Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Jason Doyle miał powody do zadowolenia. Po raz pierwszy od 2017 roku udało mu się wygrać pojedynczą rundę Grand Prix i zrobił to w wyśmienitym stylu – oglądając plecy rywala jedynie raz, w swoim drugim starcie. Australijczyk „celebrował” sukces nietypowo. Tuż po finałowym biegu upadł na tor robiąc świecę. Zażartował również, że… musi odświeżyć sobie hymn Australii.

 

Minęło ponad 6 lat od czasu, gdy Doyle stawał na pierwszym stopniu podium rundy Grand Prix. Ostatni raz miało to miejsce w 2017 roku w Melbourne, gdzie świętował jednocześnie zdobycie tytułu mistrza świata. – Muszę znów nauczyć się australijskiego hymnu narodowego. Tak przyzwyczaiłem się do wygrywania Grand Prix przez polskich chłopaków, że bez problemu potrafię zaśpiewać hymn Polski. Z australijskim mam jednak kłopoty – żartował po zawodach na łamach FIM Speedway. – Było miło słyszeć go przez ostatnie dwa Grand Prix. Mam nadzieję, że to nie był ostatni raz – dodał.

Żużel. Kuriozalna sytuacja na Narodowym. Duńczyk pomylił kolor kasku!

Żużel. Olbrzymi pech Huckenbecka. Niemiec wycofał się z półfinału!

Mimo 38 lat na karku, Doyle kapitalnie radzi sobie póki co w Grand Prix. W Gorican zajął drugie miejsce, a na PGE Narodowym był bezkonkurencyjny. Po dwóch rundach spogląda na rywali z fotelu lidera i udowadnia, że jego marzenia o pogoni za kolejnym tytułem wcale nie muszą odbiegać od rzeczywistości.

– Jako żużlowiec czasami czujesz, że nie powiedziałeś jeszcze ostatniego słowa. Powoli się starzeję, ale w głowie wciąż czuję, że mogę wygrywać w Grand Prix. Pracowaliśmy z teamem na ten sukces bardzo ciężko. Minęło prawie siedem lat od czasu, gdy ostatni raz świętowałem zwycięstwo w cyklu. Dlatego tak mocno to celebrowałem – wyjaśnił. – Stanąć na najwyższym stopniu podium po tak długim czasie wiele dla mnie znaczy. To noc, której nigdy nie zapomnę – dodał.

Żużel. Pierwszy półfinał Woźniaka w GP. „Był apetyt na więcej”

Po wyścigu finałowym Doyle świętował sukces jadąc na jednym kole. Po chwili jednak groźnie upadł, natomiast szybko wstał i kontynuował celebrację wraz ze swoim teamem. – Trochę po upadku było mi wstyd, ale kto by się tym przejmował wygrywając w GP?! Może gdybym przyjechał na metę ostatni, to wówczas byłoby inaczej. Podczas świętowania upadłem także z dmuchanej bandy, więc tak naprawdę zaliczyłem tego wieczoru dwa groźne upadki. Za bardzo mnie to jednak nie obchodziło. W tamtym momencie byłem bardzo podekscytowany – przyznał Doyle.

W wyścigu finałowym Australijczyk tak naprawdę nie dał szans Zmarzlikowi prowadząc od startu do mety. Wyglądało to tak, jakby Doyle miał w głowie plan i wiedział doskonale co robić. Jak jednak zdradza, wcale tak nie było.

– Jeśli wyglądałem na spokojnego, to tak nie było. Gdy wybieraliśmy pola startowe, wahałem się między pierwszym a czwartym. Wziąłem jednak pole A, a Bartek wybrał ostatnie. Wówczas pomyślałem sobie, że coś schrzaniłem. Jeżeli nie wyszedłbym dobrze ze startu, mógłbym zostać zamknięty – mówił Doyle. – Jak tylko wyszedłem na prowadzenie, wiedziałem, że muszę celować w koleiny po wewnętrznej stronie toru i mieć nadzieję, że nie popełnię błędu. Czułem na sobie presję, natomiast wiedziałem, że jestem bezpieczny mając pod sobą tak dobry sprzęt – podsumował.