Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Łukasz Romanek był wychowankiem rybnickiego klubu, w barwach którego uzyskał licencję żużlową w 2000 roku. Od samego początku uważany był za wielki talent. Niestety, jak to bywa w życiu, plany i marzenia sportowe weryfikują zdarzenia, na które nie do końca mamy wpływ. Romanek odebrał sobie życie 2 czerwca 2006 roku.

 

Już w następnym roku, po zdaniu licencji, został finalistą Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów oraz zdobył, w Pardubicach, tytuł Indywidualnego Mistrza Europy Juniorów. Wtedy zasygnalizował, że będzie liczył się w juniorskich rozdaniach najważniejszych imprez w najbliższych latach. Kariera Romanka nabierała rozpędu. Aż do finału Indywidualnych Mistrzostw Polski Juniorów, który odbywał się w Lesznie. W jednym z wyścigów, na wejściu w pierwszy łuk, motocykl rybniczanina sczepił się z maszyną Roberta Miśkowiaka i obaj upadli na tor. Romanek doznał urazu czaszkowo-mózgowego, ale bez krwiaka. Miał też solidny wstrząs mózgu. Stosunkowo szybko opuścił szpital, ale lekarze z Leszna zalecali kilkutygodniowy odpoczynek. Niestety, ówcześni działacze z Rybnika nie posłuchali lekarzy i już po trzech tygodniach Romanek ścigał się w Grudziądzu w meczu ligowym. Nie pokazał się z dobrej strony, bardzo szybko kończąc te zawody z powodu bólu głowy. Te dolegliwości wracały, zwłaszcza latem, zatem zawodnik unikał słońca. Nie potrafił przełamać się w zawodach ligowych, ale kilka tygodni po wypadku zdobył, wraz z kolegami, złoty medal Młodzieżowych Drużynowych Mistrzostw Polski.

Łukasz Romanek wiele obiecywał sobie po nowym sezonie. W lidze niestety częściej zawodził niż zachwycał. Wprawdzie w 2003 roku przyczynił się do awansu RKM – u do najwyższej klasy rozgrywkowej, ale nie był z niego zadowolony. W zawodach juniorskich, na torze w Rybniku, został Młodzieżowym Indywidualnym Mistrzem Polski. W tym samym roku, do spółki z Rafałem Szombierskim zgarnęli złoto w Młodzieżowych Mistrzostwach Polski Par Klubowych. Kolejne dwa lata nie przyniosły większych sportowych sukcesów, jeśli nie liczyć trzeciego miejsca w finale Srebrnego Kasku. Zawodnik coraz bardziej zamykał się w sobie. Coraz więcej pracował, ale bez większych efektów. Wolny czas spędzał w gospodarstwie rodziców, gdzie jego ojciec, Adam zbudował mu prywatny tor do jazdy. Po nieudanych zawodach, często wypływał łódką na staw za domem, gdzie analizował swoje błędy. Wiedział, że z jednej strony ma wszystko, o czym może marzyć tylko żużlowiec. Z drugiej zaś, nie potrafił przełożyć tego na wynik. Potrzebował impulsu, by pójść do przodu.

W zimie 2005/2006 wyjechał do Australii na cykl turniejów organizowany przez Ivana Maugera. W wyjeździe bardzo pomógł mu Piotr Pyszny, były znakomity zawodnik rybnickiej drużyny, a prywatnie sponsor i przyjaciel zawodnika. Wrócił inny, odmieniony, naładowany pozytywną energią. I niewiarygodnie zmotywowany. Początek sezonu miał niezły, ale im dalej, tym było gorzej. Wróciły fatalne mecze, gdzie kibice nie szczędzili mu gorzkich słów. Musiał zmienić numer telefonu, bo dostawał pogróżki. Raz nawet, po nieudanym spotkaniu, uciekał ze stacji benzynowej, bo fani na nim chcieli wyładować swoje emocje.

Po treningu na torze, 2 czerwca 2006 roku, ówczesny trener rybniczan Mirosław Korbel oznajmił, że pojedzie w ligowym meczu przeciwko Unii Leszno. Romanek był bardzo zadowolony, bo na treningu był najlepszy, a czasy, które uzyskiwał, były zbliżone do rekordu toru. Kiedy wyjeżdżał ze stadionu, około godziny 19, nikt nie mógł przypuszczać, że zostały mu trzy godziny życia. Jego babcia znalazła go martwego około 22, w swoim garażu, gdzie mył motocykle po treningu…

Kilka lat po jego śmierci organizowano zawody poświęcone jego pamięci. Szkoda, że tego zaniechano.

Spoczywaj w pokoju.

MICHAŁ STENCEL