Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle punktów po dwóch turniejach IMP mają Bartosz Zmarzlik oraz Dominik Kubera

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów po dwóch turniejach IMP mają Bartosz Zmarzlik oraz Dominik Kubera
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W latach 70. był żużlowcem gorzowskiej Stali. Od blisko trzech dekad zajmuje się żużlową trenerką. O byłych czasach oraz specyfice pracy szkoleniowca rozmawiamy ze Stanisławem Chomskim, obecnym opiekunem żółto-niebieskich.

 

Panie Stanisławie, przypomina Pan sobie swój pierwszy raz na żużlu?

Pamiętam tyle, że jak miałem cztery, może pięć lat, to na żużel zabrał mnie tata wraz ze swoimi braćmi. Co ciekawe, zawody te były połączone wówczas z zawodami hippicznymi. Później byłem już tak „na poważnie” na żużlu jak miałem siedem czy osiem lat. Najbardziej utkwiły mi w pamięci jednak zawody, kiedy Stal Gorzów po raz pierwszy wygrała mistrzostwo Polski. Był jeszcze taki bardzo charakterystyczny mecz z Poole Pirates. Nie jestem pewien, ale był to jeden z pierwszych meczów rozgrywanych przy świetle elektrycznym. Taką funkcję pełniły wówczas specjalne latarnie. Można powiedzieć, że to był już żużel na światowym poziomie, bo jednak Anglia była wtedy „centralą” tego sportu. Pamiętam, że jak się wtedy chodziło na żużel, to już dwie godziny przed meczem nie było wolnego miejsca na stadionie. Ja jeszcze kojarzę też takie zawody, kiedy przyjeżdżał Związek Radziecki, a raczej ich zawodnicy. Ich motocykle były przywożone ciężarowym Ziłem. To był zupełnie inny żużel, aniżeli ten dzisiejszy. 

Większość kibiców kojarzy Pana jako trenera. Mało młodych czytelników wie, że Stanisław Chomski był żużlowcem, który swoją licencję zdał w 1974 roku ubiegłego wieku. Sukcesy święciła wtedy polska piłka nożna. Nie ciągnęło Pana bardziej do tego sportu?

Wtedy faktycznie wszyscy chłopcy na podwórku grali głównie w piłkę. Mnie bardziej ciągnęło jednak do rowerów czy właśnie do motocykli. Ktoś miał na podwórku motocykl, to się go „ujeżdżało” i bawiło w żużlowca. Pamiętam, że ja wtedy chciałem być nikim innym a Andrzejem Pogorzelskim. Andrzej był dżentelmenem na torze i doskonale jeździł technicznie. On w tamtych czasach jeździł Oplem Rekordem i to miało w sobie coś niesamowitego, można powiedzieć, że dla młodego chłopaka magicznego. Nie ma co ukrywać, że Andrzej mi jako młodemu chłopakowi imponował. 

Jak Pan wspomina swoją karierę na żużlu?

Z tą karierą to Pan mocno przesadził (śmiech – dop.red.). Z całego naboru, który miał wówczas ponad dwustu chętnych licencję zawodniczą zdałem ostatecznie tylko ja i August Swadowski. Obydwaj żadnej wielkiej kariery nie zrobiliśmy. Wtedy drużyna Gorzowa była niczym sernik z rodzynkami naszpikowana gwiazdami i naprawdę ciężko było przebić się do składu. Gorzów w moich zawodniczych czasach miał niesamowicie silny zespół. Dla kogoś, kto zaczynał to były trudne czasy, aby się przebić, ale też powiem Panu, że nikt nie myślał również, aby iść z tego względu do innego klubu, gdzie o jazdę byłoby łatwiej. Pamiętam, że jak miałem chyba z osiemnaście lat, to był temat Tarnowa, ale ja – pomimo że wiedziałem jak ciężko jest w Gorzowie – nie wyobrażałem sobie opuszczenia Stali i startowania dla innego klubu. Podczas towarzyskiego meczu ze szwedzką Vetlandą odniosłem kontuzję ręki, która bardzo długo się goiła. Ja z biegiem lat zacząłem weryfikować również swoje marzenia sportowe. Wiedziałem, że wiele już raczej nie osiągnę, mistrzem świata – o czym marzy każdy kto zaczyna żużel – nie będę. Tym samym po skończeniu studiów na AWF powoli nadszedł czas na zmiany. 

Otrzymał Pan, o ile się nie mylę, propozycję zostania asystentem Ryszarda Nieścieruka w Grudziądzu. 

Dokładnie tak. Ryszard zaproponował mi posadę drugiego trenera i z niej skorzystałem. Mogłem tam wprawdzie również  kontynuować swoją przygodę jako zawodnik, ale postanowiłem definitywnie powiedzieć dość. W tamtych czasach w niższej lidze jeździło się ostro. Fair, ale ostro. Jak zawodnicy mieli ze sobą jakieś „porachunki”, to kończyli je na torze, a nie poza nim. Skończyłem zatem epizod żużlowy jako zawodnik i zacząłem swoją przygodę po drugiej stronie jako trener. 

Jest Pan dziś uznawany za jednego z najlepszych trenerów o wieloletnim stażu. Ma jakieś znaczenie to, czy trener startował w przeszłości na żużlu?

Wydaje mi się, że tak. Nic nie zastąpi bowiem tego, co czuje się podczas jazdy na motocyklu. Jeśli trener zna to sam z autopsji, to zdecydowanie łatwiej jest mu pewne rzeczy przekazać zawodnikowi. Myślę, że to nie dotyczy tylko samego żużla, ale wszystkich dyscyplin sportu. Nigdy do zawodnika nie może równać się trener, który sam pewnych rzeczy na własnej skórze nie doświadczył. Bez znaczenia jest to czy trener był w przeszłości świetnym czy mizernym zawodnikiem danej dyscypliny. Najważniejsze, żeby wiedział z czym się „je” to. co przekazuje zawodnikowi. 

Nie jest dzisiaj tak, że zawodnicy bardziej szanują w parkingu właśnie tych trenerów czy menadżerów, którzy sami  jeździli na żużlu?

Trudne pytanie, aby na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Na pewno nie jest to najważniejszy element, aby mieć autorytet u zawodnika. Zawodnicy to są indywidualiści i w parkingu muszą być ustalone jasne zasady gry. To jest najważniejsze i o tym musi Pan wiedzieć. Bez autorytetu jako szkoleniowiec daleko się „nie zajedzie”. To jest chyba jedyny sport, gdzie zawodnik, jadąc na zawody sportowe, jedzie już z „bagażem” poniesionych wydatków. Wiadomo zatem, że każdy z nich chce jechać i zarabiać. Okazuje się jednak czasami, że zawodnik nie jedzie, nie zarabia. Rolą menadżera czy trenera jest, aby wtedy dotrzeć i pomóc zawodnikowi. Wszystko utrzymać w „ryzach”. Trzeba niekiedy naprawdę dobrze to wszystko układać, aby wszystko stanowiło pełen monolit. Zawodnicy to są tylko zwykli ludzie. W sytuacjach kryzysowych musi być zawsze znalezione wyjście. Rola opiekuna zespołu nie jest zatem łatwa. Jeśli jednak zawodnicy czują wsparcie u trenera i ma on u nich szacunek, autorytet, to można sobie w tym zawodzie nieźle poradzić. Najważniejsze uważam jest też to, aby zawsze dotrzymywać słowa, które daje się zawodnikowi. 

Po blisko trzydziestu latach „trenerki” jest Pan w stanie po trzech, czterech okrążeniach młodego adepta na torze stwierdzić czy ma on smykałkę do żużla?

Na pewno są tacy zawodnicy jak Bartek Zmarzlik, Paweł Hlib czy Jarek Hampel, gdzie naprawdę błyskawicznie dało się poznać, że mają duży talent do tego, aby być bardzo dobrymi żużlowcami.  Są jednak też zawodnicy, którzy do dobrego poziomu dochodzą swoją mozolną pracą i systematycznością. Nie jest tak, że dobrymi zawodnikami w żużlu są tylko „samorodne”  talenty. Zresztą powiem Panu inaczej. Obojętnie jaki zawodnik miałby talent, to i tak wszystko musi być u niego poparte systematyczną pracą. Bez tego wielkich sukcesów się nigdy nie osiągnie. 

Który z Pana podopiecznych nie miał wielkiego talentu, a całkiem daleko zaszedł w swojej karierze żużlowej?

Myślę, że jednym z takich zawodników był na pewno nie kto inny jak Piotrek Paluch. Piotrek miał to „coś”, ale nie było to na takim poziomie, że sprawiało jakiś niesamowity efekt. Piotrek resztę do tego „czegoś”, o którym mówię, poparł swoją pracą i był doskonałym zawodnikiem. Podobnie było choćby z Jarosławem Gałą czy z Jarkiem Łukaszewskim, który trzy razy podchodził do licencji. Dziś możemy dywagować w podobnym wymiarze na temat Wiktora Jasińskiego, który późno trafił do żużla.  Czy miał talent do żużla? Czy zaczął robić wynik na żużlu, bo był doskonały na crossie? Talentów jest sporo, ale takie supertalenty ze swojej pracy trenerskiej to policzę na palcach jednej ręki. To najlepiej zatem pokazuje, że poprzez ciężką pracę można zostać dobrym zawodnikiem. 

W swojej karierze trenerskiej miał Pan również epizod z pilską Polonią…

Tak. W pewnym momencie narastało, nazwijmy to, nadwyrężenie zaufania pomiędzy mną, a zarządem klubu w Gorzowie. Po zawodach indywidualnych w Warszawie pojechaliśmy na mecz ligowy do Lublina i na miejscu okazało się, że dwaj zawodnicy po starcie w Warszawie nie zabrali ze sobą licencji. Zamiast ligi odjechaliśmy mecz towarzyski. Był jeszcze oczywiście później mecz w Częstochowie, gdzie przegraliśmy ostatni, ten słynny bieg ze Screenem i co za tym idzie cały mecz. Byłem wtedy ojcem tych porażek. Powiem na marginesie. że ten ostatni bieg w Częstochowie był dla mnie niezrozumiały. 

Dlaczego?

Dla mnie to było po prostu niebywałe. Zawodnicy mieli jechać na zasadzie, kto ucieknie do przodu ten jedzie dalej, a oni nagle jechali parą i jak to się skończyło wszyscy wiemy. Screen na końcu „załatwił” obu i Śwista i Hamilla. Wracając do tematu, w klubie odbył się później sąd „kapturowy” nad moją osobą, odsunięto mnie od pierwszego zespołu. Szybko skontaktowali się ze mną działacze Piły i ostatecznie tam się znalazłem jako szkoleniowiec, a w samym  Gorzowie złożyłem wypowiedzenie warunków pracy.

W Pile pojawił się Stanisław Chomski i pojawiły się medale…

To był bardzo fajny okres. W Pile spotkałem wtedy wspaniałych ludzi i tworzyliśmy tam, co muszę podkreślić, przy wsparciu polityków zarówno tych z lewej, jak i z prawej strony, naprawdę zgraną ekipę. To przełożyło się na sukcesy. To była wzorcowa praca i jeden z najlepszych okresów w mojej pracy trenerskiej. Taki klimat jaki był wtedy w Pile warto byłoby przełożyć na obecne czasy. Atmosfera jest bowiem główną składową wyniku. Ja nowej Polonii Piła życzę tylko jak najlepiej. 

Oprócz Piły był w karierze trenerskiej również  Gdańsk. Tam były z kolei  i awanse i spadki.

Podobnie jak Piłę, Gdańsk wspominam z dużym  sentymentem. W klubie pracowali fajni ludzie i co ważne, było wsparcie miasta, nie tylko dla żużla, ale dla całego sportu w Gdańsku. Momentem przełomowym był przegrany dwumecz w Wrocławiem o utrzymanie w najwyższej lidze. Potoczyło się w Gdańsku tak, a nie inaczej, ale do dziś do tego klubu i osób, z którymi pracowałem mam sentyment. Gdańsk od lat walczy bezskutecznie o Ekstraligę, ale wierzę, że ona kiedyś tam powróci.

W obiektywie kamer telewizyjnych sprawia Pan wrażenie człowieka pozbawionego nerwów.

Pozory mylą. Parę kar już za swoje zachowanie dostałem (śmiech -dop.red.). Ja staram się, jak tylko mogę, emocje trzymać na wodzy. Staram się stresu czy zdenerwowania nie pokazywać na zewnątrz, gdyż mogłoby to wprowadzić tylko zbędną „nerwówkę” u innych.

Trenerzy, podobnie jak zawodnicy, dostają propozycje z klubów w momencie, kiedy zatrudnieni są jeszcze w innym?

Ja osobiście nigdy nie rozmawiam z innym klubem, jeśli w innym jeszcze pracowałem. Jeśli nachodzi moment, że tracę w klubie pracę, to wtedy oczywiście rozmawiam jak zadzwoni telefon z propozycją pracy. Wiem jednak, że są takie przypadki, o które Pan pyta. Znam również  przypadki wśród kolegów, kiedy oni łapią za telefon, dzwonią i sami oferują klubom swoje usługi. 

Co czuje trener, gdy „spada” z Ekstraligi?

Na pewno nie jest to nic miłego. Ja pierwszy spadek z Gorzowem z najwyższej ligi przeżyłem bardzo, ale to bardzo mocno i wcale nie będę tego ukrywał. Miałem wtedy po spadku Stali bardzo intratną propozycję pracy z Tarnowa, gdzie tworzył się dream team, ale uznałem, że zostaję w Stali i walczę powrót  do Ekstraligi. 

Ta propozycja z Tarnowa to było wówczas, ile średnich krajowych?

Tego już Panu nie powiem. Nie pamiętam po prostu. Wiem, że nawet na obecne czasy to były dobre pieniądze (śmiech – dop.red.). 

Miał Pan w swojej karierze trenerskiej taki mecz, przed którym Pan wiedział, że jak Pan przegra, to traci swoje stanowisko pracy?

Nie. Nigdy nikt z działaczy mi tak nie powiedział. Inna sprawa, że trener często sam czuje, że dany mecz może być jego ostatnim w aktualnym klubie. Ja często w trudnych momentach czułem wsparcie działaczy tak, jak to było choćby rok temu, kiedy publicznie byłem już zwalniany ze Stali.

Jak się tłumaczy zawodnikowi, że nie pojedzie w kolejnym biegu?

Jak się jest w środku i wie wszystko, to się pewne decyzje podejmuje. Inaczej wszystko się widzi, aniżeli kibic z trybun czy telewizora. Wycofać zawodnika, gdy nie jedzie skutecznie, to nie jest problem. On jest tak naprawdę w innym miejscu. Zawodnik musi wiedzieć, co się wydarzyło i dlaczego. Tego zawodnika, którego się wycofuje trzeba umieć dalej  „budować”. On musi być świadomy dlaczego został zmieniony. Nie zawsze zawodnik z decyzjami się godzi. Nierzadko później siadamy i rozmawiamy. Zawodników jest siedmiu, a ja jeden. Na końcu za wynik odpowiadam jednak ja. Zawodnik, pomimo że wygrywa zespół, to zarabia indywidualnie i rolą opiekuna zespołu jest umiejętne pogodzenie interesu zawodników z interesem zespołu w danym momencie.

Miał Pan przeczucie, że jakiś zawodnik „puścił” Panu mecz?

W tych czasach to się już nie zdarza. Kiedyś, dawno temu może jakieś koleżeńskie układy – nazwijmy to – pomocowe funkcjonowały. W obecnych czasach myślę, że za duże pieniądze wchodzą w grę, aby coś takiego miało i miejsce i sens. 

Zawodnicy nie zarabiają obecnie za dużo ścigając się na żużlu?

Uważam, że żużel to sport tak ryzykowny, że pieniądze nigdy nie będą w nim za duże. Należy pamiętać, że można skończyć w ułamek sekundy na wózku inwalidzkim, a o tych byłych zawodnikach zapomina się niestety coraz szybciej. Mi osobiście jest ciężko pogodzić się z dużymi  finansami dla bardzo młodych zawodników. 

Co Stanisław Chomski zmieniłby w polskim  żużlu?

Uważam, że młodzi zawodnicy powinni mieć tworzone systematycznie jak największe możliwości startów. Większa liczba młodych żużlowców powinna być dopuszczana do startów w lidze, pierwszej czy drugiej. Generalnie jest wiele spraw ,które powinno się rozważyć. Na szybko nie będę wymyślał, ale proszę popatrzeć na coś takiego jak transfer medyczny. Przed laty Toruń odjechał z Zielonej Góry, bo nie mieli składu, a inni siedzieli, bo mieli już skończony sezon. Dlaczego nie można w momencie kontuzji wspomóc się sprawnym zawodnikiem o średniej nie wyższej od zawodnika kontuzjowanego? Jak stawiamy na widowisko, to róbmy wszystko, aby takowe stwarzać. 

Siódemka marzeń Stanisława Chomskiego, złożona oczywiście z zawodników, których Pan trenował.

To na pewno tak: Zmarzlik, Nielsen, Crump, Gollob, Świst, Dobrucki, Hampel. Ciężko tę siódemkę wybrać, ponieważ naprawdę miałem okazję pracować z wieloma bardzo dobrymi zawodnikami. 

Ile jeszcze lat pozostanie Pan w żużlu? Będzie 50-lecie pracy trenerskiej?

50-lecia na pewno nie będzie. Ostatnio pojawia się coraz więcej młodych chłopaków w naszym fachu i pewnie kiedyś nadejdzie czas przekazania „pałeczki”. Póki sprawia mi to jeszcze przyjemność, to pracuję w żużlu. Jak długo? Czas pokaże.

Najlepsza odskocznia od żużla?

Zdecydowanie jakaś forma aktywności, czy to rower czy spacer. Nie lubię odpoczywać od żużla biernie. 

Marzenie Stanisława Chomskiego?

Prywatnie to kiedyś usiąść z kibicami, już tak kompletnie prywatnie, na stadionie Stali i obejrzeć sobie fajny mecz, tak całkiem na spokojnie. Zawodowo z kolei, to byłoby miło gdybyśmy jubileusz klubu uczcili złotym medalem, choć wiem, że będzie o to bardzo, bardzo ciężko.

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA