Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Dziś mija 30 lat od nagłej śmierci Edwarda Jancarza, jednego z najwybitniejszych zawodników w historii polskiego żużla. Gorzowianin bez wątpienia był jednym z tych żużlowców, którzy mieli predyspozycje, aby zostać mistrzem świata.

 

Swoją przygodę z żużlem Jancarz rozpoczął w 1965 roku, krótko po tym, jak oznajmił swojemu ojcu, że zamierza zostać żużlowcem. Jancarz senior zaskoczony nie był wcale. Na żużlu chciał w Gorzowie jeździć wtedy niemal każdy młody chłopak. Po awansie do pierwszej ligi w 1961 roku popularność czarnego sportu nad Wartą wzrosła. Młody Edward nie był więc pierwszym czy też ostatnim chłopakiem, który zgłosił się do gorzowskiej Stali. Ze swoją filigranową wręcz figurą nie wzbudził większego zainteresowania na pierwszych zajęciach u Kazimierza Wiśniewskiego. Jednak, kiedy wiosną 1965 roku usiadł na „FISIE”, nikt z obecnych wówczas na stadionie w Gorzowie nie miał już wątpliwości, że ten młody Jancarz ma smykałkę do żużla.

Jancarz zaczął szkolić się w jeździe na żużlu relatywnie późno, mając już 19 lat. Licencję zdał jednak w rekordowym czasie – zajęło mu to półtora miesiąca. Pierwsze ligowe punkty zdobył dla Stali Gorzów w sierpniu 1965 podczas meczu w Gdańsku. Od 1967 roku do 1984 nieprzerwanie bronił barw reprezentacji Polski. Już w trzecim roku swoich startów dokonał czynu, który dał mu na wiele lat miejsce wśród najlepszych zawodników. Jancarz awansował do finału indywidualnych mistrzostw świata na torze w Goeteborgu, gdzie w swoim debiucie, po biegu barażowym z Gennadym Kurylenko, zajął trzecie miejsce i wywalczył brązowy medal. 

– Chciałbym zająć w kolejnym roku startów jeszcze wyższe miejsce, aniżeli to wywalczone w szwedzkim finale – mówił wtedy Jancarz pytany o kolejne plany. Z pewnością sam nie przypuszczał wtedy, iż pomimo kolejnych wielu występów w finałach światowych to właśnie ten pierwszy okaże się dla niego  sportowo najlepszy. Powtórnie na podium indywidualnych mistrzostw świata Jancarz w swojej karierze niestety już nie stanął. Wywalczył za to w różnych rozgrywkach dla Polski dwanaście medali mistrzostw świata, do których dołożył wiele medali w mistrzostwach Polski. Sam dwukrotnie stawał na najwyższym stopniu podium finału Indywidualnych Mistrzostw Polski. Bez cienia wątpliwości był żużlowcem nad wyraz doskonałym. 

Feralny sierpień 1984 

Z żużlem pożegnał się po 21 latach startów, w 1986 roku. Jak sam wielokrotnie wspominał, jeździłby zdecydowanie dłużej, ale o zakończeniu kariery przesądził wypadek na gorzowskim torze, który miał miejsce dwa lata wcześniej. 9 sierpnia 1984 roku Jancarz uczestniczył w groźnym karambolu podczas test-meczu z reprezentacją Włoch, który odbył się zaledwie parę dni przed finałem Drużynowych Mistrzostw Świata.

Podczas jednego z biegów Valentino Furlanetto nie opanował motocykla, który uderzył w jadącego Jancarza. Wypadek wyglądał makabrycznie i położył się cieniem na dalszym przebiegu zawodów. Ówczesna żona Jancarza, Halina, zemdlała.

– Było wiadomo, że stało się coś bardzo poważnego. Zakazałem puszczania muzyki w dalszej części zawodów – wspominał ówczesny spiker, Krzysztof Hołyński. 

Obrażenia po wypadku były poważne – wstrząs mózgu, złamana łopatka, pęknięta podstawa czaszki. Sam zawodnik, nieprzytomny, został przetransportowany do Akademii Medycznej w Poznaniu. Rokowania lekarskie nie napawały optymizmem. Było pytanie o to, czy zawodnik przeżyje, a nie, czy wróci na tor. Podczas gdy nieprzytomny walczył w stolicy Wielkopolski o swoje życie, w Lesznie walczono o tytuł Drużynowego Mistrza Świata. Przed zawodami wielotysięczną publiczność obiegła plotka, że… Jancarz nie żyje.

Wbrew plotce zawodnik przeżył i na tor, jak na prawdziwego „twardziela” przystało, powrócił. Zdaniem poznańskich lekarzy, powrót do zdrowia Jancarz zawdzięczał wyłącznie swojej woli i silnemu charakterowi. Po powrocie do żużla gorzowianin jednak nie był już tym samym zawodnikiem. Wiek oraz być może podświadomy strach robiły swoje. W 1986 roku na torze w Gorzowie zorganizowano turniej pożegnalny Edwarda Jancarza, w którym mistrz pokazowo wystartował w jednym biegu i definitywnie pożegnał się z torem. Symboliczny plastron Jancarz przekazał młodemu Świstowi. 

Trener 

Po odejściu Ryszarda Nieścieruka ze Stali Gorzów to właśnie nie kto inny, jak Edward Jancarz był jeżdżącym trenerem gorzowskiej Stali. Z jego rad i doświadczenia mogli korzystać gorzowscy zawodnicy. Po zakończeniu swojej przygody z żużlem w Gorzowie Jancarz został trenerem zespołu w Krośnie. Miał również krótki epizod jako szkoleniowiec reprezentacji Polski. Do dziś wiele osób zastanawia się, jak potoczyłyby się jego życiowe losy, gdyby pozostał w gorzowskim klubie. 

Wimbledon 

Sukcesy Jancarza na żużlu sprawiły, że szybko został dostrzeżony przez angielskich promotorów. W Anglii po raz pierwszy pojawił się zamiast… pierwszego polskiego mistrza świata Jerzego Szczakiela. 

– Miałem w Polsce, dzięki swojej pracy dziennikarskiej, dobrego przyjaciela, Zbigniewa Puzio, który miał wówczas wpływy w polskim PZM. Podczas Drużynowego Pucharu Świata na Wembley zaczęliśmy rozmowy na temat przybycia do King’s Lynn Zenona Plecha i Jerzego Szczakiela. Jerzy Szczakiel jednak po zdobyciu tytułu mistrza świata tak słabo pojechał na Wembley, że ostatecznie polskie władze nie zgodziły się, aby puścić go do nas i odmówiły mu wyjazdu. Zamiast niego oddelegowano drugiego zawodnika z Gorzowa – Edwarda Jancarza. Doskonale pamiętam, jak w 1973 roku przyjechali do nas dwoma fiatami, a Edward Jancarz ciągnął swoim samochodem przyczepkę z motocyklami –  mówi nam były promotor Martin Rogers. 

Jancarz w barwach zespołu Wimbledon Londyn

Od 1977 roku Jancarz regularnie ścigał się w barwach zespołu Wimbledon, gdzie szybko stał się gwiazdą zespołu i ulubieńcem kibiców. Imponował wynikami i godzinami spędzanymi  nad „dopieszczaniem” motocykli.  To tam zyskał pseudonim, który przyszedł za nim do Polski – „Eddie”. Barwy Wimbledonu reprezentował do 1982 roku. To w głównej mierze zarobione na Wyspach funty pozwoliły mu na wybudowanie domu czy kupno luksusowego, jak na tamte czasy w Polsce, samochodu marki Mercedes. Na przeszkodzie dalszym startom w Anglii stanęły nieporozumienia pomiędzy działaczami Stali Gorzów a klubem Wimbledon. Przeżywająca finansowy kryzys żużlowa Anglia nie była w stanie w większy niż do tej pory sposób gratyfikować Polakom możliwości korzystania z usług Jancarza. Jancarz do Anglii nie powrócił, jednak został tam doskonale przez kibiców, i nie tylko, zapamiętany. Wystarczy napomknąć, że za jego zasługi brytyjski Speedway Star uhonorował go dożywotnią prenumeratą. Od tamtej pory do Gorzowa regularnie co tydzień docierał kolorowy magazyn żużlowy.

Charakter 

Jaki charakter miał Jancarz? Na to pytanie do dziś wiele osób szuka odpowiedzi, doszukując się być może w niej tego, co zaważyło na późniejszych tragicznych losach zawodnika. 

– To były takie czasy, że Jancarz tak naprawdę nie mógł swobodnie żyć. Był po prostu gwiazdą. Z jednaj strony miał charakter żużlowego twardziela, z drugiej może był za miękki i nie zawsze potrafił odmówić tym, którzy chcieli z nim się napić, niekoniecznie herbaty – mówi nam jeden z byłych zawodników Gorzowa. 

– Bez dwóch zdań Edek to był w moim odczuciu indywidualista. Nie pasował za bardzo do w kółko roześmianego Zenka. Często był poważny, zamyślony. Z nim nie można było za bardzo rozmawiać przed zawodami, raczej jeśli już, to po nich. Przyznam, że z Zenkiem jeździło mi się gorzej. Zenek był nieobliczalny ze swoimi akcjami na torze. Edek jeździł bardzo fair. Jak wiedziałem, że jadę z Edkiem w biegu, to nie musiałem się obawiać, że będzie jakiś szalony „numer” na torze. Jednak to z Zenkiem byłem bardziej związany jako kolega. Jancarz do zabawy czy żartów jakoś nie był tak skory jak Zenek. Edek w moim odczuciu był skryty i chyba nie do końca ufny wobec innych osób. Odbierałem go jako skrytego indywidualistę. Żużlowcem bez dwóch zdań był doskonałym. To był tragiczny w swoich losach kandydat na indywidualnego mistrza świata – dodaje były doskonały niemiecki żużlowiec, Egon Muller. 

Dom w Gorzowie, w którym mieszkał Edward Jancarz

Pogmatwane życiorysy

Po zakończeniu kariery Jancarz nie do końca mógł się odnaleźć w nowych życiowych realiach. Nagle wolnego czasu w życiu zostawało mu jakby za dużo. Zaczął go „zabijać” coraz częstszymi spotkaniami z kolegami czy kibicami. Mistrz nie odmawiał. Spotkania często kończyły sią w lokalu „Popularna”, mającym niezbyt pozytywną opinię…

Alkohol zaczął zajmować coraz ważniejsze miejsce w jego życiu. W 1988 roku rozstał się ze swoją żoną Haliną, tą samą, która zemdlała po jego wypadku w Gorzowie i która zawsze do tamtej pory trwała przy jego boku. Nie wytrzymała jednak stylu życia męża. Cierpliwość miała swoje granice. Jej miejsce zajęła pracowniczka gorzowskiego oddziału ZUS – Katarzyna. O wiele lat młodsza partnerka systematycznie nalegała na ślub z Jancarzem. Wielu kolegów odradzało Edwardowi formalne wiązanie się z Katarzyną. Kobieta nie cieszyła się bowiem najlepszą reputacją. Jancarzowi wspominano, że przy niej nie znajdzie sobie dobrego miejsca na starość. Parę lat wcześniej Katarzyna miała romans z innym gorzowskim żużlowcem. Jancarz twierdził, że jego życie to jego sprawa. Były również głosy, że zdecydował się na ślub, bo bał się na starość samotności. Ślub odbył się w kwietniu 1991 roku. Jak się finalnie okazało, nie był to najlepszy, a wręcz tragiczny w skutkach życiowy kierunek obrany przez Edwarda  Jancarza.

Ślub z Katarzyną – kwiecień 1991

– Różne rzeczy się o niej słyszało. Mnie, z racji szacunku do Jancarza, bo był moim idolem, nie wypadało zwracać uwagi. Choć nie ukrywam, miałem na to ochotę. Jednak myślałem: w końcu to dorośli ludzie – mówił w jednym z wywiadów były gorzowski zawodnik, Krzysztof  Okupski. 

– Przejeżdżałem koło jego domu dwa, trzy dni przed tym nieszczęśliwym ślubem i wszedłem. Ona szykowała kanapki. Miałem mu proponować, aby się wycofał, ale powiedział, że wszyscy się wtrącają w jego życie, więc się wycofałem. Był wspaniałym sportowcem, lecz w życiu musiał być prowadzony. Radził się w wielu sprawach. A ten ślub to chyba w wyniku załamania po przejściach z pierwszą żoną. Edek wierzył, że drugie małżeństwo będzie szczęśliwe. Jego żona jednak również zaglądała do kieliszka – wspominał mechanik Stali Gorzów, Edward Pilarczyk. 

Swój pogląd na związek małżeński obojga miał znany mecenas, Jerzy Synowiec.

– Prowadziłem sprawy rozwodowe Edka z byłą żoną i Katarzyny z byłym mężem. Oboje mieli pogmatwane życiorysy, lecz wydawało im się, że wspólnie uda im się to wyprostować. Jancarz był już jednak wtedy człowiekiem kompletnie uzależnionym od alkoholu. To nieprawda, że Katarzyna nie chciała mu pomóc, że go rozpijała. Kilka razy przychodziła do mnie po radę i pomoc. Płakała, jęczała. To, że po ślubie wbiła mu kiedyś nóż w udo, to była samoobrona, wyraz jej  bezsilności. On bił ją pięściami. Nie można powiedzieć, że Edek był zostawiony sam sobie. Kiedy nie było mowy o tabletkach czy wszywkach, zaproponowaliśmy leczenie w zakładzie zamkniętym. Zareagował awanturą. Zaproponowaliśmy szkolenie młodzików w Stali. Nie przychodził na treningi – wspominał Jerzy Synowiec.

Edward Jancarz

Feralny wieczór 

11 stycznia 1992 roku w hotelu Mieszko odbywał się Bal Mistrzów Sportu województwa gorzowskiego. Pomimo zaproszenia Edward Jancarz z żoną nie pojawili się na uroczystości. W ich domu po godzinie 20 rozegrała się tragedia. Jak zeznała później druga żona Jancarza, były zawodnik wrócił do domu kompletnie pijany. Jancarz został ugodzony przez swoją żonę nożem. Zadane ciosy okazały się dla żużlowej legendy śmiertelne. Katarzyna została skazana na 11 lat więzienia. Sąd apelacyjny w Poznaniu zmniejszył wyrok do 9 lat. W 1996 roku zabójczyni Jancarza przedterminowo opuściła zakład karny. Wedle opinii władz proces resocjalizacji przebiegł prawidłowo.

Epilog 

– To był szalenie skryty, zamknięty w sobie człowiek. Wszystko poświęcił dla sportu. Miał na skutek upadków nabytą padaczkę. Po jednym z wypadków miał obrzęk półkuli mózgowych, po innym groziła mu amputacja prawej nogi. Ten moment pamiętam bardzo dokładnie. Lekarze mówili, że rekonwalescencja potrwa co najmniej rok. On, krzywiąc się z bólu, ćwiczył codziennie po parę godzin. Wrócił na tor po trzech miesiącach. Prawdziwa tragedia rozpoczęła się po wyjeździe Edka do Anglii. Kiedy pojechałam w trzecim sezonie jego startów do niego, zauważyłam butelki stojące niemal we wszystkich kątach parku maszyn. To był pierwszy sygnał. W czwartym roku nie pojechałam do Anglii ze względu na sytuację w kraju (1981 r., stan wojenny – dop.red). To być może był mój błąd. Po powrocie do kraju Edek pił już bardzo dużo. Wiele razy próbowałam z nim rozmawiać. Wytłumaczyć, że powinien się leczyć. On miał zawsze jedną odpowiedź – że nie jest alkoholikiem. Z czasem po alkoholu stawał się coraz bardziej agresywny. Bywało, że musiałam nocować w samochodzie czy na tarasie naszego domu. Mimo to starałam się mu pomóc. Jak nie skutkowało po dobroci, próbowałam groźbami. Poszłam do klubu, na skargę do Komitetu Wojewódzkiego. Efekt był taki, że nie wpuszczano mnie do parku maszyn. Myślałam, że coś się zmieni na lepsze, gdy otrzymał propozycję pracy w Krośnie. Inni ludzie, inne otoczenie. Można było zacząć od nowa. Edek zapalił się do tej perspektywy. Zgodził się na esperal. Szybko jednak zaczął zachowywać się tak, jak gdyby mu na niczym nie zależało. Opuścił jeden trening, drugi. Wrócił do nałogu. Może gdybym była silniejsza i zdecydowała się na umieszczenie go w zakładzie zamkniętym, to uratowałabym go. W końcu zdecydowałam się na rozwód, gdyż nie mogłam znieść życia, które przekształciło się w pasmo awantur. Sądziłam, że przy nowej, młodszej kobiecie znajdzie szczęście, odnajdzie się. Wierzyłam, że Katarzyna może go zmienić, dać mu dziecko, którego ja nie mogłam mieć. Nie chcę się wyrażać źle o Katarzynie. Faktem jest jednak, że widywano ich, jak razem pili. Później, jak słyszałam, ona przestała pić i chciała Edka odciągnąć od „kieliszka”. On już jednak był w ostatnim stadium swojej choroby – wspominała męża na łamach prasy pierwsza żona Edwarda Jancarza. Nie było tajemnicą, że żużlowiec był częstym klientem sąsiadującego z jego willą lombardu. Walizki oraz wiertarki Jancarz wykupić nie zdążył…

– To był wielki sportowiec, ale i normalny człowiek. Znał się na wszystkim, ze wszystkimi i w niejednej sprawie mógł pomóc. Nie zadzierał nosa jak inni żużlowcy. Z Edkiem można było pogadać, napić się. Pewnie, że wszyscy mu stawiali. To było tak, że nawet jeśli ktoś nie chciał, to mu się przypominało, żeby kupując sześć setek, wziął jeszcze jedną dla Edka… Im był dalej w swoim piciu, tym mniej osób chciało mu stawiać – wspominał jeden z „kompanów” legendy Stali Gorzów. 

Pogrzeb Edwarda Jancarza

Minęło równe trzydzieści lat od tragicznej śmierci Edwarda Jancarza. Na jego pogrzebie w 1992 roku pojawiło się ponad dziesięć tysięcy ludzi. Na jego grobie nie brakuje  codziennie nowych zniczy. Żużlowy Gorzów o swoim tragicznym bohaterze, pomimo upływającego czasu, wciąż pamięta.

Grób Edwarda Jancarza (2020)

Koledzy o Edwardzie Jancarzu:

Józef Jarmuła: Uważam go za numer jeden polskich zawodników w latach siedemdziesiątych. Jancarz umiał jeździć tak, jak Jarmuła po samej „desce” i potrafił świetnie się ścigać tak, jak Jarmuła nie potrafił, czyli znakomicie również przy samym krawężniku. 

Wojciech Żabialowicz: Dla mnie to była postać niesamowita. Jak ja zaczynałem swoją przygodę z żużlem, to Polska czy żużlowa zagranica była pod wrażeniem jego jazdy i umiejętności. Miał lekko leżący styl jazdy i można powiedzieć, że wprowadził styl jazdy pozwalający na widowiskowość. To była wielka  osobowość sportowa.

Jerzy Rembas: Podpatrywałem go, jak on wszystko robi. Wiele mnie nauczył i bardzo wiele mu zawdzięczam. Dla polskiego sportu zrobił bardzo dużo. 

Stanisław Maciejewicz: Jancarz był wspaniałym człowiekiem, zawodnikiem i trenerem. Nie wszystkim kibicom to się może spodoba, ale był naprawdę doskonałym wychowawcą młodzieży. Znakomicie potrafił przekazać mechanikowi to, co trzeba zrobić. Miałem z nim lżej. Edek spojrzał, jak zawodnik wchodził w łuk i mówił: „Stanley, trzeba zrobić to i to”. 

Andrzej Huszcza: Bardzo fajny zawodnik, przyjaciel i kolega. Dużo był ode mnie starszy, więc chyba mu mówiłem przez pan – Pan Edek. Jak jeździłem w Anglii, to kilka razy u niego spałem i wracaliśmy razem do Polski. Bardzo fajny człowiek. Pamiętam taki bieg, że strzeliłem ze startu. Edek szedł za mną cztery okrążenia przy krawężniku i mnie nie minął. Wygrałem wtedy z nim na  na jego torze. 

Jan Krzystyniak: Pomimo tego, że był sam zawodnikiem, to potrafił podejść do mnie jako rywala i powiedzieć, co trzeba poprawić, aby było lepiej. Nie ukrywam, że pomógł mi w ten sposób w pewnych eliminacjach. 

Piotr Świst: Legenda żużla. Nie ma wątpliwości. Ja na początku jeździłem jego stylem. Dostawałem od niego wiele rzeczy, kask, motocykl. Bardzo wiele mi pomógł na początku mojej żużlowej drogi. 

 

ŁUKASZ MALAKA, współpraca redakcyjna MARCIN KOZDRAŚ, fot. MIROSŁAW WIECZORKIEWICZ

W artykule wykorzystano materiały prasowe z Gazety Nowej, Ziemi Gorzowskiej i Stali Gorzów