Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Stanisław Rurarz to prawdziwa legenda polskiego żużla. W swoim życiu doświadczył wielu pozytywnych, ale również niestety traumatycznych przeżyć. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku był jednym z najlepszych polskich zawodników, a po zakończeniu kariery doskonale sprawdził się również jako biznesmen. To on jako pierwszy prowadził autoryzowany salon Opla w Częstochowie.

 

Stanisław Rurarz urodził się w 1936 roku. Należy do pokolenia, którego wczesne dzieciństwo przypadło na okres wojny. Przeżycia z II wojny światowej towarzyszą mu w pewnym stopniu do dziś. Rodzice byłego zawodnika służyli w partyzanckim oddziale Waldemara Szwieca ps. „Robot” walczącym na kielecczyźnie. Działalność najbliższych w partyzantce miała wpływ również na powojenne losy całej rodziny. Kto wie, czy Stanisław Rurarz zostałby żużlowcem, gdyby nie jeden niemiecki żołnierz, który – jak się okazało w kluczowym momencie – pokazał, że ma serce.

– Z racji działalności rodziców partyzanci pojawiali się w naszym domu. Pewnej październikowej nocy 1943 roku nocował w naszym domu praktycznie cały oddział. Brakowało miejsca. Mama dała mi i braciom – Heńkowi oraz Jurkowiręczniki i wysłała nas do domu naszej ciotki oddalonego o jakieś dwa kilometry od naszego. Później dołączyli do nas rodzice z pozostałymi partyzantami, którzy nie zmieścili się w naszym domu. Nad ranem całą wioskę nagle otoczyli Niemcy. Obława. Zaczęli palić domy. Partyzanci próbowali uciekać do lasu. Nie wszystkim się to niestety udało. Wielu z nich „kosił” ogień karabinów maszynowych. Niemcy oczywiście weszli też do domu, w którym my przebywaliśmy. Na szczęście przedtem ojciec wraz z paroma innymi partyzantami zdążył uciec. Mama poszła jeszcze sprawdzić, czy nic podejrzanego u góry, gdzie spali, nie zostało. Pamiętam, że zdążyła wrzucić granat i pistolet do popielnika i krótko po tym do domu weszli Niemcy. Zaczęli przeszukiwanie. W jednej z szaf wisiał mundur wojskowy ojca, a obok niego stał worek z cukrem. W pewnym momencie Niemiec otworzył szafę, spojrzał na mamę i szafę zamknął. Cofnął też od niej drugiego Niemca, który wraz z nim przeszukiwał pomieszczenie. Opuścili dom. Można uczciwe powiedzieć, że trafił się nam wtedy dobry Niemiec, który miał serce i uratował pewnie nam wszystkim życie. Przy nas rozstrzeliwano ludzi i palono domy. Nasz dom został przez Niemców całkowicie rozebrany, ponieważ szukano w nim dokumentów oraz zdjęć dotyczących działalności partyzantów. W naszym domu bowiem często zatrzymywał się groźny dla Niemców oddział „Ponurego”. Ten dzień to był horror. Niemcy jedną z dziewczyn wrzucili do podpalonego domu, w którym zamknięto jej matkę, a córka za nią rozpaczała. Dom po domu polewali benzyną z kanistrów i podpalali. Do dziś w miejscowości jest pomnik upamiętniający tamte tragiczne wydarzenia. Zginęło wtedy wiele osób. Wyprowadzony z lasu i rozstrzelany został mój wujek. Jak się po czasie okazało, miejsce postoju partyzantów doniósł Niemcom wtedy jeden z członków oddziału, Jerzy Wojnowski ps. „Motor”. To on naprowadził Niemców na oddział. Podczas przemieszczania się oddziału szedł w tyle, rozrzucał różne rzeczy i tym sposobem znaczył wrogom drogę, jaką podążali partyzanci. Po paru miesiącach został skutecznie zlikwidowany za zdradę przez partyzantów – wspomina Rurarz. 

Po obławie Niemców i rozbiciu oddziału wkrótce uformowany został nowy oddział, któremu dowodził Antoni Heda ps. „ Szary”. To jego członkowie zasłynęli później ze zdobycia w miejscowości Końskie więzienia, w którym przebywały osoby oskarżone przez ówczesne władze o działalność wywrotową. W oddziale ponownie aktywni byli rodzice zawodnika Włókniarza, a ich dzieci przez niemal dwa lata przebywały pod opieką zaprzyjaźnionych rodzin. Po zakończeniu wojny rodzina Rurarzów przeniosła się do Kłodawy. Ojciec, Franciszek został leśniczym. Nowego, spokojnego życia nie zaczął. Niedługo po przybyciu do Kłodawy trafił do więzienia, a Stanisław jako bardzo młody chłopak musiał zacząć pracę, aby pomóc rodzinie.

– Po wojnie ojciec ujawnił się z kolegami. Złożył broń, ale jak się okazało, niecałą. Reszta została zamurowana w ścianie u brata mojej mamy w stodole. Jedna z osób, która wcześniej była w oddziale partyzanckim „wywąchała” jednak skrytkę i zadenuncjowała ją odpowiednim służbom. Po wojnie osoba ta „przeszła” na drugą stronę. Ojciec został wkrótce aresztowany. Ciotka wysłała telegram tacie, z którego jasno wynikało co się stało. Jego treść była mniej więcej taka: „Była wielka burza, stodołę obaliło”. Odbiorcom skutecznie przekazano to, co się stało. Zamknięto wtedy wielu partyzantów. Jeden z kolegów ojca parę lat chował się po cmentarzach. Innych dwóch rozstrzelano. Ojciec natomiast został skazany na karę śmierci. Później zmieniono wyrok na piętnaście lat więzienia, co uznaliśmy za wielkie szczęście. Ojca zobaczyłem ponownie w 1955 roku. Ja z kolei chyba w wieku dwunastu, trzynastu lat zacząłem pracę. Pracowałem w elektrowni w Gorzowie. Po noszeniu worków z wapnem mam pamiątkę do dziś. Wypaliło mi ono bowiem przegrodę nosową. Pracę godziłem z nauką. W szkole łatwo też mi nie było, ponieważ „przeszłość” kroczyła za nami. Przezywano mnie synem bandyty. Wieść o zamknięciu ojca szybko się bowiem rozniosła.  Rówieśnicy się przekomarzali i mówili: „Od ognia, wojny i rodziny Rurarzów zachowaj nas Panie”. Te młodzieńcze lata nie były dla mnie, jako młodego chłopaka łatwe. Piętno syna bandyty w jakiś sposób ciążyło – opowiada nasz rozmówca.

W pewnym momencie w życiu Stanisława Rurarza pojawiły się motocykle i, co za tym idzie, żużel, z którym związał się na wiele lat. To ten sport okazał się skutecznym antidotum na traumatyczne przeżycia z młodości. 

– Jak mieszkaliśmy już w Kłodawie, to oczywiście jeździliśmy rowerami na żużel do Gorzowa. Do dziś pamiętam, że startował wtedy Cichocki. W pewnym momencie zostałem oddelegowany do pracy w zakładach mechanicznych Ursus, gdzie funkcjonował odłam klubu z Ostrowa Wielkopolskiego, który potem został przeniesiony do Świętochłowic. Ja przeniosłem się tam dzięki wstawiennictwu m.in. Tadeusza Stercla. Pamiętam, że na jednym z pierwszych treningów na Śląsku upadłem i świętej pamięci Nawrocki był przekonany, że nie wrócę już więcej na tor. Ze szpitala wyszedłem po paru dniach i pojechałem na mecz do Bydgoszczy, gdzie nieźle zapunktowałem. Przez parę sezonów startowałem w Świętochłowicach, gdzie łatwo też nie było, bo żużel łączyło się z normalną pracą na walcowni w hucie Florian. Temperatura była tam bardzo wysoka i nie była to bezpieczna praca. Pracowało się po szesnaście, siedemnaście godzin, ale dawałem radę. Zostałem wybrany przodownikiem pracy i otrzymałem Wartburga, co jak na tamte czasy było luksusem. Dopiero jak zacząłem coraz lepiej jeździć, to stworzono mi lepsze warunki pracy. Widocznie uznano, że moja jazda może być dla klubu przydatna. Zabawnych zdarzeń nie brakowało. Pamiętam, że raz jechaliśmy na mecz do Rzeszowa. Kierował nie kto inny, jak Nawrocki. Gdzieś pod Tarnowem przejechał kurę. Zatrzymał samochód, wziął kurę, a do niego zaczął biec chłop z widłami. Nieźle wtedy nas ten człowiek pogonił. Innym razem zabrakło nam w samochodzie benzyny. Jeden z chłopaków wlał do baku metanol, który mieliśmy ze sobą. Gdyby Pan widział, z jaką prędkością odleciał tłumik w momencie, gdy metanol doszedł do silnika – mówi Rurarz. 

Rurarz z roku na rok na torze w Świętochłowicach spisywał się coraz lepiej. W sezonie 1958 był praktycznie liderem zespołu. Jego pozycja w drużynie nie była na rękę innej ówczesnej gwieździe, Pawłowi Waloszkowi.

– Pawła od pewnego momentu coś „gryzło”, a ja po prostu robiłem swoje na torze. Ja robiłem wyniki, a ich, miejscowych, po prostu szlag trafiał. Jak w końcu odszedłem z klubu, to myślę, że specjalnie po złości zgłoszono mnie do prokuratora. Zarzucono mi, że ukradłem motocykl i sprzedałem go do Tarnowa – kontynuuje były zawodnik. 

Po sezonie 1958 po doskonale spisującego się Rurarza sięgnąć chciał klub z Bydgoszczy. Zawodnik podpisał umowę, ale ostatecznie barw Bydgoszczy nigdy jednak nie bronił.

– Przyjechał do mnie Lampka, kierownik zespołu. Podpisałem umowę. Krótko potem przyjechali jednak do mnie działacze Częstochowy, którzy mieli moją kartę zawodniczą, ponieważ dogadali się już ze Świętochłowicami. Było trochę nieporozumień wokół zmiany klubu, ale ostateczne trafiłem do Częstochowy. Bydgoszcz jakoś ostatecznie dogadała się z Częstochową. Ostatecznym argumentem był ponoć fakt, że miałem kartę śląskiego okręgu motorowego i mogłem tak naprawdę startować w Częstochowie, Świętochłowicach lub Rybniku. Gdzieś tam nawet była historia, że Bydgoszcz szantażowała rywali w walce o moją osobę pistoletem. Ostatecznie go nie użyto – wspomina ze śmiechem Rurarz. 

W Częstochowie żużlowiec startował nieprzerwanie do 1971 roku. Mało kto jednak wie, że jego przygoda z Włókniarzem mogła zakończyć się już po roku. 

– Najpierw mieszkałem u Stefana Kwoczały. Fajny chłopak, ale mocno dokuczliwi byli z kolei jego siostra i szwagier. Tak mnie „spowiadali” z życia dnia codziennego, że szybko wyprowadziłem się do mieszkania księgowego z klubu. W końcu się zdenerwowałem i powiedziałem w klubie, że albo dostanę samodzielne mieszkanie, albo odchodzę z Częstochowy. Wtedy w pierwszym roku moich startów zdobyliśmy mistrzostwo kraju. Ja dostałem tytuł Sportowca Roku, więc postawiłem sprawę na ostrzu noża. Po dwóch dniach wezwano mnie do Urzędu Miasta i przyznano mi dwupokojowe mieszkanie. Z tym księgowym, u którego mieszkałem wiąże się też inna, ciekawa historia. Był to bardzo w porządku człowiek, a został aresztowany, ponieważ w czasie wojny jako Ślązak został na siłę wcielony do Wehrmachtu. Po wyjściu z więzienia chyba się tego wstydził i gdzieś wyjechał – opowiada. 

 

W swojej karierze bohater tekstu przez wiele lat był członkiem kadry reprezentacji Polski.Samo bycie powołanym do kadry to już był wielki zaszczyt. Paru chłopaków się bliżej poznało. Marian Rose to był człowiek nie do rozszyfrowania. Nigdy nie było wiadomo, co tak naprawdę sobie myśli. Najbliżej trzymałem się chyba z Mieciem Połukardem. Pamiętam, że raz na zgrupowaniu w Kudowie była z Mieciem chyba urodzinowa balanga. Takie mu przyjęcie wtedy zrobiliśmy, że aż się wzruszył. Pamiętam, że powiedział wtedy, że Chruszczowa tak nie witano i goszczono jak my jego. Raz udaliśmy się do Kadijewki w Rosji. W tamtą stronę polecieliśmy samolotem. Po zawodach była „impreza”. Nie ukrywam, że trochę popiliśmy. Był Benek Kacperak, a on potrafił się bawić. W pewnym momencie zaczął tańczyć z merem miasta. Krótko potem zabrano go za to na komisariat. Po ostrym tłumaczeniu, że to była zabawa, Kacperaka puścili wolno. Mieliśmy wracać do Polski, ale w kółko padało i nie było możliwości powrotu samolotem. Zapakowano nas po paru dniach  w samochody i zawieziono do wodolotu na Wołdze. Nim odbyliśmy część drogi, a potem przesiadaliśmy się w kukuruźnik i dopiero w samolot, którym ostatecznie wróciliśmy do Polski. Na tym wodolocie szampana nie brakowało. Zresztą Rosjanie przy każdej okazji uwielbiali kosztowanie tego trunku. Nierzadko po jakichś zawodach „szła” skrzynka szampana – zdradza Rurarz

Na arenie międzynarodowej zawodnik wielkiej kariery nigdy nie zrobił. Najdalej dotarł w 1967 roku, kiedy w Londynie zajął dziewiąte miejsce w Finale Kontynentalnym. Sześciokrotnie wystąpił natomiast w finale indywidualnych mistrzostw Polski. Najwyższą lokatę zajął w 1969 roku, kiedy zakończył zmagania na piątej pozycji. Ligowcem jednak był znakomitym i do dziś jest uznawany za jedną z legend częstochowskiego klubu. 

Przeszłość ojca rzucała również cień na życie Stanisława Rurarza. W pewnym momencie został oskarżony o szpiegostwo.W latach 80. byłem na „celowniku” służb. Szukano na mnie argumentów i ostatecznie oskarżono o szpiegostwo. Mój warsztat „przeżył” wiele rewizji i prowokacji. Raz pewnie człowiek UB zaproponował mi kupno oleju. Nieświadomie kupiłem i po chwili była u mnie milicja. Innym razem miałem problemy, ponieważ ponoć kupiłem za dużo części do samochodów. Nigdy nic nie podpisywałem, a mimo tego moje nazwisko widniało na liście współpracowników. Z nikim nie współpracowałem , wie to każdy, kto zna mnie i mój charakter – mówi Rurarz. Z biegiem lat jego warsztat przerodził się w doskonale prosperujący, autoryzowany salon Opla, a założycielowi umożliwił wspieranie ukochanego klubu. 

Na torze w Częstochowie mógł podziwiać Ove Fundina, Barry’ego Briggsa czy Ivana Maugera. Dwaj ostatni musieli uznać jego wyższość. – Pokonałem ich chyba w parze z Wiktorem Jastrzębskim. Nie patrzyło się, z kim się startuje, tylko człowiek chciał jechać jak najlepiej. Pamiętam, że jak przyjechał Fundin, to nie miał motocykla i dano mu ten teoretycznie najgorszy. Fundin wsiadł na niego i wszystkich „lał” na torze. Później wszyscy się o ten motocykl „zabijali” – wspomina nasz rozmówca. 

We wrześniu 1961 roku, na skutek odniesionych na torze obrażeń podczas meczu z bydgoską Polonią, zmarł Bronisław Idzikowski. – Bronek to był bardzo w porządku człowiek. To było nieszczęśliwe zdarzenie. Długo nie mogliśmy się po tym wypadku pozbierać. Bronek był bardzo pracowity. Trenował i pracował. Miał, o ile pamiętam, na utrzymaniu swoich braci – mówi były reprezentant Polski. 

Oficjalną karierę Stanisław Rurarz zakończył w 1971 roku. Jak sam mówi, mógł ścigać się na żużlu dłużej, ale podjął decyzję, której nie żałuje.  – Akurat w 1970 roku urodziły się dzieci. Rok później oficjalnie odszedłem z żużla jako zawodnik. Miałem propozycje trenowania zespołów, ale z nich nie skorzystałem. Przez parę lat kręciłem się koło żużla mniej lub bardziej. Żużel i Włókniarz będzie bliski mojemu sercu – podsumowuje Stanisław Rurarz. 

ŁUKASZ MALAKA, współpraca MARCIN KOZDRAŚ

PS. Stanisław Rurarz po latach spotkał osobę, przez którą ojciec trafił do więzienia. Jak sam jednak przyznaje: – Od sprawiedliwości jest Bóg. Ja jestem dumny, że rodzice walczyli o wolną Polskę.