Główny partner portalu

Żużel. „To życzliwy, koleżeński chłopak. Ostro pracował na tytuły Sparty”. Andrzej Malicki opowiada o Krzysztofie J.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W czwartkowe popołudnie żużlowy świat obiegła wstrząsająca informacja. Krzysztofowi J., trzykrotnemu mistrzowi Polski ze Spartą Wrocław, postawiono zarzut zabójstwa. Większość osób, które znały żużlowca z czasów jego startów przyznaje, że trudno uwierzyć im w wiadomości pojawiające się w mediach. O zawodniku i jego podejściu do sportu opowiedział nam mecenas Andrzej Malicki, były spiker wrocławian.

 

„Synku, ja ci to oko wyleczę, ale idź lepiej na żużel”.

Do tragicznych wydarzeń z udziałem J., o których pierwszy napisał portal WP Sportowe Fakty, miało dojść na początku stycznia. Podczas awantury po „zakrapianym” spotkaniu jeden z jej uczestników spadł ze schodów, a wskutek odniesionych obrażeń poniósł śmierć na miejscu.

– Wobec Krzysztofa J. podjęto decyzję o zastosowaniu tymczasowego, trzymiesięcznego aresztu. Sam zatrzymany usłyszał już zarzut dokonania zabójstwa, z artykułu 148. Kodeksu Karnego. Śledztwo jest aktualnie na etapie wstępnym, oczekujemy chociażby na wyniki badań krwi obu mężczyzn, czy wyniki sekcji zwłok – mówi rzeczniczka Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu, Małgorzata Dziewońska na łamach serwisu tuWroclaw.com.

– To był szok. Znając Krzysztofa, myślę, że to splot jakichś niepowtarzalnych, przykrych okoliczności musiał sprawić, że doszło do takiego zdarzenia. W czasach startów na żużlu to był chłopak życzliwy, koleżeński, wysportowany i zawsze o siebie dbający. On był z tych żużlowców, którzy doskonale rozumieli, ile przygotowanie znaczy w żużlu. Można powiedzieć, że swoją siłą potrafił złamać kierownicę. Wielka szkoda, że pewne okoliczności doprowadziły go do tego miejsca, w którym jest teraz – mówi nam Andrzej Malicki.

51-latek rozpoczynał swoją przygodę ze sportami motorowymi od treningów w sekcji rajdowej wrocławskiej Sparty. Jak wspominał w wywiadzie z naszym portalem, finanse klubu były w takim stanie, że zawodnicy czasem jeździli bez odpowiedniego sprzętu zabezpieczającego. Jeden z takich przejazdów – ze względu na brak gogli – zakończył się urazem oka. Lekarz powiedział wtedy zawodnikowi „Synku, ja ci to oko wyleczę, ale idź lepiej na żużel”.

– On należał do pokolenia Waldka Szuby czy Zbigniewa Lecha. Oni brali też udział w rajdach, trzymali się ze sobą i sobie pomagali. Mogę powiedzieć, że podczas naszego pierwszego spotkania zrobił na mnie wrażenie solidnego i ambitnego człowieka. Krzysztof zawsze cenił dobrą atmosferę w klubie. Dla niego koleżeńskie relacje między członkami zespołu były bardzo ważne. Uważał to za jedną z najistotniejszych kwestii w sporcie. Sam starał się dbać o to, aby w tej Sparcie wszyscy czuli się po prostu dobrze – opowiada były spiker ze Stadionu Olimpijskiego.

Jeździł za darmo. Potem tworzył drużynę z Knudsenem, Śledziem i Baronem

Nim J. zaczął święcić triumfy ze Spartą, przejeździł kilka sezonów w zespole, który o sukcesach mógł tylko pomarzyć. Na spotkania wrocławian przychodziło 150 osób, a sporą część z nich stanowili działacze wchodzący na stadion za darmo. Zupełnie inne czasy nadeszły na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy klub zaczęła wspierać firma Aspro.

– To jeden z tych żużlowców, którzy przeżyli różne czasy wrocławskiego klubu. On w tych gorszych czasach nie raz jeździł za darmo. Jemu też bardziej niż na pieniądzach zależało na tym, aby kibice cieszyli się jego jazdą. Można go zaliczyć do tych zawodników, którzy wraz z klubem z takiej jazdy amatorskiej przeszedł do jazdy profesjonalnej – tłumaczy Malicki.

W 1993 roku wrocławianie wywalczyli pierwsze złoto Drużynowych Mistrzostw Polski. Ten sukces zapoczątkował najlepszy do tej pory okres w historii klubu. Sparta nie schodziła z tronu przez trzy lata. J., choć nie przywoził takich zdobyczy punktowych jak Tommy Knudsen, Dariusz Śledź czy Piotr Baron, też wygrał wiele spotkań dla drużyny.

– Na pewno komercja, a także zamiana zawodów żużlowych w widowisko reklamo nie za bardzo go cieszyły. Jego pasjonowały sport i ściganie. Z czasem te aspekty sportowe zaczęły ustępować przez wymagania widowiska komercyjnego. Mniej się mówiło o żużlowcach, ich życiu i pracy, a o reklamach. Niemniej jednak Krzysztof ostro pracował na te złote lata Sparty. To była też jego bardzo ciężka praca i solidna jazda – podkreśla mecenas.

Punktował w ważnych momentach

– Krzysztof J. był bardzo dobrym żużlowcem, ale przede wszystkim też świetnym kolegą. Często ten jego jeden punkt potrafił decydować o wyniku meczu. To on był kluczowy dla drużyny. Punktował w ważnych momentach i te jego zdobycze często były decydujące. Pamiętam taki jeden mecz wrocławskiej drużyny z Polonią Piła. Walczył wtedy z wyśmienitym żużlowcem – Hansem Nielsenem. Przez trzy okrążenia prowadził, zawzięcie się ścigał, ale upadł – kontynuuje nasz rozmówca – dodaje.

Po zakończeniu kariery zawodnika można było spotkać na stadionie Sparty. Zdecydował się on jednak nie kontynuować żużlowej przygody w roli szkoleniowca czy działacza. Przez pewien czas prowadził firmę, a następnie pracował jako cieśla. Na ten moment ostatnim rozdziałem w historii żużlowca są wspomniane tragiczne wydarzenia z początku stycznia.

– Mieliśmy okazję widywać się podczas spotkań Towarzystwa Miłośników Sportu Motorowego Sparta, które organizował świętej pamięci prezes Korszek. To były spotkania pokoleń. On na nie przychodził i bardzo się cieszył, że coś takiego jest organizowane. Wspomnienia mam z nim bardzo pozytywne. Wierzę, że sprawa się wyjaśni – podsumowuje Andrzej Malicki.