Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle punktów po dwóch turniejach IMP mają Bartosz Zmarzlik oraz Dominik Kubera

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów po dwóch turniejach IMP mają Bartosz Zmarzlik oraz Dominik Kubera
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W wieku siedemnastu lat debiutował w zawodach ligowych w barwach toruńskiego Apatora. W 1993 roku na torze w Bydgoszczy wywalczył tytuł wicemistrza Indywidualnych Mistrzostw Polski. O kim mowa? O Tomaszu Świątkiewiczu, któremu swego czasu wróżono sporą karierę. Życie jednak potoczyło się inaczej. Z byłym żużlowcem rozmawiamy o karierze sportowej, a także o codziennym życiu.

Tomek, zacznijmy nietypowo. Przed rozmową wysłałeś mi zupełnie „świeże” zdjęcie z Piotrem Protasiewiczem.

Dokładnie, wspomnień czar. Z Piotrkiem zdawałem licencję i pamiętam, że jak wchodził na pełnym gazie, na mokrym torze w łuki, to ja sobie wtedy mówiłem w duchu „poczekaj, Piotrusiu, wyjadę ja na tor, to rzucę ci wyzwanie”. Teraz spotkaliśmy się po latach, pogadaliśmy, powspominaliśmy, porobiliśmy zdjęcia. Fajne chwile.

Wróćmy do lat 90. minionego wieku i początków Twojej kariery na żużlu. Z tego, co mi wiadomo, to miałeś być następcą słynnego motorowodniaka Waldemara Marszałka, a nie ścigać się w lewo na motocyklu.

Dokładnie tak. Tato zabrał mnie do Żnina na zawody motorowodne, żeby zobaczyć Marszałka. Nie ukrywam, że mi się to spodobało. Jednak jak miałem chyba z trzynaście lat, to pojechałem z tatą oraz kolegami z mojego Laskowa na żużel do Gniezna. To był krótko mówiąc koniec bycia drugim Waldemarem Marszałkiem. Było po mnie. Zakochałem się w tym sporcie bez pamięci i tak już zostało. Wtedy po meczu można było wejść do parkingu i usiąść na motocyklu. Czekałem chyba z godzinę, ale jak w końcu usiadłem i miałem kierownicę w rękach, to powiedziałem sobie, że będę żużlowcem i kiedyś muszę zostać mistrzem świata.

Tak naprawdę miałeś zaczynać swoją przygodę z żużlem w barwach Startu Gniezno.

Tak było. W szkółce Startu Gniezno przez sezon „zajechałem” chyba wszystkie możliwe motocykle. Jednak jakoś od początku to wszystko było „nie po drodze”. Zapisałem się do szkółki w wieku czternastu lat. Pod swoje skrzydła wziął mnie wtedy Mieczysław Woźniak, jednak ze względu na wiek, władze klubu z trenerem szkółki „wyrzuciły” mnie ze stadionu. Musiałem odczekać rok, aby oficjalnie zapisać się ponownie do szkółki. Pierwsze kółka kręciłem de facto już w wieku czternastu lat. Później miałem zdawać licencję w Opolu, ale do tego ostatecznie nie doszło. W końcu pojawiła się u mnie „delegacja” z Torunia i ostatecznie przeniosłem się do Apatora. Klub miał mi pomóc w znalezieniu mieszkania, jednak do tego ostatecznie nigdy nie doszło.

Nie było ciężko młodemu chłopakowi odnaleźć się w Toruniu?

Oczywiście, że było. Przeniosłem się z małej wioski do dużego miasta. To był przeskok i dla młodego chłopaka jakiś tam szok. Miałem „przewalone”. To ja musiałem udowadniać, co potrafię na torze. Jak trener Jerzy Kniaź robił listę, kto z kim jedzie na treningu, to niektórzy rzucali „k…”, że muszą ze mną rywalizować. Po prostu się mnie bali. Wszyscy wiedzieli, że ja na torze nie odpuszczam, bo ja z kolei wiedziałem, że muszę dawać z siebie absolutne maksimum na torze, aby móc zaistnieć w Toruniu. Niektórzy koledzy tak mnie „lubili”, że nasikali mi kiedyś do kasku w szatni. To było wtedy, kiedy przebiłem się do składu, a może nie wszystkim to wówczas pasowało… Pamiętam, że Robertowi Sawinie nie pasował jeden silnik, a moi sponsorzy odkupili go od niego i ta jednostka niesamowicie mi podpasowała. Chyba w meczu ze Stalą Gorzów dwa razy z Mirkiem Kowalikiem przyjechałem na 5:1. Tak wszedłem w skład. Wtedy mieszkałem na stadionie, byłem w klubie więc od rana do wieczora. Naprawdę, ja tam po prostu mieszkałem – spałem, a jak nie spałem, to w kółko udowadniałem, że potrafię jechać na żużlu.

Jak startowało się w jednym zespole z legendarnym Perem Jonssonem?

Per to był wyśmienity żużlowiec, bez dwóch zdań. Pamiętam, że raz na derbach wieźliśmy Tomka Gollloba chyba trzy okrążenia. Ja byłem na „małej”, a Per jechał po „dużej”. Tomek zrobił swoją akcję, jakoś mnie wyprzedził i z podwójnej wygranej zrobiło się 4:2. Byłem też jedną z osób, która pomagała wsadzić Pera do karetki po fatalnym wypadku. Pamiętam, że stadion podczas derbów pękał wtedy w szwach, a kibice niektóre biegi oglądali na stojąco. Ja sam chyba dwa razy po meczu w Bydgoszczy byłem eskortowany przez policję, aby opuścić bezpiecznie miasto. Takie mecze miały kiedyś swój ciężar gatunkowy.

Można powiedzieć, że Twój talent „eksplodował” w 1993 roku. Wtedy też na torze w Bydgoszczy zostałeś indywidualnym wicemistrzem Polski.

W tamtym sezonie było parę sukcesów, faktycznie. Zdobyłem w 1993 roku pięć medali w mistrzostwach Polski. Otrzymałem też powołanie do reprezentacji Polski. i zostałem wybrany najsympatyczniejszym żużlowcem Polski w plebiscycie Tygodnika Żużlowego. Nie ukrywam, że liczyłem wtedy na wygraną w kategorii „objawienie sezonu”, ale to wyróżnienie przypadło Piotrkowi Protasiewiczowi. Najwięcej satysfakcji dał mi jednak oczywiście ten srebrny medal IMP wywalczony na torze w Bydgoszczy. Byłem drugi w ćwierćfinale w Gnieźnie, później drugi w półfinale w Gorzowie, no i drugi w finale. Nikt wtedy na mnie nie stawiał. 

Co czułeś, jak stałeś na podium ze srebrnym medalem zawieszonym na szyi?

Możesz się śmiać, ale stałem wtedy obok Tomka Golloba i dalej marzyłem o tym, że kiedyś taki jak on albo nawet lepszy od niego. Co do Golloba, to nie ma i nie będzie na świecie lepszego żużlowca. Tomek po prostu „gryzł” tor. Podobnie jak Mark Loram, z którym miałem okazję startować w parze. Oni obaj jechali od startu do mety. Starałem się być taki, jak oni. Kiedyś Robert Sawina powiedział mi, że byłem takim ówczesnym Emilem Sajfutdinowem. To chyba komplement.

Po bardzo dobrym sezonie 1993 pojawił się temat przenosin do Bydgoszczy…

Tak. Chciałem odejść do Polonii. Nie ukrywam, że Tomek Gollob był dla mnie wzorem. Chciałem być taki, jak on. W Toruniu skończył mi się kontrakt, ale pomimo faktu, że trzy lata zwlekano z mieszkaniem dla mnie, znowu dałem się ostatecznie przekonać do pozostania w zespole. Pokazano mi już nawet obiecane mieszkanie. Miałem swoje oszczędności – chyba z piętnaście tysięcy – a na resztę miałem dostać pożyczkę, którą bym do klubu spłacał ze swoich zarobków. Jak przyszło co do czego, to mieszkania nie dostałem. Zrobiłem błąd, że nie podpisałem szybko aktu notarialnego, a szybciej od niego podpisałem nowy kontrakt, ponieważ czas naglił. Oczywiście o ostatecznym braku długo oczekiwanego mieszkania dowiedziałem się  już po podpisaniu nowego kontraktu. Koledzy wracali do swoich mieszkań, a ja nie musiałem wracać. Szedłem do mieszkania w klubowym hoteliku i rozmawiałem ze ścianami.

Wracając do mojego ewentualnego przejścia do Polonii, to mogę powiedzieć tyle, że sam Tomek Gollob przyjechał kiedyś do moich sponsorów, którzy mieli sklep w Toruniu, a u których ja pracowałem. Zapytał się, gdzie jestem. Ja w tym czasie rozwoziłem Polonezem Truckiem sprzęt RTV do klientów. Rozwoziłem sprzęt i rozdawałem klientom autografy. Tomek czekał chyba pół dnia na mój powrót. Wróciłem i wspólnie rozmawialiśmy na temat moich przenosin do Bydgoszczy. Były rozmowy już na ten temat, aby Tomek wraz ze swoim tatą przygotowali mi silniki na sezon 1994. Później byliśmy jeszcze razem u Tomka Gąsiorka w Brzozie pod Bydgoszczą, gdzie był cały klan Gollobów i myśleliśmy wspólnie nad tym, jak przejść do Polonii. Wszystko skończyło się jednak tak, że zostałem w Toruniu.

W 1995 roku doszło do nieszczęśliwego wypadku na torze w Częstochowie. W sparingu nabawiłeś się kontuzji, która zakończyła rozpoczynający się wówczas sezon.

Tak. Złamałem wtedy udo, a pamiątkę z tego zdarzenia – czyli śruby w nodze – mam do dziś. Całą noc przed meczem padał deszcz. Wygrałem swoje dwa pierwsze biegi, a w trzecim jechałem za Ułamkiem. Sebastiana lekko obróciło, ja skontrowałem motocykl, ale zahaczyłem o jego tylne koło. Upadłem, na mnie poleciał motor, a później wpadł na mnie Kuczwalski oraz Jirout. Był to potężny dzwon i tak naprawdę można mówić, że dobrze, iż tylko tak się to wtedy skończyło. Miałem otwarte, wieloodłamowe złamanie uda i zwichnięty bark. Operowano mnie dopiero w nocy, ponieważ ściągano z innego miasta chirurga.

Na tor powróciłeś, ale nie było to już to samo, co przed kontuzją…

Kontuzja zrobiła swoje, na pewno. Sam przygotowywałem się do sezonu i nie ukrywam, z perspektywy czasu, że jakoś straciłem chyba serce do jazdy.

Słynna była jeszcze historia z petardą podczas Sylwestra w 1996 roku. Były plotki, że uszkodziłeś rękę na tyle, że dalsza kariera była wykluczona.

To bzdura. Wróciłem wtedy do domu z Niemiec, właśnie w Sylwestra. Poszedłem odpalać petardy z sąsiadami i rodziną. Jedna z dużych petard mi się nie odpaliła. Podszedłem, aby zapalić ją jeszcze raz i nagle zobaczyłem, że jest ogień w środku. W tym momencie mnie po prostu zamurowało. Petarda wybuchła. Z siostrą trafiłem do szpitala. Pamiętam, jak szwagier wiózł mnie z żoną Aliną do szpitala i jakoś tę rękę mi poskładali. Miałem poważny uraz, ale nie na tyle, żeby w jakiś sposób przeszkadzało mi to w ściganiu się na żużlu. To Nicki Pedersen nie ma palca, a nie ja. Mam do dziś wszystkie palce.

Po 1996 roku zakończyłeś swoją przygodę z żużlem. 

Sezon 1996, jak już mówiłem, był słaby. Jeździłem tak naprawdę na jednej Jawie, którą po prostu „zajeżdżałem”. Rysia Kowalskiego też już wtedy w klubie nie było, a on był moim mechanikiem. Drugim był Krzysztof Głowacki. Oni wówczas rywalizowali ze sobą o palmę pierwszeństwa w klubie. Kowalski nie wytrzymał, spakował się i odszedł z Apatora. Kolejna rzecz była taka, że jak to w życiu bywa, to moje ściganie nie do końca podobało się mojej Alince. Kobiety boją się o facetów, którzy ścigają się w lewo. Uczciwie też przyznam, że były momenty, w których bałem się, że się rozp… A jak są takie myśli, to już trzeba brać pod uwagę koniec ścigania. Odchodzili też sponsorzy.

Podkładano też mi nieraz „świnię”. Wiadomo, jak to w żużlu od środka wygląda. Stawia się na najlepszych. Warsztat miałem z Tomkiem Bajerskim, ale jak wyjeżdżaliśmy obaj na tor podczas treningu, to nie było sentymentów. Raz z Bajerskim tak rywalizowaliśmy, że powyrywaliśmy słupki z bandy, Tomek został na siatce, a ja przeleciałem i leżałem w pasie bezpieczeństwa. Z motocykla zostało tylko tylne koło. Ten wypadek z Bajerem był wizualnie najgorszy, jaki miałem w karierze, ale ja wyszedłem z niego bez większego szwanku. Miałem jeszcze jeździć w Gnieźnie, ale wyszło jak wyszło.

To znaczy, jak wyszło, a raczej – dlaczego w Gnieźnie nie wyszło?

W Toruniu wiceprezes Rogalski stwierdził, że jestem już niepotrzebny, bo nic ze mnie nie będzie. Co miałem robić? Spakowałem się i pojechałem do kuzyna. Poszedłem w styczniu 1997 do Mariana Siepaka w Gnieźnie, który był dyrektorem klubu. Tam mieli do mnie żal, twierdzili, że wtedy odchodząc do Torunia uciekłem, ale ja tak wcale nie uważałem i nie uważam do dziś. Ja wtedy nie wiedziałem co robić. Nie chciano mnie zawieźć na licencję do Opola, a przyjechał Jerzy Kniaź z Rogalskim, przekonali, no i pojechałem z dnia na dzień do Torunia. Jednak całą historię w Gnieźnie jeszcze pamiętano. Marian Siepak wysłał mnie na badania do szpitala. Badania ręki wyszły dobrze. Nie było przeszkód, aby wrócić do żużla. Obiecano mi motocykle, zacząłem przygotowywać się do sezonu. Miałem przejść z Torunia do Gniezna na mały kontrakt. Pewnego dnia przyszedłem do klubu, a Siepak mi oznajmił, że zamiast mnie biorą Rysia Franczyszyna na mały kontrakt ze Stali Gorzów. To był dla mnie cios w serce. Wyszedłem, popłakałem się i… tyle. W wieku lekko ponad dwudziestu lat skończyłem karierę w tym sporcie.

I wtedy też słuch o wielkim żużlowym talencie zaginął.

Zająłem się handlem samochodami. Jeździłem do Niemiec, kupowałem samochody i oczywiście w Polsce je sprzedawałem. Najpierw pracowałem dla kogoś, później robiłem to już sam.

Jak to przedsięwzięcie wyglądało od strony finansowej? Były z tego pieniądze?

Tak. Naprawdę dobrze sobie z tym handlem radziłem. Na tyle dobrze, że w Berlinie tamtejsi handlarze znali mnie na tyle, że sami „szykowali” mi samochody, a gotówkę mogłem im dowieźć. To mówi samo za siebie.

W 1996 roku wziąłeś ślub ze swoją byłą już żoną.

To było 20 kwietnia 1996 roku. Było porządne wesele. Moją Alinkę, przyszłą żonę, wiozłem motocyklem do ślubu. Cały Janowiec żył wtedy tym naszym weselem. Była nawet straż pożarna jako eskorta. Ślub odbył się w Łopiennie. Byłem znany i nie ukrywam, że było to wydarzenie.

Małżeństwo jednak nie przetrwało…

To jest długa historia i czasu by nam nie starczyło… Ja pracowałem, jeździłem po samochody, a żona poszła do pracy. Jakoś zaczęło się to nam wszystko „rozjeżdżać”. Zaczęliśmy się od siebie po prostu oddalać. Nie chcę o tym rozmawiać, bo naprawdę nie jest to miłe.

Trudne pytanie. Z tego co wiem, masz za sobą trudny okres w życiu?

To prawda. W pewnym momencie życia miałem okres poważny okres załamania. Blisko dwa lata tak naprawdę leżałem w łóżku i myślałem, co ze sobą dalej w życiu robić. Byłem w fatalnym stanie emocjonalnym. Nie chciałem już żyć. Taka jest prawda. Unikałem kontaktów z ludźmi. Wyjść z tej sytuacji pomogła mi moja najbliższa rodzina.

W lutym tego roku wyszedłeś z zakładu karnego.

To też prawda… Uważam, że trafiłem tam nie do końca z mojej winy. Żona ostatecznie ode mnie odeszła, nie mogłem i nie mogę się z tym do dziś pogodzić. Może głupio, jak tak mówi facet, ale tak właśnie jest. Przyznaję, że może wysłałem jednego SMS-a za dużo i za groźby karalne trafiłem do zakładu karnego, z którego wyszedłem po pięciu miesiącach. Po wyjściu odbyła się sprawa rozwodowa. Żonę kocham całym sercem do dziś i wierzę, że kiedyś ponownie się odnajdziemy.

A czym się teraz zajmujesz?

Wróciłem do sprowadzania samochodów, czyli tego, w czym mam największe doświadczenie i co całkiem nieźle wychodziło. No i mam zamiar wrócić do żużla.

Tomasz Świątkiewicz wróci na tor w roli „oldboya”?

Mogę już ścigać się w oldboyach, w grupie platynowej, ale nikt mi też nie zabroni zdać jeszcze „normalnej” licencji zawodniczej. Z tego, co wiem, nie ma żadnych ograniczeń wiekowych. Mam taki zamiar i to jest moje największe obecnie marzenie, oprócz oczywiście pojednania z Alinką. Czuję się na siłach, aby jeszcze wsiąść na motocykl i to skutecznie zrobić. Chcę wyjechać jeszcze na tor. Nie wiem jeszcze tylko w jakim plastronie.

Gdybyś miał jedno życzenie do złotej rybki, to byłoby to…

Życzyłbym sobie, aby zniesiono mi zakaz zbliżania i  kontaktowania się z byłą żoną. W życiu wszyscy popełniamy błędy, a żona to moja jedyna i największa miłość, jaką w życiu miałem i tak na pewno już pozostanie do końca moich dni. Tego jestem pewien.

A gdyby można było cofnąć czas, to co byś zmienił w swojej karierze?

Na pewno nie poddałbym się tak, jak wtedy, kiedy powiedziano mi w Gnieźnie, że nie ma dla mnie ostatecznie miejsca. Wiesz co? Nie szukałem wtedy u nikogo pomocy. Wyszedłem z klubu, poszedłem pieszo na dworzec i pojechałem pociągiem do domu. Wysiadłem z pociągu, poszedłem do rodziców do Ośna i taki był żużlowy koniec zawodnika, który był wicemistrzem Polski w 1993 roku.

Dziękuje za rozmowę.

Dziękuje i pozdrawiam wszystkich kibiców żużla, w szczególności tych, którzy mnie pamiętają.

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA

Żużlowe rozmowy i opowieści – Idealna lektura na lato. Polecamy 

3 komentarze on Żużel. Tomasz Świątkiewicz: Staję na nogi. Jeszcze wsiądę na motocykl (WYWIAD)
    obserwator
    30 Jul 2022
     6:09pm

    No i właśnie za takie artykuły, wywiady z nieoczywistymi ludźmi żużla polubiłem PoBandzie. Mam nadzieję, że dalej tak zostanie a portal nie popadnie w mieliznę artykulików pod kliknięcia. Tego już pełno w internecie, to nie wyróżnia, nie przynosi wartości dodanej. A Tomka oczywiście pamiętam i pozdrawiam go.

    Żużel. Tobiasz Musielak: Nawet żona nie wie niczego, jeśli chodzi o moją przyszłość klubową. Stać nas na walkę z faworytami (WYWIAD) - PoBandzie - Portal Sportowy
    2 Aug 2022
     10:42am

    […] Żużel. Tomasz Świątkiewicz: Staję na nogi. Jeszcze wsiądę na motocykl (WYWIAD) – PoBand… […]

    Żużel. Zza bandy: Dramat w Andach (FELIETON) - PoBandzie - Portal Sportowy
    2 Aug 2022
     12:45pm

    […] Żużel. Tomasz Świątkiewicz: Staję na nogi. Jeszcze wsiądę na motocykl (WYWIAD) – PoBandzie … […]

Skomentuj

3 komentarze on Żużel. Tomasz Świątkiewicz: Staję na nogi. Jeszcze wsiądę na motocykl (WYWIAD)
    obserwator
    30 Jul 2022
     6:09pm

    No i właśnie za takie artykuły, wywiady z nieoczywistymi ludźmi żużla polubiłem PoBandzie. Mam nadzieję, że dalej tak zostanie a portal nie popadnie w mieliznę artykulików pod kliknięcia. Tego już pełno w internecie, to nie wyróżnia, nie przynosi wartości dodanej. A Tomka oczywiście pamiętam i pozdrawiam go.

    Żużel. Tobiasz Musielak: Nawet żona nie wie niczego, jeśli chodzi o moją przyszłość klubową. Stać nas na walkę z faworytami (WYWIAD) - PoBandzie - Portal Sportowy
    2 Aug 2022
     10:42am

    […] Żużel. Tomasz Świątkiewicz: Staję na nogi. Jeszcze wsiądę na motocykl (WYWIAD) – PoBand… […]

    Żużel. Zza bandy: Dramat w Andach (FELIETON) - PoBandzie - Portal Sportowy
    2 Aug 2022
     12:45pm

    […] Żużel. Tomasz Świątkiewicz: Staję na nogi. Jeszcze wsiądę na motocykl (WYWIAD) – PoBandzie … […]

Skomentuj