Żużel i muzyka na naszym portalu pojawiały się wspólnie już wielokrotnie. O czarny sport dopytywaliśmy cenionych artystów, a żużlowcy nie raz dzielili się z nami swoimi muzycznymi preferencjami. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia mamy dla Was rozmowę z kimś, kto ma duży wpływ na muzyczne preferencje słuchaczy, rozmawiał z wielkimi gwiazdami, a w żużlu też jest od dawna zakochany. O żużlowej pasji, pierwszych meczach, idolach w świecie speedwaya oraz związkach naszej dyscypliny z muzyką w dużym wywiadzie opowiada Marcin Kusy, Kierownik Redakcji Muzyki i Rozrywki Programu 1 Polskiego Radia.
Nie można zacząć inaczej niż pytania o to, skąd u kierownika redakcji Muzyki i Rozrywki PR1 w kręgu zainteresowań pojawił się żużel. Z tego, co mi wiadomo, to interesujesz się tym sportem i to dość mocno.
Sport ogólnie jest dla mnie bardzo ważny. Ten uprawiany, amatorski i ten, który oglądam. Bez wątpienia to jedna z moich pasji. A żużel? To prawda, to jedna z moich ulubionych dyscyplin. Fascynująca, pełna szczegółów, również tzw. rozgrywek pozastadionowych, słowem duże emocje. Na pierwsze zawody zabrał mnie tata, spodobało mi się, ale nie mogę powiedzieć, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Jak to w życiu bywa, trochę zdecydował przypadek. Na letnim obozie w ówczesnej (jeszcze wtedy) Czechosłowacji, poznałem kolegę Wojtka. Graliśmy w piłkę nożną, siatkówkę i pewnego dnia Wojtek zapytał mnie czy lubię żużel, czy bywam na meczach, etc. Odparłem, że byłem kilka razy, a na to kolega – nie wiem czy wiesz, ale mój tata był żużlowcem Motoru, nazywa się Tadeusz Berej. Prawdę mówiąc nic mi to wtedy nie mówiło, ale Wojtek tak fascynująco opowiadał o tym sporcie, o jego szczegółach. Bardzo szybko dostałem od niego VHSy z nagranymi meczami żużlowymi z Anglii, tak, bym się trochę podciągnął. (śmiech – dop.red.).
Zaczęliśmy też regularnie chodzić razem na mecze, a dzięki panu Tadeuszowi zasiadaliśmy na głównej trybunie. Ależ to była frajda patrzeć z bliska na start, obserwować przygotowanie żużlowców tuż przed biegiem. Słowem, już wtedy byłem absolutnym „ultrasem” speedwaya. To był 1991 rok. Bardzo dobry rok dla lubelskiego żużla. Od wielu lat nie mam kontaktu z Wojtkiem, ale bardzo serdecznie go pozdrawiam, może to przeczyta 😉 Ta miłość do żużla trwała, choć przez lata z różnym natężeniem, ale nigdy nie straciłem z oczu najważniejszych wydarzeń, wyników, zawodników. A kilka lat temu, chcąc kontynuować sztafetę pokoleń, sam zabrałem mojego syna na zawody. Okazało się, że od tego momentu to chyba nasz najważniejszy rodzinny sport – wszyscy lubią, wszyscy kibicują. Mecz Motoru to święto, niezależnie od okoliczności oglądania. Ale prawdę mówiąc śledzimy wszystko, co ze speedwayem związane – ligę, GP, SEC, Złoty Kask, memoriały, etc. I oczywiście transfery, to jest mega ciekawe, kto kogo namówi.
Pamiętasz swoje pierwsze zawody na żywo?
Oczywiście. Tak jak mówiłem, to tata zabrał mnie na lubelski stadion. Pod koniec lat 70-tych i w latach 80-tych chodził na mecze Motoru, a wcześniej mieszkając na Śląsku, również na zawody w tamtym regionie. A mój pierwszy mecz to: Motor – Morawski (Falubaz) Zielona Góra. Wygraliśmy łatwo – 61:29, jeszcze do niedawna miałem gdzieś program zawodów, przepadł chyba w kolejnej przeprowadzce. U nas oczywiście wspaniały Hans Nielsen, ale także Kępa, Adams, Stenka, Śledź. Falubazu tak mocno nie pamiętam, na pewno był legendarny Huszcza, Szymkowiak i zagraniczny zawodnik Nilsen. Łatwo nam poszło, to był pierwszy sezon Motoru w tak silnym składzie. I przede wszystkim Hans Nielsen, w którego dołączenie do Motoru niewielu wierzyło. Powiało wielkim światem. Świetna kultura jazdy, sylwetka, motocykle, dżentelmen speedwaya. Popraw mnie proszę, ale już wtedy był zdaje się trzykrotnym indywidualnym mistrzem świata. Pamiętam w którym miejscu siedzieliśmy, zapach, atmosferę, chociaż stadion nie był wypełniony, bez porównania z ostatnimi latami na Z5.
Którym zatem zespołom i zawodnikom kibicujesz?
Jest ich sporo. Podziwiam żużlowców. Oglądam filmy dokumentalne dotyczące zawodników, ich przeżyć, nierzadko poruszających, wzruszających. Ich determinacja, upór, odwaga, ale też słabsze momenty, to wszystko jest częścią tego sportu. Nawiasem mówiąc chyba każdego zawodowego. Ile w tym prawdziwego życia! I to życia w nieustannej drodze. Sam wchodzę czasem w taki tryb, sporo podróży, hotele, nowe miejsca. Ale ja nie muszę pakować busa po meczu i jechać 1500 km. To uparte skurczybyki – staram się to jakoś ładnie ująć 😉 Jarosław Hampel, Tai Woffinden, Bartosz Zmarzlik, Mikkel Michelsen, Brady Kurtz, choć napsuł w GP krwi Bartkowi, opanowany młodziak, ale już jakże świadomy. Patryk Dudek. Jego odrodzenie, kiedy wielu go przekreśliło. Podobnie było w jednym z sezonów z Hampelem. Fatalny początek rundy podstawowej, a potem w decydujących momentach, totalny szef! Hampel w t-shircie AC/DC, Tai również związany z muzyką, ekscentryczny, szalony. Tu też czuję jakieś związki z tym, co robię. Speedway potrzebuje takich wyrazistych osobowości. Z dawnej załogi, którą także miałem okazję oglądać, na pewno Tomasz Gollob, Hans Nielsen, Greg Hancock. Ale lubię też młodych zdolnych – Przyjemski, Cierniak, Bańbor, Kawczyński, wierzę, że to przyszłość polskiego żużla.

Zawodowo Warszawa, czyli żużel live to Lublin?
Albo GP w Warszawie. Najczęściej jednak Lublin i to wtedy, kiedy czas pozwala. Pamiętaj, że dla radiowca weekend to także normalny dzień pracy, ale bywa, że zabieramy szaliki i jedziemy na mecz. Kibicujemy na całego, dajemy z siebie wszystko. Nie powiem nic nowego, ale żużel najlepiej smakuje na żywo. Kiedy już się tego doświadczy, zawody oglądane w TV też już mogą się podobać. Niemniej, jeśli ktoś dotknął speedwaya tylko w telewizorze, to rozumiem, że może się to wydać nudne, nie wiadomo o co chodzi, czterech facetów skręca w prawo, jedzie w lewo i w ogóle emocje jak na grzybach, bla bla bla. I tak rodzi się ta zła prasa. Dlatego polecam zawsze przyjaciołom, znajomym – idź, spróbuj jak to smakuje na żywo. Widzę tu daleką, ale jednak analogię ze słuchaniem jazzu. Tej muzyki też powinno się najpierw doświadczyć na koncercie, na żywo. To jest zupełnie inny odbiór i wrażenia. A jeśli zaczynamy od płyty, bywa, że ktoś może uznać, że to za trudne, niezrozumiałe, a dla niektórych nudne. Tak bywa.
Co w tym sporcie Cię pociąga? Jeździsz na snowboardzie zatem pewnie będzie to adrenalina.
Chyba jednak ostra rywalizacja, samo ściganie. Lubię prędkość, „odpięte wrotki”, wolność, ale w żużlu chodzi o coś więcej. Masz minutę na przejechanie jak najszybciej czterech okrążeń. Nie ma miejsca na kalkulacje, jakieś wydumane strategie, etc. Albo dobrze przełożysz, strzelisz ze startu i wygrasz, albo nie. Oczywiście jest wcześniejsze przygotowanie, rozpoznanie, strategia już w samych zawodach, wybór pól, etc. Ale później pozostają już tylko cztery błyskawicznie pokonywane okrążenia. Wygrywa najszybszy. Lubię wiele dyscyplin, ale najbardziej te krystalicznie czytelne, gdzie najmniej zależy od sędziów. Dlatego tenis z technologią monitorowania jest dla mnie absolutnym nr 1. Albo piłka jest dobra, albo zła. Nie ma not, ocen, interpretacji, punktów za wiatr czy kombinezon ;). Jest punkt, albo go nie ma. A snowboard, o który pytasz, to piękna rzecz. Lubię się w tej jeździe zatracić, strasznie zmęczyć, czasem aż tak, że nogi odmawiają posłuszeństwa. A nazajutrz znowu – stoki, widoki i my! Monia i Maksio na nartach, ja na desce. Czyli jestem jedynym parapetem w rodzinie 😉
Uprawiasz jeszcze jakieś inne dyscypliny?
Rozmawiasz z byłym piłkarzem, w pewnej chwili nawet zawodowym. Byłem w kadrze drugoligowego wówczas (odpowiednik dzisiejszej 1 ligi) Motoru Lublin. Oczywiście jako młodziak, to był 1994 rok. Trenerem zespołu był Janusz Gałek, asystentem Roman Dębiński, a w zespole Ci, których niedawno oglądałem jako kibic na stadionie w meczach Ekstraklasy: Grzegorz Komor, Mariusz Prokop, Janusz Zych, nieżyjący Mieczysław Pisz, Paweł Holc. Ale to ledwie epizod na tym poziomie, przyszła matura, studia oraz kontuzja, a zaraz potem koniec codziennych treningów, itd. Wcześniej, w drugiej drużynie czy juniorach rozegrałem mnóstwo spotkań ligowych, strzeliłem sporo bramek. Mam świetne wspomnienia, choć jak patrzę na dzisiejszy profesjonalizm w klubach, to wtedy to były ledwie powijaki. Ale i tak było fajnie. A dziś przede wszystkim tenis, który uwielbiam. Gram kiedy mogę, uczę się go cały czas. To świetny, ale technicznie niezwykle trudny sport. Polecam każdemu, kto łatwo komentuje z kanapy nieudane zagrania zawodowców. Na początku samo utrzymanie piłki w korcie, to nie lada wyzwanie. Świetnie przy tym odpoczywam, przede wszystkim muszę się w pełni skoncentrować, inaczej gram „piach”, jak mówi mój syn. Próbowałem biegania, ale kompletnie nie odrywało mnie to od codzienności, w rytm biegu, nadal myślałem o rzeczach, od których choć na 1.5 godziny powinienem odpocząć. Tenis najlepszy. Chodzę na siłownię, zagram też w siatkówkę, lubię tenis stołowy.

Znany jesteś doskonale z Radiowej Jedynki, w której – jak sam powiedziałeś – odkrywasz ze słuchaczami świat muzyki. Gdybyś miał odpowiedzieć na pytanie co łączy muzykę i żużel i czy jest Twoim zdaniem cos co w ogóle cos łączy?
Raczej kto. (śmiech – dop.red.) Żużlowcy, którzy lubią muzykę. A zupełnie poważnie, zapewne trochę analogii by się znalazło, ale nie filozofujmy. To jednak dwa zupełnie inne światy, inne talenty, inne profesje, chyba niewiele zbieżnych punktów. Ale jest jeden najważniejszy – emocje. I jedno i drugie musi je budzić. Jeśli nie ma emocji, to nie ma zainteresowania, pojawia się obojętność, rutyna. Zadajemy sobie pytanie czy iść na mecz, na koncert, skoro niczego dobrego się nie spodziewamy. Nie lubimy przecież słabych widowisk, niezależnie od tego czy to zawody sportowe czy koncert. A z drugiej strony te dwa światy – sportowy i artystyczny się przenikają. Sporo artystów uprawia sport, a gwiazdy sportu bywają na wydarzeniach artystycznych. Widuję choćby naszych słynnych siatkarzy na koncertach. Ale taki sztandarowy przykład połączenia tych dwóch światów, to wspaniały aktor i znakomity piłkarz Marian Łącz. Grał w pierwszej lidze, m.in. w Polonii Warszawa, a jednocześnie w filmie i w teatrze. Był 3-krotnym reprezentantem Polski, a w lidze strzelił ponad 100 goli. Podobno przyjechał kiedyś na przedstawienie prosto z meczu i przez pomyłkę wystąpił na scenie w piłkarskich getrach. Taka anegdota. Grał u Barei, w Misiu, Alternatywach. To on oznajmiał, że „śledzie się pojawiły na Terespolskiej” i że „teraz jest dużo łatwiej, bo jest komputer, który i tak się zawsze pomyli” ;).
Idąc porównaniami dalej Zmarzlik to najlepszy żużlowy wirtuoz ? Gdybyś miał go przyrównać do jakiejś gwiazdy muzyki to kto by to był?
A to już nie lada wyzwanie… Wszechstronność – Prince. Multiinstrumentalista, świetny na każdym polu. Kiedy patrzę na naszego mistrza, który non stop jest przy motocyklu, sam gmera, zmienia, rozmawia, ustala, jest skoncentrowany, ale i multi-zadaniowy. Więc pod tym kątem – Prince na pewno. Na pewno trochę David Bowie, a to ze względu na to, że potrafi poradzić sobie na każdym torze. Kameleon. Wszędzie się odnajdzie, tak jak Bowie – w każdym stylu. A pod względem walki – Stevie Ray Vaughan lub Rory Gallagher. Kiedy grali, to tak, jakby się walił świat, jakby nic innego nie istniało. Tak też jeździ Zmarzlik.
Z gwiazdami estrady i nie tylko spędzasz sporo czasu podczas programów radiowych. Jest ci wiadome, która z nich żywi sympatię do żużla?
Bez wątpienia Piotr Cugowski. Przeżywamy każdy mecz, rozmawiamy, bywa, że jesteśmy razem na meczu, jeśli akurat zgramy terminy. Piotr wie o żużlu bardzo dużo, był i jest blisko lubelskiej drużyny, pasjonuje się ligą. Rozmawiamy o pozameczowych rozgrywkach, przepisach, sędziowaniu, sprzęcie, możliwościach. Cieszymy się, ale bywa, że się pocieszamy, tak jak po ostatnim finale, który oglądaliśmy przy Zygmuntowskich. Słowem, jeśli chodzi o świat artystyczny, to mój największy „żużlowy towarzysz broni”. Na lubelskim stadionie widuję także mojego szkolnego kolegę, a dziś świetnego gitarzystę Andrzeja Bronisza, znanego choćby z Tipsy Train. Bywa Marcin Wójcik z kabaretu Ani Mru Mru. I Krzysztof Cugowski, także śledzi żużlowe poczynania. Z Krzysztofem także rozmawiamy o speedwayu. Kilka lat temu powstał film „Żużel”, według mnie mało udany, ale piosenkę tytułową zaśpiewał Janusz Panasewicz. Ale prawdę mówiąc nie wiem czy jest fanem.

Twoim zdaniem co powinno się zmienić w żużlu, a może w radiu, aby koledzy z redakcji sportowej poświęcali więcej miejsca tej dyscyplinie? Ja pamiętam czasy, kiedy było żużlowe studio S-13?
Wiem o czym mówisz, ale dziś żużel jest ledwie jedną z bardzo wielu dyscyplin. A może nawet nie chodzi o liczbę dyscyplin, ile o ogromną liczbę zawodów, turniejów, rozgrywek i to dotyczy praktycznie każdej dziedziny. Świat sportu także się zmienia, tyle się dzieje, a speedway – choćbyśmy mu nieba przychylili – mimo wszystko pozostaje dyscypliną niszową. Wiem, co powiedzą fani – jeśli tylu ludzi głosuje w rozmaitych plebiscytach na Zmarzlika, to nie może być tylko niszą. Przyjmuję. Ale mimo wszystko śledzenie całego sezonu, ligi, zawodów światowych i europejskich, to już domena największych fanów. Stąd, żużel pozostaje jedną z wielu dyscyplin, o których się mówi. Nie wyrównają się szanse z piłką nożną, siatkówką, itd. Nie mogę też wchodzić w nie swoje buty i nie mogę się autorytatywnie w tej sprawie wypowiedzieć. Decydują inni.
Żużlowe marzenie to?
Wspaniałe wyniki indywidualne i zespołowe polskich zawodników. To jest ponad wszystko. Życzę Bartkowi Zmarzlikowi kolejnych tytułów, chciałbym się cieszyć i być dumnym z Jego kolejnych trofeów. Nie będzie łatwo. Ale wierzę, że Bartek będzie wielkim graczem w kolejnym tourze zawodów. A może inny Polak? Kto wie? Jak już powiedziałem, trzymam kciuki za młodych. Świetny mental, osobowości, jeszcze nieopierzeni, jeszcze gorące głowy, ale widać, że już za chwilę polscy młodzi żużlowcy mogą stać się poważnymi asami w walce o najwyższe laury. Chciałbym, żeby polski żużel się rozwijał, by stał się bardziej masowy, popularny. To świetny sport, bardzo emocjonujący, zasługuje na to.
Co byś zmienił w tej dyscyplinie? Co Cię w niej denerwuje?
Mnóstwo rzeczy. Sędziowanie. Mnogość interpretacji podobnych sytuacji na torze. Ręce mi opadają, nie tylko mi zresztą. Wypacza to wynik, frustruje – zawodników, kibiców. Mówiłem już o tym, że lubię w sporcie klarowne sytuacje. Chciałbym, by żużel stał się „policzalny”, taki do łatwej i sprawiedliwej oceny, a nie od niekończących się „kontrowersji”. Ale może ta nieprzewidywalność, trud oceny, to też jakiś urok i część tego sportu? Druga rzecz – tzw. „straszenie” na starcie, przy taśmie. Dla wyjaśnienia, tuż przed startem tzw. zamarkowanie puszczenia sprzęgła, tak, by inny zawodnik pomylił się i dotknął taśmy. Tanie cwaniactwo. Nie cierpię tego, to jest nieuczciwe do granic możliwości. Karałbym bardzo surowo. Z tego powodu nie przepadam za Lambertem, robi to zbyt często, a i tak uchodzi mu to bardzo często na sucho. Kolejna rzecz – sprzęt i transfery – jestem przeciwnikiem tzw. „równania szans”. Każdy powinien mieć możliwość i wolność organizowania drużyny, ale też przygotowania sprzętowego na dowolnych zasadach. To ważna, autonomiczna część tego sportu. I tak powinno pozostać. Jestem przeciwny – w tak specyficznej dyscyplinie – wprowadzania jednolitych zasad sprzętowych. To jest właśnie clue sprawy – dobrze ustawisz, dobierzesz, wtedy pojedziesz. Po co to zabijać. W tych tajemnicach sprzętowych, silnikowych jest też całe pole interpretacji. To jest piękne, jak fachowcy, sztab, zdecydują, na czym pojechać. Nie odbierajmy tego. I ostatnia rzecz – chciałbym, by polska federacja – w kontekście polskiej – najsilniejszej ligi żużlowej na świecie – miała wymierny, mocno decydujący wpływ na światowy żużel, terminarz, etc. Zasługujemy na to.
To teraz podpytamy zawodowo. Skąd zainteresowanie muzyką i jak zostałeś radiowcem?
Nie wiem czy ktoś da radę przeczytać całość. Ale postaram się skrócić do niezbędnej postaci. To w dużej mierze zasługa mojej ówczesnej dziewczyny, a dziś żony Moni. Już kiedyś to opowiedziałem – kiedy kolejny raz mówiłem o wielkości artystów, wspaniałych albumach, ciekawostkach, Monia spytała czy naprawdę tylko ona musi tego wszystkiego słuchać? „To ciekawe, może inni też powinni usłyszeć jak opowiadasz…” W 1998 r. trafiłem do audycji w studenckim radiu, gdzie słuchacze przychodzą ze swoimi „winylami” i opowiadają o nich pod kuratelą profesjonalnego prowadzącego. Przyniosłem Purpli i McCartneya, prowadzącym był Radek Skiert, a wszystko działo się w lubelskim Radiu Centrum. Potem brałem udział w licznych konkursach wiedzowych, powiem nieskromnie – dalekich od zwykłego wysłania smsów. Po prostu trzeba było coś wiedzieć, by wygrać . Nagród na mym koncie było sporo. Śmieję się do dziś, że chyba łatwiej i taniej było to przerwać i mnie zatrudnić, niż fundować kolejne nagrody 😉 A poważnie, na początku, brakowało mi warsztatu, obycia. Miałem dużo zapału, wiedzy, fascynacji radiem, ale wiem też, że nie przychodziło to od razu łatwo, wykonałem ogromną pracę, by stawać się w tym zawodzie coraz lepszym, komunikatywnym. Jak poprawić brzmienie, artykulację, właściwie wykorzystać głos… Muszę tu podkreślić rolę mojej żony Moni, ponieważ na różnych radiowych i pozaradiowych etapach (bo takie też się zdarzały), to ona wierzyła we mnie bardziej, niż ja sam. Przekonywała, że muszę iść tą drogą, a to w naszej sytuacji bywało czasem dość irracjonalne, ale z jakichś powodów, ona to robiła. Bardzo Jej za to dziękuję. Bardzo wiele Jej zawdzięczam, m.in. to w jakim miejscu jestem, to w dużej mierze jej zasługa – jej nieustępliwości i ogromnej wiary w moje możliwości.

Największa wpadka radiowa?
Nie było ich wiele. Raczej momenty tzw. ugotowania. Tak, to się zdarzało, zwłaszcza podczas radiowych poranków, bo i te przez wiele lat grałem. To jest jeszcze inna radiowa tajemnica, codzienne wstawanie o 3:30, 4:00, by od 6.00 w pełnym rynsztunku prowadzić program. I tak codziennie, przez wiele lat. Tak było w moim przypadku. Mózg funkcjonuje zupełnie inaczej, czasem nieszablonowo, pod prąd. Łatwo wtedy o lapsus, przejęzyczenie i pewnie trochę się takich rzeczy zdarzyło. Ale największa wpadka to jednak początki – do kin wchodził film „Operacja Samum” Pasikowskiego, nie wiem co spowodowało, że na antenie powiedziałem, że zapraszamy do kin na film „Uwolnić Samuna” 😉
Największa w Twoim odczuciu gwiazda, z którą miałeś przyjemność obcować?
Nie prowadzę takich rankingów, po prostu cieszę się, że mam możliwość spotkania z naprawdę niezwykłymi ludźmi z polskiej i światowej sceny. Nie muszę daleko szukać, pracuję na co dzień w redakcji z Marią Szabłowską i Pawłem Sztompke – to dopiero są gwiazdy, legendy radia! To przywilej, ogromna radość i zaszczyt. Bardzo to doceniam. Miałem okazję rozmawiać z chyba całą polską czołówką, każde z tych spotkań było ważne, każde jakoś wzbogaca. Do każdej rozmowy podchodzę z ogromną ciekawością, mimo że punktem wyjścia jest zazwyczaj singiel lub płyta. Lubię rozmawiać z Edytą Bartosiewicz, nigdy nie wiadomo jak potoczy się ten wywiad. Nawet niedawno, podczas urodzin Jedynki doprowadziliśmy do antenowego spotkania Edyty i Ireny Santor – Panie po raz pierwszy miały okazje porozmawiać, świetny moment. Kuba Badach jest doskonałym rozmówcą, zawsze jest mnóstwo dygresji i dowcipu. Wyjątkowe miejsce zajmuje Zbyszek Wodecki, którego wspominam zawsze bardzo czule, był niezwykłą osobowością, podczas rozmowy był strasznie niepoukładany, chciał wszystko powiedzieć, na każdy temat, dygresja goniła dygresję, anegdota anegdotę, ale to było wyjątkowo urocze.
Rockowe rozmowy bardzo lubię – Kazik Staszewski, Muniek, Tomek Organek, „Grabaż” Grabowski, Piotr Rogucki. Lubię spotkania z Cugowskimi, Markiem Dutkiewiczem, Tymonem Tymańskim, Jankiem Młynarskim. Bardzo sobie cenię spotkania z absolutnymi legendami, jako młody dziennikarz miałem okazję przeprowadzić wywiad z Januszem Gajosem, Ewą Wiśniewską, Janem Fryczem – to tak z innej, niemuzycznej bajki. Cudowne rozmowy z legendami jazzowymi – Ulą Dudziak, Andrzejem Dąbrowskim, Włodzimierzem Nahornym, Czesławem Bartkowskim, Michałem Urbaniakiem, Krzysiem Ścierańskim, Leszkiem Możdżerem… Kolejny wielki to Andrzej Korzyński – mój ulubiony kompozytor muzyki filmowej, twórca Akademii Pana Kleksa, Franka Kimono, cudownych tematów filmowych, wielkich hitów. Czekałem na każde spotkanie z Andrzejem, na jego opowieści, podarował mi wiele niepublikowanych nagrań, bardzo się lubiliśmy. Bardzo dużo tych pięknych ludzi, wspaniałych artystów. Były też sytuacje, które zaskakiwały – pierwszy wywiad z Krzysztofem Krawczykiem – „Jestem Krzysiek, pytaj o co chcesz, nie ma tematów tabu” – zamarłem wtedy 😉 Ale to były świetne rozmowy, bardzo prawdziwe. Bardzo przeżywałem spotkanie ze Stewartem Copelandem (perkusista The Police) i Adrianem Belew (King Crimson, Talking Heads, Frank Zappa, David Bowie) – dla mnie absolutni bohaterowie, okazali się życzliwymi, znakomitymi rozmówcami. Wielu z nich już nie ma z nami, tym bardziej dziękuję, że było mi dane z nimi rozmawiać, a z niektórymi nawet się trochę zakumplować. Jestem szczęściarzem, wierzę, że wiele takich spotkań jeszcze przede mną.
Czemu Polacy kochają stare hity lata, czyli lata 80. – 90., a mniej obecnie powstającą muzykę? Podobnie jak w żużlu.
Nie wiem czy możemy zaryzykować takie stwierdzenie. Nowej muzyki jest przede wszystkim bardzo dużo, wybór jest przeogromny, zdecydowanie przekraczający możliwości naszej percepcji, czasu, etc. Dlatego warto wybierać mądrze 😉 Jestem daleki od takich passusów – kiedyś to było, a teraz to nie ma… Żyjemy w tzw. retromanii jak pisał Reynolds. Przetwarzamy, powtarzamy, lubimy dawne mody, trendy przerabiać, zmieniać, ale jednak się na nich opierać. Stąd w dzisiejszej muzyce słychać tak wiele wpływów 80’s i 90’s. Ale tak było zawsze – bez funkowych i soulowych mistrzów nie byłoby Red Hotów i Amy Winehouse. Bez Black Sabbath, nie powstałby grunge i stoner rock, a bez odwagi Elvisa i talentu Beatlesów, muzyka pop wyglądałaby zupełnie inaczej. Upraszczam oczywiście, bo to nie miejsce na teoretyzowanie, ale mimo wszystko działamy na zasadach sentymentów, lubimy to, co już gdzieś słyszeliśmy. Możemy się uśmiechać do tych myśli inżyniera Mamonia, ale tak jest. Poza tym, to co słyszeliśmy w dzieciństwie, młodości, przeważnie bardzo dobrze nam się kojarzy, trochę nawet czasem zakrzywiamy rzeczywistość, nie widzimy już ostro tamtych czasów, ale dźwięki pozostają. A żużel? Jest bardzo romantyczny… Trochę retro, momentami taki oldfashioned 😉

To może na koniec taki żużlowy Challenge. My zapraszamy Czytelników do słuchania radiowej Jedynki o danej porze, a Ty obiecujesz, że w znany sobie tylko sposób przemycisz watek żużlowy.
To może umówmy się na niedzielę, 4 stycznia 2026. Audycja Na Dwa Głosy od 14.00 do 16.00. Obiecuję, że niezależnie od tematu, który podejmiemy w audycji, na pewno pojawi się żużlowy wątek.
Zatem jesteśmy umówieni, dziękuję za rozmowę.
To ja dziękuję za zaproszenie, pozdrawiam wszystkich fanów dobrej muzyki oraz speedwaya i oczywiście szczególnie czytelników i widzów serwisu Po Bandzie.
Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA









Żużel. Nicki Pedersen jak… Cristiano Ronaldo?! Wymowny wpis Speedway Kraków!
Żużel. Wielka rewolucja na stadionie Unii Leszno? Jest plan, będzie… dach?
Żużel. Polonia Piła chce kolejnej sensacji! Lider mówi o ucieraniu nosa! (WYWIAD)
Żużel. Włókniarz wybrał kapitana! Postawili na „młodego”!
Żużel. Wyprzedzili wszystkich! Zorganizują pierwsze zawody w Polsce!
Żużel. Motocykl żużlowy… wolny dla Zmarzlika? Mistrz zaskakuje!