasznie mnie to intrygowało. Uznałem, że dobrze będzie zbadać to od środka i spróbować zrozumieć.

Propozycja z Torunia przyczyniła się do pana odejścia z Leszna?

Nie, to nie było tak. Najpierw podjąłem decyzję o odejściu z Leszna. Wcześniej nie myślałem poważnie, żeby cokolwiek zmieniać. Nie czułem takiej potrzeby. Tak jak wspomniałem, przyszedł jednak taki moment, w którym uznałem, że dla dobra mojego i klubu musimy się rozstać. Dopiero wtedy weszła opcja toruńska.

Ale włodarze Apatora już wcześniej próbowali ściągnąć pana do Torunia. Nie miał pan poczucia, że od tamtego czasu drzwi do tego klubu stały przed panem otworem?

Nie powiedziałbym w ten sposób. Nieco ponad dwa lata temu faktycznie była między nami jakaś rozmowa, ale ona okazała się bardzo luźna. Nie było żadnych konkretów i na tym się skończyło. Myślę, że obie strony musiały trochę dojrzeć do zrobienia tego ruchu, aż w końcu wszystko się zgrało.

Jak długo zajęło wam wypracowanie porozumienia?

Spotkaliśmy się dwa razy i tyle wystarczyło.

Jakie wrażenie zrobili na panu włodarze Apatora?

Odebrałem ich jako normalnych ludzi, którzy chcą budować sport na dobrym poziomie i rzeczywiście zależy im na osiągnięciu korzystnego wyniku. Wcześniej miałem już okazję widywać państwa Termińskich i zamienić z nimi kilka słów, więc to nie było tak, że odkrywałem coś totalnie nowego. Nasze relacje od samego początku układają się jak najbardziej normalnie.

Kiedy stało się jasne, że będzie pan dostępny na rynku trenerskim, to pojawiło się duże zainteresowanie pana usługami?

Jakieś telefony i rozmowy były. Ale szczerze, to nie brałem pod uwagę innego kierunku niż toruński. W grę wchodziło jeszcze całkowite wycofanie się ze sportu. Ostatecznie zwyciężyła jednak opcja, że zostaję. Myślę, że droga, którą obrałem, to dobra droga.

Jak wiele czasu potrzebował pan do namysłu?

Jakieś półtora tygodnia.

Konsultował pan z kimś swoją decyzję?

Nie, w sporcie jest tak, że trzeba wiedzieć czego się chce i ja wiedziałem. Byłem też przekonany, że jeśli mam zmienić klub, to tylko na Toruń. Nie było potrzeby, żeby ktoś dodatkowy brał w tym wszystkim udział.

Czy rozmyślając o swojej żużlowej przyszłości zdarzało się panu snuć plany, że kiedyś, na jakimś etapie dobrze by było wrócić do korzeni i znowu znaleźć się w Toruniu?

Kiedyś, jak byłem jeszcze zawodnikiem, to oczywiście myślałem, że drzwi do Torunia może mi się jeszcze w jakiś sposób otworzą. Wtedy nie było jednak takiej możliwości. Teraz pojawiła się opcja, żeby wrócić tu w innej roli, więc z niej korzystam.

Co oznacza dla pana możliwość prowadzenia macierzystej drużyny?

Dla mnie to jest ogromna presja. Nie chcę zawieść ludzi w mieście, w którym się wychowałem, nie chce zawieść pracodawcy i oczywiście nie chcę zawieść też zawodników. Ta presja jest zatem spora, ale prawda jest taka, że w sporcie ona zawsze była i będzie. Trzeba się do tego po prostu dostosować.

Ta presja nie wpływa na pana negatywnie?

Na pewno mnie nie paraliżuje. Myślę, że jest wręcz przeciwnie. To wszystko, co dzieje się dookoła, daje mi potężnego kopa do pracy. Presja oczywiście nie jest czymś najlepszym, ale ona może też prowadzić nas na właściwe tory, żeby odpowiednio wykonywać swoją pracę.

A czy w porównaniu z pracą w innych klubach jest coś szczególnego w prowadzeniu macierzystej drużyny? Ma pan do tego jakiś wyjątkowy stosunek?

Nie chcę tak na to patrzeć. Przychodząc do każdego klubu, człowiek stara się na maksa, żeby wyciągnąć z tego jak najwięcej dobrego. Tutaj mam takie samo podejście.

Jak bardzo czuje się pan związany z żużlowym Toruniem? To tutaj wszystko co żużlowe się dla pana zaczęło, ale tak naprawdę spędził pan tu tylko chwilę na początku swojej żużlowej drogi. Czy to wystarczyło, aby wytworzył się jakiś związek emocjonalny?

Ja myślę, że coś takiego będzie się stopniowo wytwarzać i umacniać. Do tego potrzeba czasu. To nie jest tak, że w kilka tygodni człowiek od razu się przestawi. Tutaj wchodzą nowe znajomości, nowe przyjaźnie, jest nowe poznawanie się. To na pewno będzie chwilę trwało, żeby taki mocny sentyment wrócił. Na razie nie mamy też za bardzo czasu, żeby o czymś takim myśleć. Skupiamy się na jak najlepszych przygotowaniach do rywalizacji w lidze. To jednak bardzo pomaga w budowaniu wzajemnych relacji i związku z klubem.

Czy rywalizacja z toruńską drużyną, przyjazdy do Torunia w barwach innych zespołów – najpierw w roli zawodnika, a potem trenera – miały dla pana jakiś szczególny wymiar?

Sport nauczył mnie, że nie można szczególnie przygotowywać się do jakichś zawodów czy szczególnie się na nie nastawiać. Każde z nich trzeba traktować tak samo i zawsze należy dążyć do tego, żeby wszystko stało na jak najwyższym poziomie. Często można usłyszeć o jakiejś dodatkowej rywalizacji, ale u mnie czegoś takiego nie było. W moim przypadku te dodatkowe emocje nie grały roli. Wychodzę założenia, że w sporcie trzeba bardzo mocno odcinać się od takich rzeczy.

Powrót do Torunia zapewne sprawia, że niejednokrotnie pojawiają się okazje, aby ożywały w panu wspomnienia sprzed lat. Jak zapamiętał pan te swoje toruńskie żużlowe początki?

Mój rozwój sportowy przypadł na lata szkolne. One były dla mnie naprawdę piękne i fajne. Nie powiem, że było inaczej, bo nie było. Człowiek bardzo dużo się wtedy nauczył. Miałem świetnego nauczyciela w osobie Jana Ząbika, czyli mojego pierwszego trenera. To on uczył mnie żużla i zrozumienia tego sportu. To on sprawiał, że poznawałem tę dyscyplinę. Zawsze bardzo miło to wspominam.

fot. media klubowe FNS KS Apatora Toruń

Lata lecą, a Jan Ząbik w dalszym ciągu działa na rzecz toruńskiego klubu. Teraz wasze drogi znowu się przecięły.

Cieszę się, że dzisiaj mogę kontynuować swoją pracę obok trenera, przy którym zaczynałem. Wiem, że mam w nim duże wsparcie. Jeżeli kiedykolwiek będę potrzebował jakiejś pomocy, to z całą pewnością mogę na niego liczyć.

Jako zawodnik przejeździł pan w barwach toruńskiej drużyny ostatecznie tylko jeden sezon. To był rok 1990. Jak pan go zapamiętał?

To był fajny i owocny sezon. Razem z kolegami wywalczyliśmy złoto Drużynowych Mistrzostw Polski i Młodzieżowych Drużynowych Mistrzostw Polski. Bardzo miło to wspominam i nigdy nie powiem, że jest inaczej. Ja wszedłem do drużyny mając zaledwie 16 lat. To było rewelacyjne uczucie, że dostałem taką szansę i zostałem obdarzony zaufaniem przez trenera. Dla mnie to było coś naprawdę ważnego i do dzisiaj tak to postrzegam. Na pewno rozpiera mnie duma, że wtedy mogłem być częścią tego zespołu.

Wydaje się, że stawanie z drużyną na najwyższym stopniu podium już w pierwszym sezonie startów to wielka sprawa. Co was wtedy zaprowadziło do tych mistrzowskich tytułów?

Myślę, że o naszej sile stanowiła wtedy przede wszystkim jedność wewnątrz drużyny.

Toruń mocno żył tymi sukcesami?

Na pewno odbijało się to szerokim echem i niosło się po mieście.

Jak wy to wtedy świętowaliście?

Prawdę mówiąc za bardzo nie pamiętam, więc chyba było fajnie (śmiech).

W lidze zaliczył pan wtedy 10 meczów. Odjechał pan w sumie 27 biegów, w których zdobył pan 29 punktów z pięcioma bonusami, co przełożyło się na średnią 1,259. Jak od strony sportowej oceniłby pan swoją postawę?

Myślę, że nie spisywałem się jakoś mega rewelacyjnie, ale jak na pierwszy sezon nie było też najgorzej. Dzisiaj wiem, że mogło być lepiej, ale taka kolej rzeczy, że nie wszystko dało się zrobić od razu. Oczywiście człowiek chciał zostać momentalnie mistrzem świata, ale w tym sporcie tak to nie działa. W tamtych czasach żużel zalewała też fala młodych zawodników, więc trzeba było uważać, jak daleko sięga się wyobraźnią.

Jak taki młokos jak pan odnajdywał się w tamtym zespole?

Wiadomo, że człowiek znajdował się trochę z tyłu, bo byli tam lepsi, starsi i bardziej doświadczeni zawodnicy. Mimo wszystko uważam, że było fajnie. Reszta drużyny na pewno pozwalała poczuć się w jakimś stopniu częścią tego zespołu.

Z kim najlepiej się pan dogadywał?

Z całą drużyną mieliśmy fajny kontakt. Natomiast taki najlepszy miałem chyba z Krzyśkiem Kuczwalskim, Robertem Sawiną – generalnie z tą młodszą częścią zespołu. Starsi panowie byli dla nas idolami i brakowało trochę śmiałości, żeby ta znajomość była bliższa.

Dlaczego po tym jednym sezonie odszedł pan z Torunia? Nie było perspektyw, żeby zostać na dłużej w macierzy?

Myślę, że była taka możliwość, natomiast po rozmowie z trenerem doszliśmy do wniosku, że potrzeba mi dużo startów, których w Toruniu mógłbym nie mieć. Otrzymałem je jednak w Grudziądzu, do którego się przeniosłem, a potem moja żużlowa droga zaprowadziła mnie jeszcze gdzieś indziej.

Nie było panu szkoda, że tak to się poukładało?

Było, minęło, ja niczego nie żałuję. Chociaż nie ukrywam, że jestem strasznie ciekawy, jak to wszystko by się potoczyło, gdybym został w Toruniu na dłużej.

Myśli pan, że czas spędzony w Toruniu w jakimś stopniu przyczynił się do tego, że potem znacząco rozwinął pan skrzydła i stał się pan dużo skuteczniejszym zawodnikiem?

Jestem pewien, że miało to duże znaczenie. Trafiłem na świetnego trenera i mogłem rozwijać się w fajnym klubie, więc to na pewno wiele mi dało.

Pozostaje pan w kontakcie z kolegami, którzy w tamtych czasach tworzyli razem z panem toruńską drużynę?

Wiadomo, że nadal się znamy, ale takich kontaktów jak między przyjaciółmi to niestety nie ma. Niektórzy mieszkają też poza granicami naszego kraju, więc tym bardziej trudno o jakieś częstsze spotkania.

A będąc dzisiaj w klubie wciąż trafia pan na osoby, które zna pan sprzed lat – z czasów, kiedy zaczynał pan tu swoją żużlową przygodę?

Zdarza się, że można spotkać kolegów czy znajomych z dawnych lat. Czasami przychodzą też byli zawodnicy. Zawsze miło zobaczyć kogoś takiego, bo wtedy wraca wiele wspomnień. Ale prawda jest też taka, że wokół klubu działa również spora grupa młodych i nowych dla mnie osób. Z nimi w zasadzie dopiero się poznajemy. Fakt, że mamy na to czas od października na pewno wiele nam daje. Widać, że to pomocni ludzie, którzy są zakochani w żużlu i mocno związani z tradycjami tego klubu. Z kimś takim fajnie się pracuje, a to bardzo dużo znaczy.

Praca w Apatorze spowodowała, że ponownie mieszka pan w Toruniu?

Nie, w Toruniu nie mieszkamy i przez najbliższe lata na pewno nie będziemy mieszkać. Staram się jednak spędzać tutaj przynajmniej cztery, pięć dni w tygodniu, żeby należycie wykonywać swoje klubowe obowiązki. Potem wracam do rodziny, żeby też trochę z nią pobyć. Ja czuję się obywatelem Torunia, natomiast życie napisało taką historię i tak to poukładało, że dzisiaj mieszkamy gdzieś indziej.

Wcześniej regularnie bywał pan w Toruniu?

Oczywiście, że bywałem, ale nie jakoś bardzo często. Z racji obowiązków w innych klubach swoje trzeba było tam przesiedzieć. Kilka razy w roku jednak tu zaglądałem.

Skoro teraz bywa pan tu znacznie częściej, to udało się odświeżyć jakieś dawne znajomości?

Prawda jest taka, że jak człowiek idzie do pracy, to spędza w niej wiele godzin. Ileś rzeczy trzeba przecież poukładać i wszystkiego należy dopilnować. W tej sytuacji na spotkania towarzyskie nie zostaje zbyt wiele czasu. Inna sprawa, że po tym wszystkim trzeba też trochę odpocząć. Ja lubię wtedy uciekać w samotność. Jak cały dzień przebywa się z ludźmi, to potem wieczorem już przeważnie się nie chce.

Ma pan tutaj jakieś swoje specjalne miejsca, ulubione kąty, gdzie można złapać oddech?

To wszystko jest jeszcze do wypracowania. Pamiętajmy, że pierwsze miesiące mojej pracy w Toruniu przypadają na okres jesienno-zimowy i wczesną wiosnę. Gdy człowiek rusza do swoich zajęć, to czas spędza się głównie na zewnątrz. Proszę mi wierzyć, że jeśli przez parę godzin poprzebywa się na dworze przy stosunkowo niskich temperaturach typowych dla tej pory roku, to potem fajnie schować się w miejscu, gdzie jest po prostu ciepło. Wtedy najbardziej chce się wziąć gorącą kąpiel i trochę odsapnąć, żeby rano móc znowu jechać do pracy i dalej robić swoje. Można zatem powiedzieć, że na razie takim zacisznym kawałkiem Torunia jest dla mnie miejsce, w którym mieszkam, kiedy tu przyjeżdżam.

Jak wygląda proces wchodzenia trenera do nowego klubu żużlowego? Jak wielkie stanowi to wyzwanie?

Wyzwanie to może za dużo powiedziane. Ale oczywiście człowiek musi poznać ludzi, którzy są niezbędni, żeby ten klubowy żużel tworzyć. Dzieje się to poprzez wzajemne kontakty i rozmowy. Chodzi o to, żeby wiedzieć do kogo zgłosić się w danej sprawie, do kogo pójść po jakieś rzeczy, które są potrzebne do pracy. Trzeba nauczyć się jak to wszystko działa, zobaczyć jakie są zwyczaje, przekonać się kto za co odpowiada, uświadomić sobie jak się w tym poruszać. Nie wyobrażam sobie, że miałbym przyjechać tu krótko przed sezonem i nie mieć o tym pojęcia. Uważam zresztą, że to byłoby bardzo nie w porządku. Dzięki temu, że pojawiłem się tu kilka miesięcy wcześniej, miałem okazję poznać struktury klubu. To sprawia, że teraz znacznie łatwiej mi się pracuje i tego nie zamierzam ukrywać. Ja jestem człowiekiem, który potrzebuje dużo przebywać w klubie, żeby zrozumieć jak to wszystko funkcjonuje i mieć odpowiednie rozeznanie.

Wchodzenie do nowego otoczenia bywa dla pana stresujące, problematyczne?

Myślę, że nie. Ja jestem takim człowiekiem, który lubi ludzi. Nie mam problemu, żeby z nimi rozmawiać czy się komunikować. Nie widzę w tym żadnej trudności.

Jak pana okiem toruński klub wypada po tym rekonesansie, którego dokonywał pan w ostatnich tygodniach?

Jak dla mnie całkowicie normalnie, tak samo jak inne kluby, w których pracowałem wcześniej.

Zdążył się pan już we wszystko wystarczająco dobrze wdrożyć?

W odniesieniu do strefy technicznej myślę, że mamy już wszystko dopracowane. Jeżeli chodzi o kwestie drużynowe to też mieliśmy czas na obozie i nie tylko, żeby lepiej poznać się z chłopakami i nawzajem się wybadać czego od siebie oczekujemy. Na pewno zdołaliśmy dojść do momentu, że razem z zawodnikami, członkami teamów, osobami funkcyjnymi i innymi pracownikami klubu złapaliśmy fajny kontakt i potrafimy się dogadać. Na tę chwilę klimat w zespole wydaje się naprawdę fajny. Z przyjemnością czekaliśmy, kiedy w końcu będziemy mogli zacząć się ścigać.

Czy na etapie przygotowań do sezonu wszystko układało się po pana myśli?

Oprócz kontuzji Wiktora Lamparta, która wykluczyła go z pierwszego meczu, nie było żadnych komplikacji i wszystko szło zgodnie z planem. Tych treningów mieliśmy faktycznie sporo. Na torze też wiele zrobiliśmy. Jeszcze przed zimą pojeździliśmy trochę z juniorami. Plan był taki, żeby jak najwięcej z nimi popracować. Po przerwie zimowej staraliśmy się to kontynuować. Chodziło o to, żeby była ciągłość tej pracy, żeby oni mogli lepiej rozumieć żużel, poznawać jego tajniki, doskonalić swoją technikę i szlifować umiejętności. Generalnie pracowaliśmy tyle, ile potrzebowali zawodnicy. Staraliśmy się robić to przynajmniej cztery razy w tygodniu, ale jeżeli było potrzeba więcej, to tor był do dyspozycji i można było z niego korzystać. Wszystko było kwestią dogadania. Czekając na sparingi wiele rzeczy zdołaliśmy wypracować i wyjeździć. Potem przyszły mecze kontrolne, które pozwoliły nam skonfrontować się z innymi i zobaczyć co należałoby poprawić z torem lub ze sprzętem. Teraz możemy działać dalej i skupiać się już na lidze.

Wcześniejsze doświadczenia z pracy trenerskiej pomagają panu w sprawnym wejściu do nowego środowiska i wywiązywaniu się ze swoich zadań? To jest coś, na czym można się oprzeć i dzięki temu poczuć się pewniej?

Każde doświadczenie z całą pewnością okazuje się pomocne. Pewne rzeczy, które człowiek sobie wcześniej wypracował wydają się bardzo przydatne do wypełniania swoich obowiązków. Ale prawda jest też taka, że żużel dzisiaj idzie tak do przodu, że trzeba być czujnym na to, co dzieje się dookoła. Czasami należy zrobić jakiś ruch i zobaczyć czy to się sprawdzi, czy nie. Tutaj człowiek uczy się zarówno na bazie tego, czego doświadcza, jak również na błędach. Te błędy trzeba eliminować, więc wiele zależy od tego, jak dużo uda się ich znaleźć. Do tego sportu przychodzi się głupim i przeważnie jest tak, że równie głupim się z niego wychodzi. Jedne zawody jedziesz i myślisz, że już coś wiesz, a na następnych musisz uczyć się wszystkiego od nowa. Tak wygląda ta nasza żużlowa rzeczywistość.

Czyli żużel wciąż potrafi pana zaskakiwać?

Proszę mi wierzyć, że ten sport każdego dnia skrywa przed nami kolejne tajemnice. To jest taka dyscyplina, w której codziennie uczymy się czegoś całkowicie nowego. Żużel jest tak dynamiczny i zmienny, że trudno jest ułożyć tu sobie wcześniej jakiś plan i rozpisać go na kartce. Tutaj na wszystko trzeba reagować na bieżąco. Jednego dnia możesz być najsłabszy, a drugiego dnia coś trafisz lub zmienisz i nagle stajesz się jednym z najlepszych. Jeśli w którymś momencie będzie ci się wydawało, że coś wiesz, to znaczy, że nic nie wiesz i znajdujesz się w punkcie wyjścia.

Ale podejrzewam, że wcześniejsza praca trenerska w innych klubach – najpierw we Wrocławiu, a potem w Lesznie – mimo wszystko trochę panu dała.

Na pewno trochę mi dała. Przede wszystkim miałem do czynienia z różnymi torami. To przecież nie były tylko tory we Wrocławiu i Lesznie, ale też w Częstochowie i Poznaniu, gdzie przez jakiś czas występowaliśmy gościnnie z wrocławską ekipą, gdy nasz obiekt znajdował się w remoncie. Ileś tych torów człowiek zatem dotykał i mógł patrzeć jak one się zachowują. Myślę, że ta praca uczy wyciągania wniosków, ale w największym stopniu uczy nas pokory. Trzeba po prostu pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Trzeba też zdawać sobie sprawę, że czasami efekty przyjdą, a czasami będzie tak, że mimo wysiłków niestety nie przyjdą.

Jakby porównał pan wrocławskie czasy trenerskie do tych leszczyńskich? To chyba były dwie zupełnie inne rzeczywistości.

We Wrocławiu wcześniej przez wiele lat byłem zawodnikiem, więc w momencie, kiedy mogłem prowadzić tamtejszą drużynę, czułem się jak u siebie. Leszno było dla mnie kompletnie nowym doświadczeniem. Wtedy zmienili się ludzie i wszystko dookoła. Tam trzeba było totalnie od początku poznawać jak funkcjonuje ten klub i jak się w tym poruszać. Myślę, że w obu tych miejscach mogłem się dużo nauczyć. Ale to też nie jest tak, że człowiek raz się czegoś nauczy i już wszystko wie. Przychodząc do nowego klubu tak naprawdę uczymy się wszystkiego od nowa i budujemy wszystko od podstaw.

Praca we Wrocławiu i Lesznie na pewno pozwoliła panu posmakować trenerskiego fachu z różnych perspektyw. W tym czasie prowadził pan zarówno zespoły bijące się o najwyższe cele, jak również drużyny walczące o spokojne utrzymanie w ekstralidze.

I zawsze było fajnie – i tu i tu. Wielkim sentymentem darzę Wrocław i wielkim sentymentem darzę Leszno. Fakty są jednak takie, że we Wrocławiu więcej fajnych chwil przeżyłem jako zawodnik, natomiast najlepsze jak na razie chwile trenerskie wiążą się z Lesznem. Z tego względu to miejsce będzie mi pewnie długo leżało w sercu. Człowiek zawsze będzie pamiętał klub, w którym doświadczył tak pięknego sportowego okresu już nie w roli żużlowca. Tego nie da się zapomnieć. To nie jest tak, że nagle to wszystko się wymaże.

Wywalczenie z leszczyńską drużyną czterech mistrzowskich tytułów z rzędu w szczególny sposób wpisało się w najnowszą historię polskiego żużla. To wyczyn, który na pewno nie będzie łatwy do powtórzenia. Wiadomo, że w Lesznie były wtedy bardzo mocne składy, ale to wszystko musiało też odpowiednio się poskładać. Jak wy to zrobiliście?

Prawda jest taka, że na wynik pracują zawodnicy. Ja trafiłem tam na świetnych ludzi, którzy chcieli wiele osiągnąć i wszystko co robili dobrze im wychodziło. To było moje wielkie szczęście. Cieszę się, że mogłem z nimi współpracować. W tym sporcie praca trenera to nic w porównaniu z pracą zawodnika. To zawodnicy głównie pracują na nas wszystkich, żebyśmy my też mogli osiągać sukcesy. Najważniejsze, żeby im nie przeszkadzać, a czasami może uda się w czymś pomóc.

Jak bardzo przez te wszystkie lata zmienił się pan jako trener? Dostrzega pan jakieś różnice w swoim podejściu, metodach pracy?

Myślę, że nie. Od pierwszego dnia, kiedy poszedłem do klubu jako trener, mam swoje plany i założenia, za którymi podążam. Tutaj wszystko opiera się na pracy. Żużel jest dla mnie takim sportem, w którym potrzeba, żeby człowiek go czuł, jadł i razem z nim spał. Uważam, że jeżeli ktoś się angażuje, to potem nie pozostanie to bez wpływu na całokształt.

Jako trener ciągle poszukuje pan nowych rozwiązań czy woli pan opierać się na stałych i sprawdzonych metodach?

Wszystko zależy od okoliczności i realiów, z jakimi się zetkniemy. W jednym przypadku będzie można pozwolić sobie na coś ekstra, a w innym na nieco mniej. Trzeba dostosować się do możliwości, jakie są w klubie w danym momencie i do tego, co można zrobić. Jeżeli miałbym jednak wskazać coś, czego nie chciałbym zmieniać w swoich trenerskich praktykach, to postawiłbym na nasze przedsezonowe obozy w Hiszpanii. One z całą pewnością budują drużynę i dają znacznie więcej możliwości niż obozy krajowe. To jest coś, na co moim zdaniem warto stawiać.

Jakie zadania zostały panu wyznaczone w Toruniu?

Mam zająć się prowadzeniem drużyny zarówno na meczach, jak również poza nimi oraz wszelkimi istotnymi dla niej kwestiami. I temu w pełni się oddaję. W tym wszystkim jest też praca z młodzieżą, która ma dawać jakieś światełko w tunelu. Chodzi o to, żeby ją podciągnąć i co nieco jej przekazać. Zobaczymy jednak czy będę potrafił dać jej tyle, ile by potrzebowała.

Od samego początku pracuje pan też nad usprawnieniami w kwestiach torowych, które na pewno są tu bardzo potrzebne. Można zauważyć, że chyba idzie to w dobrą stronę.

Co do toru, to na ten moment mogę powiedzieć jedynie, że cały czas się go uczymy. Kiedy zdołamy właściwie go poznać, to będziemy wiedzieli co dokładnie z nim robić.

Z kim współpracuje pan przy wypełnianiu swoich zadań? Czy razem z panem do Torunia przyszedł ktoś jeszcze, kto ma panu pomagać?

Nie, pracuję razem z ludźmi, którzy są tutaj od lat i znają ten klub. Mam na myśli przede wszystkim kierownika drużyny, toromistrza czy trenera przygotowania fizycznego. Żadnej rewolucji personalnej nie chciałem przeprowadzać. Nie ma co zaburzać pewnego porządku. Ten klub naprawdę dobrze działa, więc nie ma sensu robić tutaj nie wiadomo czego. Żadnych nowych osób z zewnątrz nie ma i na tę chwilę nie będzie.

Jakie emocje towarzyszą panu na początku tej toruńskiej przygody?

Na pewno jest ekscytacja, ale jest też stres czy swego rodzaju niepewność. Wiadomo, że ileś rzeczy zrobiliśmy, ale na tym etapie nie wiemy jeszcze w jakim miejscu jesteśmy. Trzeba odjechać kilka kolejek ligowych, żeby realnie ocenić możliwości drużyny i zobaczyć na czym stoimy, gdzie możemy być, co możemy zdziałać. Na papierze to wszystko potrafi niejednokrotnie wyglądać inaczej niż w praktyce. Ta niepewność dotycząca tego, jak to faktycznie wypadnie, zawsze jest spora u progu sezonu. Liczę jednak, że z każdym kolejnym dniem trwania rozgrywek ona będzie się zmniejszać. Im więcej trenujemy, im częściej widzę drużynę na torze, im bardziej objechani są zawodnicy, tym ta pewność wzrasta. Jak dostrzegam, że wszyscy pracują, to też staję się pewniejszy. Cały czas badamy różne rzeczy, które mogłyby być potrzebne zawodnikom. Tych emocji jest zatem co niemiara. W tym wszystkim są również kibice, którzy patrzą nam na ręce. W tej sytuacji człowiek musi dawać z siebie naprawdę dużo, żeby to odpowiednio zagrało.

Jak znajduje pan w sobie chęci, żeby po tylu sukcesach trenerskich z ostatnich lat teraz budować wszystko od nowa w innym miejscu?

Pan mówi o jakichś sukcesach, ale ja chciałbym, żeby one wciąż były przede mną, a nie za mną. Prawda jest taka, że to co było już minęło. Świadomość, że teraz wkraczam w kompletnie nowy rozdział motywuje mnie do pracy. W sporcie często się mówi, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. Trzeba zatem brać się do roboty, żeby pokazywać, że mamy jakąś moc i możemy w pewien sposób określać siebie w tej dyscyplinie. Droga do tego jest jednak długa i niełatwa. W tym wszystkim trzeba mieć mnóstwo szczęścia, żeby wpaść na świetnych zawodników, trafić ze sprzętem i zbudować kolektyw.

Jakie reakcje w szeroko rozumianym środowisku żużlowym wywołuje pana przejście do Torunia?

Wszystko zależy od tego, w jakim miejscu się jest i gdzie przyłoży się ucho. Jedne reakcje są pozytywne, a drugie negatywne. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jedni się cieszą, gratulują i życzą powodzenia, a drudzy mówią, że wskoczyłem na minę albo jeszcze coś innego. Ale to tak jak w życiu – jeden będzie cię lubił, a drugi nienawidził. I tak samo jest w sporcie, że ludzie dookoła mają zróżnicowane opinie i oceny.

Jak odnosi się pan do tych niepochlebnych głosów?

Ja już wcześniej często spotykałem się z takimi negatywnymi opiniami, ale na mnie nie robi to wielkiego wrażenia. Ja nie podchodzę do tego w taki sposób, żeby mnie to ruszało. Prawda jest taka, że jeśli czyimś zdaniem miałbym się przejąć, to jedynie mojej żony. Sport nauczył mnie tego, że ludzie zawsze mówią dużo różnych rzeczy. Dla mnie natomiast największe znaczenie mają praca i pokora. Pewnych rzeczy trzeba po prostu samemu spróbować, żeby czegoś doświadczyć, nauczyć się i iść do przodu.

Czyli nie poczuł się pan w żaden sposób zniechęcony do Torunia?

Nie, w momencie kiedy podjąłem decyzję, to była ona nieodwracalna. Nie było żadnych pokus, żeby słuchać kogoś czy ja mam pójść do Torunia, czy nie pójść. Od samego początku to jest moja sprawa i mam nadzieję, że wiem co robię.

Z czego pana zdaniem to może wynikać, że w oczach części środowiska toruński klub nie cieszy się zbyt dobrą sławą?

Nie da się ukryć, że jakaś łatka jest przypięta i pewne opinie są powielane. Był też ten nieszczęsny finał w Zielonej Górze, który chyba do dzisiaj ciągnie się za klubem. Mamy jednak możliwości i narzędzia, żeby zmieniać ten PR. Na pewno będziemy robić wszystko, żeby zachęcać do siebie kibiców i obserwatorów żużla. Będziemy starali się pokazywać, że jesteśmy waleczną drużyną, z którą można wiązać określone nadzieje.

fot. Tomasz Gezela – KS Toruń

Jakie wrażenie robią na panu zawodnicy Apatora, których ma pan teraz pod swoimi skrzydłami?

Z całą pewnością mogę powiedzieć, że to ambitni ludzie, którzy wiedzą czego chcą i mają ochotę pracować. Myślałem, że pod tym względem mogą być jakieś problemy, ale jak się okazuje nie ma żadnych. Jest wręcz przeciwnie. Widzę, że wszyscy podchodzą do tego bardzo sumiennie. Każdy ma swoje indywidualne sposoby i nie ma czegoś takiego, żeby komuś się nie chciało. Nie czuję, żeby z tymi chłopakami pracowało mi się inaczej niż z innymi. Nie powiem też, żeby z kimś pracowało się lepiej, a z kimś gorzej. Wszyscy są w porządku. Nie dość, że to świetni sportowcy, to jeszcze fajni koledzy. Przez ostatnie tygodnie mieliśmy okazję się poznać i myślę, że wszyscy się polubiliśmy.

Czy ma pan w kadrze zawodników, z którymi współpracy był pan szczególnie ciekawy i szczególnie pan jej wyczekiwał?

Nie, drużyna żużlowa składa się z siedmiu, a nawet z ośmiu zawodników i ze wszystkimi trzeba pracować. Tutaj nie może być czegoś takiego, że do kogoś będzie się podchodzić w szczególny sposób.

A może współpracy z kimś się pan obawiał, bo mogła wydawać się pewnego rodzaju wyzwaniem?

Jeżeli chodzi o zawodników, to nie. Bardziej obawiałem się współpracy z niektórymi mechanikami, ale jak się okazało bezzasadnie.

Jakie to uczucie wchodzić jako trener do zespołu złożonego z zawodników, z którymi – poza jednym wyjątkiem – nie miało się wcześniej okazji współpracować?

Teoretycznie oni są nowi, natomiast nie ma co ukrywać, że w jakimś stopniu wszyscy znamy się z torów. Niejednokrotnie mamy przecież okazję spotykać się na różnego rodzaju zawodach i nie tylko. To nie jest zatem tak, że jesteśmy dla siebie całkowicie obcymi ludźmi. Myślę, że trzeba podejść do tego normalnie i niczego nie należy się obawiać.

Jak wygląda poznawanie się nowego trenera ze swoimi podopiecznymi?

Myślę, że przebiega to całkiem naturalnie, tak samo jak poznaje się ludzi gdzieś w towarzystwie. Uważam, że nie ma w tym nic szczególnego, ze względu na to, że mamy do czynienia z zawodnikami. To są tacy sami ludzie jak wszyscy inni. Oni też mają swoje emocje i przeżycia. Na dodatek przeważnie okazują się osobami, które nie mają problemów w kontaktach z innymi, więc to wszystko wygląda naprawdę normalnie.

W jakim stopniu trener powinien poznać swoich zawodników? Co powinien o nich wiedzieć, żeby potem to odpowiednio wykorzystywać przy wzajemnej współpracy?

Wydaje mi się, że takie podstawowe rzeczy dotyczące ich osobowości, żużlowego rzemiosła czy preferencji. Warto też wiedzieć co nieco o ich zapleczu sprzętowym czy kwestiach teamowych – na przykład czy są jakieś kłopoty w danym teamie. Wiele z tych rzeczy zazwyczaj wychodzi w trakcie wspólnej pracy i one faktycznie mogą okazywać się istotne.

Z pana perspektywy da się wyczuć, że toruńską drużynę tworzą zawodnicy, którzy jeżdżą ze sobą już nie pierwszy sezon?

Oczywiście, że tak. To jest paczka zgrana w stu procentach. Nawet jeśli były jakieś niedociągnięcia, to one już dawno się rozeszły. Wszyscy wiedzą o co chcą jechać i nie ma żadnych niedomówień czy przejawów niezgrania.

A jak odniesie się pan do głosów, z którymi często można się spotkać, że w Toruniu nie ma atmosfery i klimatu do budowania czegoś większego?

Myślę, że takie rzeczy mówią ludzie z dużą niewiedzą, którzy nie mają pełnego rozeznania. Trzeba pobyć trochę w środku, żeby zobaczyć jak to wygląda. Ja mam już taką perspektywę i na razie nie widzę podstaw, żeby tak sądzić. Warto zauważyć, że takie głosy nie płyną od zawodników czy ludzi, którzy tu pracują, tylko od ekspertów spoglądających na to od innej strony. Wiadomo, że kiedy jest wynik, to ten klimat jest lepszy. Jak nie ma wyniku to bywa trudniej i może być więcej nieporozumień. Ale to też nie znaczy, że wtedy tego klimatu nie ma.

Zdołał pan dobrze wkomponować się w ten zespół?

Na pewno zdążyłem już poczuć się jego integralną częścią. Nie wyobrażam sobie pracować z drużyną, w której nie miałbym czegoś takiego. Spędzamy ze sobą sporo czasu w ciągu każdego tygodnia i dużo razem pracujemy. Myślę, że dobrze nam to wychodzi i wszystko fajnie się kręci. Ja czuję się nie tylko częścią tej drużyny, ale też częścią tego klubu. Dzisiaj jestem w Apatorze i to dla niego będę robił wszystko, co tylko będę mógł.

Jak zawodnicy podchodzą do pana pracy? Czy podzielają pana wizje, metody?

O tym będziemy mogli porozmawiać po sezonie. To jest pewien proces. Nikt nie będzie potrafił ocenić tego po tak krótkim czasie. Wszyscy mamy taką samą wizję odnośnie tego co chcemy zrobić, natomiast metody jednemu mogą przypasować, a drugiemu niekoniecznie. To wszystko dopiero się okaże.

Odnoszę jednak wrażenie, że trudno byłoby znaleźć kogoś, kto narzekałby na współpracę z panem. W jaki sposób przekonuje pan do siebie zawodników i do nich dociera?

Tego nie wiem, naprawdę. Myślę, że to są pewne naturalne procesy, w wyniku których ktoś albo się polubi, albo nie. Z mojej strony na pewno musi być pełen obiektywizm wobec drużyny. A o resztę trzeba pytać już samych zawodników.

Jakie są oczekiwania zawodników względem pana jako trenera?

Na ten temat rozmawiałem z każdym w cztery oczy i wolałbym, żeby to zostało między nami.

Czy ktoś taki jak pan, czyli trener z bogatym doświadczeniem i wieloma sukcesami na koncie, musi włożyć dużo wysiłku, żeby zbudować swoją pozycję w nowym klubie, zapracować na zaufanie, posłuch i autorytet, czy do kogoś takiego zawodnicy już na starcie podchodzą trochę inaczej – z większym uznaniem i respektem? Jakie ma pan odczucia?

Myślę, że to, co działo się wcześniej, nie ma wielkiego znaczenia. To nie jest tak, że to, co było kiedyś, automatycznie przenosi się na to, co jest dzisiaj. To wszystko, o czym pan wspomniał, zdobywa się na bieżąco poprzez wspólną pracę z drużyną. Jeżeli uda się pójść we właściwym kierunku, to wtedy to zaufanie i wszystko inne może wzrastać. Teraz mamy nowy rozdział i zaczynamy wszystko od nowa. I tu nie chodzi nawet o zmianę klubu. Prawda jest taka, że tak to wygląda z początkiem każdego kolejnego sezonu – nawet jeśli zostaje się w tym samym miejscu.

Porozmawiajmy teraz trochę o samej drużynie. Jak ocenia pan decyzję włodarzy Apatora, żeby przed tym sezonem nie dokonywać żadnych zmian w składzie i zostawić zespół w takim samym kształcie jak przed rokiem?

Myślę, że nie ma potrzeby mieszania co roku składem. Oczywiście jeżeli w danym klubie coś wyraźnie nie gra na jakiejś pozycji, to należy dokonać zmiany. Tutaj jednak nie było takiej potrzeby. Zawodnicy, którzy są w tym zespole z całą pewnością mają wiele do zaoferowania, a na dodatek zdążyli zasygnalizować, że ich forma może zwyżkować. Uważam, że w tej sytuacji warto trzymać się tego zestawienia.

Cieszy się pan, że w Toruniu ponownie jest okazja współpracować z Emilem Sajfutdinowem? Wcześniej spędziliście razem kilka lat w Lesznie i zapewne dobrze je wspominacie.

Oczywiście, że się cieszę. Emil jest takim zawodnikiem, którego każdy chciałby mieć w swoim zespole. Świadczą o tym liczne oferty, które rokrocznie otrzymuje. Na pewno jestem zadowolony, że znowu mogę doświadczać tej współpracy. Ale jestem też zadowolony, że mogę pracować z resztą zespołu. Poznałem tu bardzo ciekawych oraz wartościowych ludzi i zamierzam to podkreślać.

Zatrzymajmy się jednak na moment przy Emilu. Wasz ostatni wspólny sezon w Lesznie nie był dla niego tak udany jak zwykle. On sam przyznawał, że zmagał się wtedy z pewnymi problemami sprzętowymi i musiał poszukiwać innych rozwiązań. Potem przyszła jeszcze ta przymusowa roczna przerwa od żużla spowodowana zawieszeniem rosyjskich żużlowców po wybuchu wojny w Ukrainie. Czy jest pan zaskoczony, że po tym wszystkim on zdołał wrócić do ścigania w tak dobrym stylu? Przecież odkąd w zeszłym roku znowu pojawił się na torze, praktycznie ciągle zachwycamy się jego jazdą i skutecznością.

Dla mnie to żadna niespodzianka. Emil ma olbrzymią wiedzę i bardzo dobrze czuje motocykl, dzięki czemu umie do tego właściwie podejść. Poza tym potrafi też bardzo dużo przekazać tunerom i członkom swojego teamu. Myślę, że każdy, kto z nim współpracuje, dostaje sporo wartościowych informacji zwrotnych, jak ten jego sprzęt się zachowuje i czego mu potrzeba. To sprawia, że potem łatwiej jest przygotować dla niego motocykle i dopasować się do zastanych warunków torowych. Emil znalazł też kogoś, kto potrafi go słuchać i zapewnić mu odpowiednie jednostki. To wszystko bardzo procentuje. Jestem pewien, że ta współpraca będzie się dobrze rozwijać i przyniesie wiele pozytywnych efektów.

Emil będzie w stanie zaliczyć kolejny tak dobry sezon?

Nie mam wątpliwości, że to jest jeden z tych zawodników, którzy potrafią utrzymywać wysoką formę przez dłuższy czas. Widzimy to u niego od lat. Oczywiście wiele zależy od sprzętu i tego, jak on będzie ewoluował. Jeżeli jednak pod tym względem wszystko okaże się trafione, to Emil na pewno będzie mocny.

Od czasu powrotu Apatora do ekstraligi w 2021 roku ważnym ogniwem zespołu stał się Robert Lambert. Brytyjczyk w każdym kolejnym sezonie okazuje się solidnym motorem napędowym dla drużyny. Widać, że włodarze postrzegają go w tej chwili jako jeden z filarów, na których zamierzają opierać budowę składu.

I ja uważam, że to jest właściwa droga. Systematyczne przedłużanie z nim kontraktu to bardzo dobry ruch. Robert jest młodym i perspektywicznym zawodnikiem, który powinien się rozwijać. Nie widzę przeszkód, żeby dalej na niego stawiać.

Oprócz Emila i Roberta, którzy w dalszym ciągu powinni być liderami Apatora, ma pan w składzie również Patryka Dudka i Pawła Przedpełskiego. To zawodnicy, którzy niejednokrotnie pokazywali, że stać ich na wiele, więc można mieć wobec nich niemałe oczekiwania. Obaj muszą jednak odbudować się po słabszym poprzednim sezonie. Czy pana zdaniem ta misja może zakończyć się powodzeniem?

Ja bardzo w nich wierzę. Widzę, że obaj dobrze przepracowali zimę, a teraz cały czas intensywnie pracują na torze oraz w warsztacie. Myślę, że każdy z nich ma szansę pojechać lepiej niż ostatnio. Osobiście bardzo im tego życzę. Trzymam za nich kciuki i będę robił wszystko, żeby im w tym pomóc.

Czy oni są w stanie dochodzić do tego, co dotychczas było nie tak i mają pomysł jak to naprawić?

Myślę, że chłopacy wyciągają wiele wniosków po tym, co ostatnio się u nich działo lub dzieje. Widać to chociażby po parku maszyn, gdzie napłynęły nowe jednostki, które mają pomagać im w rozwoju. O spadku ich skuteczności decydują w głównej mierze problemy sprzętowe, które trapią ich od jakiegoś czasu. Może nie tyle te silniki okazują się złe, co po prostu pojawiają się trudności z dobraniem ustawień. Nie da się ukryć, że chłopacy troszeczkę się pogubili, ale tak to już bywa w tym sporcie. Najważniejsze, żeby po czymś takim zdołać się pozbierać. To, że człowiek się zgubił to jedno. Sedno sprawy polega na tym, żeby potem wykonać taką pracę, która pozwoli wrócić do jak najlepszej formy. W przypadku Patryka i Pawła na pewno mamy z nią do czynienia, więc pozostaje czekać na efekty.

W kadrze seniorskiej Apatora jest jeszcze jeden zawodnik, który ma co nieco do udowodnienia po niezbyt udanym poprzednim sezonie. To Wiktor Lampart, czyli wasz żużlowiec u24. Pana zdaniem to dobra opcja na tę pozycję?

Uważam, że postawienie na niego to bardzo rozsądne posunięcie. Wiktor z całą pewnością pasuje do tej drużyny, a na dodatek naprawdę wiele potrafi. Widzieliśmy, że pod koniec ubiegłorocznych rozgrywek zdobywał znacznie więcej punktów. Liczymy, że teraz będzie w stanie do tego nawiązywać. Na pewno bardzo mu tego życzę. Myślę, że ten chłopak powinien się rozwijać i mieć przed sobą wiele lat jazdy na naprawdę fajnym poziomie.

Nie da się ukryć, że w Toruniu od lat jest problem ze skutecznością formacji juniorskiej. Sądzi pan, że z obecnych młodzieżowców uda się wycisnąć coś więcej? Wszyscy zapewne liczą, że pomoże pan pchnąć ten temat naprzód.

Trochę pracy już wykonaliśmy z chłopakami. Myślę, że oni mają szansę się rozwijać. Zdajemy sobie sprawę, że oczekiwania są bardzo duże, więc będziemy próbować im sprostać. W przypadku juniorów to nigdy nie jest łatwe, ale najważniejsze, że chłopacy nie chowają głowy w piach i podejmują rękawicę. Oni naprawdę bardzo ciężko pracują, żeby ich jazda przynosiła dużo lepsze efekty. Teraz trzeba chwilę poczekać i zobaczyć czy faktycznie tak będzie.

Wraz z końcem kwietnia do toruńskiej formacji juniorskiej dołączył 16-letni Antoni Kawczyński, o którym sporo się mówi. Czy pana zdaniem faktycznie można wiązać z nim duże nadzieje w kontekście przyszłości?

Przed Antkiem na pewno jest jeszcze bardzo długa droga do tego, żeby być świetnym zawodnikiem. Na razie idzie w dobrym kierunku, ale musimy poczekać i zobaczyć co będzie dalej.

Jak ocenia pan moc i możliwości Apatora w tym sezonie?

Myślę, że nawet mimo pewnych potknięć na początku rozgrywek, tę drużynę stać na wiele. Podobnie jest jednak z pozostałymi ekstraligowymi zespołami. Na pewno mogę powiedzieć, że okres przygotowawczy wykorzystaliśmy w stu procentach. Uważam, że na tamtym etapie trudno byłoby zrobić coś lepiej. Teraz pracujemy dalej i staramy się spokojnie robić swoje. Czujemy, że powinniśmy iść w dobrą stronę. Jako zespół z całą pewnością zrobimy wszystko, żeby na koniec sezonu zająć jak najwyższą lokatę.

Z jakimi założeniami przystąpiliście do tegorocznych rozgrywek?

Na tę chwilę jedyny plan, jaki mamy, jest taki, żeby dostać się do fazy play-off. W tym momencie to jest ten element, na którym najbardziej nam zależy. Jak tego dokonamy, to wtedy będziemy wyznaczać sobie kolejne cele.

Oczekiwania wobec pana i drużyny na pewno są duże. Podejrzewam, że pan też bardzo by chciał rozpocząć swoją toruńską przygodę z przytupem i zaliczyć wejście w dobrym stylu.

Na pewno mam ogromne zobowiązanie wobec Torunia, klubu i fanów. Po to tu przyszedłem, żeby zrobić coś, co będzie dobre. Za zaufanie, którym zostałem obdarzony, chciałbym odpłacić swoją pracą w taki sposób, żeby wszyscy byli zadowoleni. Tak jak mówiłem już wcześniej, nie chciałbym nikogo zawieść, ale z drugiej strony nie chciałbym też niczego obiecywać. W naszej lidze jest osiem drużyn i każda z nich chce jechać o swoje cele. Zapewniam jednak, że będziemy ciężko pracować, żeby zaliczać się do grona najlepszych zespołów. Na pewno mamy jeszcze trochę czasu, żeby przeszlifować się jako drużyna, a sezon nas zweryfikuje.

Na co powinniście zwrócić największą uwagę, żeby ten wynik na koniec sezonu okazał się korzystny?

Jest wiele ważnych rzeczy, których trzeba przypilnować i które należy zrobić, żeby to wszystko jak najlepiej działało. Cały czas je dostrzegamy, ale niekoniecznie chciałbym o nich mówić. Na pewno będziemy zachowywać czujność. Jeżeli coś będzie do naprawienia, będziemy to naprawiać.

Postrzega pan siebie jako tego trenera, który może poprowadzić torunian do kolejnych wielkich sukcesów?

Nie wiem, nigdy nie patrzyłem na to w taki sposób. Wiadomo, że przyszedłem tutaj do pracy, żeby zrobić dobry wynik, ale w sporcie każdy trener jest po to zatrudniany. Jak dla mnie głównymi bohaterami tego przedsięwzięcia nie są trenerzy, tylko zawodnicy. To oni tak naprawdę w głównej mierze pracują na to wszystko. Jeżeli udaje im się fajnie pozbierać do kupy, jeżeli potrafią ze sobą dobrze współpracować, to dopiero wtedy te wynik mogą okazywać się lepsze. Najwięcej zależy od zawodników. Na szczęście my mamy ich ambitnych i pracowitych, więc uważam, że powinniśmy być dobrej myśli. W Toruniu na pewno są możliwości, żeby osiągać wysokie cele. Trudno jednak powiedzieć, kiedy to może się stać. Oczywiście chciałbym, żeby było to jak najszybciej.

Jak zatem, w nawiązaniu do tego, co powiedział pan przed chwilą, postrzega pan swoją rolę w zespole? W jakim stopniu może pan wpływać na drużynę?

Ja mam po prostu postarać się wszystkich właściwie ukierunkować i spróbować pchnąć całą tę machinę we właściwą stronę. Wydaje mi się, że największy wpływ na zawodników trener ma na etapie szkoleniowym. Wtedy faktycznie można sporo wnieść do ich osobowości czy sportowego rzemiosła. Potem natomiast, tak jak mówiłem już wcześniej, najważniejsze, żeby im nie przeszkadzać. A jeśli przy tym uda się w czymś pomóc lub coś podpowiedzieć, to tylko dodatkowa korzyść.

Jaka jest pana recepta na bycie dobrym i skutecznym trenerem?

Nie mam czegoś takiego. Ja po prostu przychodzę do pracy i staram się wykonywać swoje obowiązki najlepiej jak umiem.

Dał pan poznać się jako trener, który nieczęsto zmienia pracodawcę. Myśli pan, że w Toruniu też uda się panu zagrzać miejsce na dłużej?

Jeżeli przychodzi się pracować z drużyną, to oczywiście nie myśli się tylko o tym, co jest dzisiaj, ale też próbuje się patrzeć na to w szerszej perspektywie i sięgać wyobraźnią gdzieś dalej. Tak samo jest tutaj, ale czas pokaże co będzie. Wiele zależy od tego gdzie znajdziemy się jako zespół i jak zostanie oceniona moja praca. Ja będę starał się wykonywać ją jak najlepiej i zobaczę dokąd mnie to doprowadzi.

Macie już jakieś ustalenia na temat przyszłości?

Myślę, że na razie ani ja ani włodarze klubu nie wybiegamy nie wiadomo jak daleko, jeśli chodzi o długość mojej pracy w Toruniu. Natomiast jeżeli będzie taka potrzeba i chęć z obu stron, to uważam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy pracowali ze sobą dłużej.

Jakieś konkretne warunki muszą być spełnione?

To nawet nie chodzi o warunki. Kwestia tego czy po sezonie – miejmy nadzieję, że po sezonie – będziemy chcieli dalej ze sobą pracować czy nie. Czasami może się okazać, że ludzie mają jakieś mankamenty, które nie wszystkim odpowiadają i trzeba będzie wziąć to pod uwagę.

Czy gdzieś z tyłu głowy siedzi panu świadomość, że w ostatnim czasie trenerzy nie utrzymywali się tu zbyt długo?

Wiem, że tak się działo, ale kompletnie na to nie patrzę i nie zaprzątam sobie tym głowy. Skupiam się na swojej pracy i obowiązkach, które zleciło mi szefostwo. A co z tego wyjdzie, to zobaczymy.

Jakie ma pan marzenia związane z pracą w Toruniu?

Chciałbym po prostu, żeby było fajnie. Inne marzenia też oczywiście mam, natomiast w odniesieniu do nich wolę siedzieć cicho i nic nie mówić.

Co sprawia, że w dalszym ciągu chce pan być blisko żużla i pracować przy tym sporcie?

Ja po prostu nic innego nie umiem. Wszedłem do żużla, gdy miałem jakieś 11 lat i jestem w nim do dzisiaj. Nie wiem czy nadawałbym się do czegoś innego. Pewnie mógłbym być co najwyżej emerytem (śmiech). Prawda jest też taka, że w tym momencie zwyczajnie nie chciałbym robić niczego innego. Jestem przy żużlu i wciąż to lubię. Jeszcze mnie to nie znudziło. Wciąż mam możliwość rozwoju i poznawania fajnych ludzi, więc chętnie ku temu idę.

Przez te wszystkie lata nie miewał pan momentów zniechęcenia?

Wiadomo, że przychodzą chwile wkurw*****, bo tak to trzeba nazwać, ale taki już jest ten sport. Jednego dnia się denerwujesz, ale drugiego możesz mieć powody do radości, więc warto na nie czekać.

Odnalazłby się pan bez bycia w środku tego żużlowego kotła?

Pewnie by się dało, ale jeśli nie ma takiej potrzeby, to po co?

Panie trenerze, na koniec tej naszej długiej rozmowy chciałbym zapytać czego można panu życzyć na tych żużlowych szlakach, które w dalszym ciągu będzie pan przemierzał?

Zdrowia i szczęścia. Niczego więcej mi nie trzeba.

Rozmawiał KAROL ŚLIWIŃSKI