Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Otrzymałem zaproszenie do Kilonii. Znajomy, wiedząc o moich zainteresowaniach, wspomniał, że z tego co on się orientuje mieszka tam żużlowy mistrz świata… Poszperałem w internecie – faktycznie, Egon Mueller urodził się i nadal tam żyje. Pomyślałem, że wspaniale byłoby choć na chwilę spotkać się z jedynym niemieckim mistrzem świata na żużlu. Niemiec dawno skończył karierę, ale jest aktywny na portalach społecznościowych, dlatego napisałem kilka tygodni przed planowanym wyjazdem. I choć karierę sportową, a potem tunerską zakończył wiele lat temu, trudno go złapać. Wiadomości z Messengera nie odczytał. Mueller współpracował z portalem „po-bandzie”, dlatego zapytałem Łukasza Malakę. Kontakt zdobyłem, zostałem nawet zaanonsowany.

 

Do Egona zadzwoniliśmy natychmiast. Rozmawiała żona, która doskonale zna niemiecki. Egon na propozycję wizyty w warsztacie odpowiedział, że tam trudno będzie go spotkać. W ogóle spotkania z nim to raczej umawiane są przez agencję marketingową, ale ostatecznie przystał na rozmowę. Zaproponował, by raczej szukać go w terenie. – „W Brokstedt, 30 kilometrów od Kilonii organizowane są zawody „Bobby Car Rennen” i tam na pewno spędzę najbliższy weekend. Przyjedziecie, zobaczycie, czym żużlowy mistrz świata teraz się zajmuje” – powiedział Egon Mueller.

Gdy dojechaliśmy do Niemiec nie udało nam się dotrzeć do Brokstedt. Dzwoniliśmy nadal. Nie było łatwo. Poniedziałek, wtorek. Telefony, SMSy. Egon Mueller ciągle był w rozjazdach. Dopiero w czwartek: sukces. – „Jestem w Hamburgu, mam do załatwienia pilną sprawę, ale za półtorej godziny mogę być w Kilonii, zapraszam” – Egon Mueller na zakończenie podaje dokładny adres.

Podjeżdżamy pod dom mistrza, jesteśmy chwilę przed czasem. Spacerujemy po okolicy. Dziesięć minut przed umówioną godziną Egon Mueller podjeżdża mercedesem kombi pod dom, ale się nie zatrzymuje. Po kilku minutach wraca. Zajeżdża pod ganek. „Musiałem pojechać na pocztę, odebrać zaległą korespondencję. Jesteście z Polski? Od Łukasza? Miło powitać. Nie mam za dużo czasu, za pół godziny muszę wracać do Hamburga” – zapowiada. Nim zaczniemy rozmowę … Egon wyciąga łańcuchową piłę elektryczną i zaczyna kosić żywopłot. – Muszę to zrobić, bo utrudnia wjazd na posesję – zapowiada. Egon pyta grzecznościowo, gdzie pracujemy, skąd jesteśmy. Mówimy, że z Gdańska. Dla lepszej identyfikacji, mówimy, że tam mieszkał Zenon Plech. Zaintrygowany Egon na chwilę przerywa ścinanie żywopłotu – To był świetny zawodnik, będę musiał go odwiedzić… – zapowiada. – Ale on nie żyje… – mówimy zaskoczeni. – Tak, tak. Wiem. Myślałem o wizycie na cmentarzu. Mam do was telefon, także do jego syna, Krystiana. Pomożecie mi tam dotrzeć – powiada. Piła przestaje pracować, ale Egon sprawnie zakłada łańcuch na miejsce. Wraca do cięcia. Zaplanowany czas na spotkanie szybko ucieka…

W końcu Egon zaprasza do mieszkania, ale ostrzega… – „Zamknijcie oczy! Udawajcie, że nie widzicie bałaganu. Liczne obowiązki sprawiają, że rzadko tu zaglądam. Nie zdążyłem wysprzątać…” – mówi Egon. Pyta, czy będziemy rozmawiali po niemiecku czy angielsku. Proponujemy niemiecki. Egon mówi oczywiście w ojczystym języku, ale gdy wypowie słowo „speedway” natychmiast „przełącza” się na angielski… Egon mówił jednocześnie po niemiecku i angielsku, a potem pochwalił się liczeniem do pięciu … po polsku.

Od wejścia widać liczne trofea. Ogromne puchary na szafie, dyplomy mistrza świata na długim torze na ścianach. Mistrz zaprasza nas do salonu. Tam na kanapie siedzi … Egon Mueller, manekin, która jest sobowtórem młodego mistrza… – „To mój kolega” – wskazuje manekina Egon. Ubiera mu firmową czapeczkę i mówi. – „Manekin ubrany jest w kombinezon, w którym startowałem w Norden w 1983. Miałem tak silnie umięśnione ręce, że musiałem rozcinać skórę i robić wstawki materiałowe” – pokazuje. W salonie prócz żużlowych trofeów są liczne modele latające. – „Tym helikopterem zająłem kiedyś drugie miejsce w mistrzostwach Niemiec Północnych” – powiada.

Egon prowadzi nas do biura, przy okazji pokazując mały pokój. – „W tym pokoju często sypiał Robert Dados, jak do mnie przyjeżdżał z wizytą” – mówi. Przy wejściu do biura pokazuje skonstruowaną przez siebie maszynę startową, na której trenował starty. Maszyna zasłonięta jest żółtym kombinezonem, w której Egon Mueller zakończył sportową karierę.

Z dumą i radością oprowadza po kolejnych pomieszczeniach. Pokazuje warsztat, maszyny, obrabiarki. Pokazuje głowicę. – „Ma zawory tytanowe. Byłem jednym z pierwszych, który zaczął je stosować” – mówi.

Otwiera drzwi do kolejnego pomieszczania, ledwo mieszczą się dwie osoby. Na ścianach gabloty z licznymi trofeami. Wszystko przykryte folią. Egon wskazuje na tylne koło motocykla, próbuje odkryć przykrywającą go folię – „To mój motocykl, na którym startowałem w Norden w 1983 roku. Wszystko zostało tak, jak na finale. Jak przyjeżdżał do mnie Robert Dados to najczęściej zaczynał od jego pucowania” – wspomina. Jak kozica żwawo wskakuje do góry, by choć na chwilę odsłonić gablotę z pucharami.

Przechodzimy do kolejnych pomieszczeń. – „Tu jest hamowania, w niej testowaliśmy silniki” – mówi Egon. Układa na stole kolejne wersje gaźników własnej produkcji. – Mam całą skrzynię prototypów. Ostatecznie do produkcji poszło kilka wersji. Z jednego z nich korzystał Tony Rickardsson. Robert Dados, wygrał mistrzostwo świata juniorów w Pile na motocyklu, w którym zastosowałem gaźnik wykonany w całości z plastiku. Pamiętam, że miałem problem z aluminium. Była chyba trzecia na ranem i postanowiłem spróbować zbudować go z innego materiału. Opracowałem rozwiązanie, które nie wymagało kontroli iglicy. Pomysł okazał się znakomity, bo dał nam kilka koni mechanicznych więcej – wyjaśnia Mueller.

Pokazuje też bańkę oleju. – „To mój produkt: olej „Oilfino Moto R 60”, który znakomicie sprawdza się w silnikach na długim torze, gdzie zawodnicy osiągają ogromne prędkości i sprzęt pracuje na ogromnych obrotach. Dzięki temu olejowi wydajność silnika jest dużo wyższa” – dodaje. W hamowni pełno jest różnych głowic, bloków, wałów, kompletnych silników. – „Jest tu sporo silników, które z powodzeniem mogłyby rywalizować w dzisiejszym Grand Prix” – zapewnia. Prezentację rozpoczyna jednak od najstarszej konstrukcji – JAP-a. – „To oryginał, na którym startowałem w okresie, gdy zdobyłem pierwszy tytuł mistrza świata na długim torze. To był świetna konstrukcja. Polacy skopiowali ten silnik, produkowali FIS-a” – przypomina.

Potem wskazuje na swoje „dziecko”, silnik „Ewi”. – „Konstrukcyjnie był trochę podobny jawy, ale mój ma inaczej ułożone żeberka. Daje to lepsze chłodzenie a tym samym lepsze osiągi” – mówi. Pytany, dlaczego nie rozpoczęła się seryjna produkcja, odpowiada: – „Żużel jest dość specyficznym sportem. Przez szereg lat na rynku było dwóch producentów i moda zależała od… mistrza świata. Jak Hans Nielsen wybrał jawę i zdobył tytuł mistrza świata – każdy chciał mieć czeską konstrukcję, gdy Tony Rickardsson triumfował na GM – wszyscy przesiadali się na włoskie silniki. Ciężko przekonać zawodników, że można wygrać na innym silniku. A mój „Ewi” testował między innymi Robert Dados i bardzo chwalił tę konstrukcję. Niestety, wprowadzenie seryjnej produkcji wiązałoby się z ogromnymi kosztami. Na przygotowanie samych form mojego silnika zainwestowałem wszystkie swoje oszczędności, prawie 50 tysięcy dolarów” – przekonuje.

Cały czas opowiada z pasją o swoich zamiłowaniach. Aż żal przerywać cudowne opowieści. Spotykamy się pierwszy raz, ale otwartość Egona, jego pasja i radość jest zachwycająca. Trudno jest zadać jakiekolwiek pytanie. Ale próbujemy… Pytany o początki odpowiada. „Moi rodzice należeli do rodziny cyrkowej. Mi również się to podobało. Jak tylko nauczyłem się jeździć na rowerze czy monocyklu, to nie potrafiłem jechać zwyczajnie do przodu. Zawsze coś kombinowałem… Do przodu, do tyłu, nogi na boki, jakiś balans… Wykonywałem przeróżne ewolucje i wszyscy mówili o mnie „wariat”. Potem zdobyłem wykształcenie mechanika silników dwusuwowych i podjąłem się pracy w warsztacie motocyklowym. Robiąc próbne jazdy motocyklami często jeździłem na jednym kole. Mój szef – widząc to – stwierdził, że powinienem zarabiać pieniądze jeżdżąc. Za jego namową przystąpiłem do grupy, która organizowała motocyklowe pokazy. Grupa robiła show: prezentowaliśmy skoki nad innymi pojazdami czy ogniem. Moim popisowym numerem była jazda na stalowej linie zaczepionej na szczycie 85-metrowej wieży ratusza w Kilonii” – wspomina.

Na żużel trafił przed przypadek. „Kiedyś byliśmy na zawodach z przyjaciółmi. Powiedziałem im, że gdybym tam wystartował, nie byłbym ostatni. Kupiłem motocykl i dla zabawy zgłosiłem się do zawodów. Do rywalizacji przystąpiło 75 zawodników, a ja zająłem drugie miejsce. Wygrałem butelkę whisky, którą rozbiłem podczas dekoracji. Kibicom to się spodobało. Wtedy postanowiłem, że będę się ścigać. Zawsze podobało mi się, gdy moja jazda wzbudzała emocje. To zawsze mnie „nakręcało”. I muszę powiedzieć, że moja kariera zatoczyła koło. Kończąc sportową karierę ostatni występ zakończyłem również na drugim miejscu” – mówi Mueller.

Egon Mueller na początku jeździł na torach długich i trawiastych. „Turnieje na torach trawiastych i długich były bardzo popularne w Niemczech. Nie było ligi, wszystko ograniczało się do tych turniejów. Dlatego też dobrzy niemieccy zawodnicy nie liczyli się za granicą. Po moim sukcesie w Norden w 1983 roku trochę się zmieniło. Postawiono w Niemczech na klasyczny żużel. Zaczęto przebudowywać tory, budowano nowe. Było znacznie lepiej. Gdy ja zaczynałem, jak ktoś chciał się liczyć musiał jechać do Anglii i tam zdobywać doświadczenie. Zrobiłem podobnie. Chciałem ścigać się i rozwijać, dlatego pojechałem do Anglii. Dzięki startom w lidze brytyjskiej szło mi coraz lepiej. W końcu zacząłem kwalifikować się do finałów mistrzostw świata. Pamiętam swój pierwszy występ w finale mistrzostw świata. To był Chorzów… 1976 rok… Na trybunach zasiadło sto tysięcy fanów. Komplet! WOW! To było niesamowite! Tylu kibiców na trybunach… Wtedy zrozumiałem, dlaczego jest tak wielu zawodników na torach klasycznych. W turnieju szło mi bardzo dobrze. Miałem osiem punktów o czterech startach i realne szanse na dobry wynik. W teoretycznie łatwym wyścigu jechałem drugi, ale zdefektował mi motocykl i zaliczyłem upadek. Nieźle zacząłem kolejny występ w Goeteborgu. Wygrałem pierwszy wyścig z bardzo dobrym czasem. Miałem pięć punktów po dwóch startach. Potem zaczęło mocno padać i tor zrobił się grząski. W jednym z wyścigów doszło do kolizji z Peterem Collinsem na pierwszym łuku. To nie była moja wina, to Anglik wpadł na mnie. Norweski arbiter, Tore Kittilsen tego nie widział i mnie wykluczył. Zdarzyło się to na pierwszym łuku, dziś pewnie powtórka odbyłaby się w komplecie. To był bardzo znany sędzia i chciał pokazać, kto tu rządzi. Pamiętam, wykrzyczałem wtedy kilka mocnych słów pod jego adresem. I potem zwracałem uwagę, kto sędziuje. Wolałem brytyjskich arbitrów, z którymi nigdy nie miałem takich problemów” – wspomina.

Egon Mueller zdobył trzy tytuły mistrza świata na długim torze, ale marzył o sukcesie na klasycznym torze. – „Tak naprawdę w żużlu liczą się sukcesy na klasycznym torze. W Chorzowie, czy potem w Goeteborgu tłumy na trybunach pokazały mi, że ten żużel jest popularniejszy. Tytułów z długiego toru nikt nie docenia, choć one naprawdę wymagały wiele pracy i wyrzeczeń. Bardzo chciałem wygrać i dokonałem tego. Cały 1983 rok był fantastyczny dla mnie. W drodze o mistrzostwo świata przegrałem tylko jeden jedyny raz. To było na finale kontynentalnym w Rybniku, a pokonał mnie Zenon Plech. Pamiętam, że w tym wyścigu również prowadziłem, ostro walczyliśmy. W którymś momencie zahaczył o moją nogę. Odpuściłem, bo bałem się upadku. To była moja jedyna przegrana w eliminacjach tego roku” – opowiada.

W Norden na sukces liczył wspomniany Zenon Plech, ale zdobył tylko jeden punkt. „Zenon Plech świetnym zawodnikiem i kompanem. Był bogiem w Polsce. Dobrze się poznaliśmy, gdy wyjechaliśmy na długie na tournée do Australii. Spędziliśmy razem dwa miesiące. Poznałem wtedy też Edwarda Jancarza, który był dla genialnym technikiem. Jeździł lepiej, niż pokazywały to wyniki. Szkoda, że jego życie skończyło się tak tragicznie. A Zenona uważam za jeden z największych talentów tamtego okresu. Osiągnął sporo, choć uważam, że nie do końca wykorzystał drzemiący w nim talentu. Był luzakiem, żartownisiem. Wydaje mi się, że czasem nie potrafił się skupić tylko na sporcie. Problemem wszystkich Polaków był też sprzęt, rywale dysponowali zdecydowanie lepszym” – wspomina Mueller.

Po zawodach w Norden pisano, że tor na treningu był inny niż podczas zawodów. Został zbronowany. Egon Mueller się nie zgadza z tym zarzutem. – „Jest on głupi. Tak jest zawsze. Po każdym treningu czy zawodach tor się pogarsza. Nawierzchnia rozsypuje się i trzeba ją od nowa przygotować. Dlatego robi się go od nowa: wyrównuje, zrasza i walcuje. Każdy profesjonalny zawodnik o tym wie” – dodaje.

Na pytanie, dlaczego zrezygnował z treningu odpowiada: – „Zrezygnowałem nie ze względu na tor, choć spodziewałem się, że takie jazdy nic nie dadzą. Znałem dobrze ten tor, wiele razy na nim startowałem i nie potrzebowałem treningu. Trening nie był obowiązkowy. Wiedziałem, że mam perfekcyjnie przygotowany sprzęt, nie miałem co sprawdzać. Absencja była efektem taktyki. Chciałem pokazać rywalom, że czuję się mocny. Nie chciałem im pokazać, jak bardzo. Startowali przecież świetni zawodnicy jak Michael Lee, Billy Sanders czy Erik Gundersen. W dniu zawodów wszystkich pobiłem. Byłem szybki na starcie. Wygrywałem je i potem gnałem go przodu. Nim rywale zorientowali coś się dzieje – inkasowałem kolejne wygrane” – opowiada.

Egon był zdeterminowany, by osiągnąć wygraną. – „Jak tylko dowiedziałem się, że finał odbędzie się w Niemczech, od drugiego stycznia rozpocząłem intensywne przygotowania do zawodów. Każdego dnia. Dużo ćwiczyłem siłowo. Trenowałem refleks na mojej maszynie startowej. Każdego dnia wypijałem np. filiżankę kawy, a potem ćwiczyłem. Dwie godziny biegałem, potem jadłem małe śniadanie i wracałem na siłownię” – wspomina.

Zapytany o pasję do muzyki wspomina dzieciństwo. – „W mojej rodzinie była śpiewająca dziewczyna. Była gwiazdą opery” – mówi Egon i zaraz sam pięknym operowym głosem zaczyna śpiewać… – „Pytałem, dlaczego nie śpiewa normalnie tylko takim podniesionym głosem. Mówiła, że to specjalna technika, która wymaga ćwiczeń codziennie. I jak jeździłem rowerkiem to ćwiczyłem śpiew. W szkole stawałem w pierwszym rzędzie i śpiewałem … donośnie. Nauczyciele szybko przenosili mnie do ostatniego. Gdy pytałem dlaczego, mówili, że jestem głośny i … dobry. Z reguły, gdy śpiewałem – większość była cicho. Gdy w 1974 zdobyłem pierwszy tytuł mistrzostw świata na długim torze poznałem kilku ludzi w Hamburgu. Spotkałem wielkiego muzyka i kompozytora, Jamesa Lasta. Sporo śpiewałem w grupie, ale James powiedział, że powinienem spróbować zaśpiewać sam. Proponował, bym przyszedł do ich studia i nagrał z nim płytę. Rozmawialiśmy o tekstach, pomysłach. To miał być rock’n rollowy żużel, interesowało mnie też italo disco. Nie znałem dobrze angielskiego, ale przyjaciele mi pomogli. Próbowałem, ale przez wiele lat nie potrafiłem nagrać przeboju. W 1985 roku we współpracy z producentem Mike’m Maarenem nagrałem „Win The Race”. To był hit!” – wspomina.

Z kieszeni wyciąga telefon komórkowy. – „Zaraz wam puszczę…” – powiada. – „Znacie youtube’a? Widzicie, tu jest taka lupka… Ona mówi: „Egon ubierz okulary” – żartuje Egon. – „Wpisujecie Amadeusz Liszt, bo po takim pseudonimem artystycznym występowałem” – dodaje. Puszcza i w rytm muzyki lecącej z głośnika płynnie śpiewa:

„Feel the speed of your machine
Try to reach the greatest feeling
Moving’ on – you’re down on the road
Feeling free, no one can stop you
Baby look out you’re gonna loose control
Watch out and see you got the chance

You can win the race, work it out fine now
That’s your life, winning this game
Try to win, reach out and be a hero

You’ll win the race, turning on
Your rock machine and follow the sun

To desert se–win the race
You’ll win the race, riding up
This evil way, searching for”

Tym przebojem żużlowy mistrz z marszu stał się gwiazdą estrady. – „To był wielki przebój. W ciągu miesiąca sprzedano 600 tysięcy płyt! Utwór był na pierwszym miejscu list przebojów w Niemczech, Anglii, Hiszpanii, Grecji… Były koncerty, występy w programach telewizyjnych… Pamiętam, jak dzwonił do mnie dealer mercedesa proponując nowy model auta. Zapytałem, ile kosztuje? Usłyszałem, że nic. Mogę jeździć a za rok i tak dostanę nowy. Zarobiłem sporo pieniędzy, nie musiałem pracować” – mówi.

Mimo ogromnej popularności nie chciał porzucić sportu. – „Żużel był moją największą pasją. Lubiłem śpiewać, ale nie chciałem porzucić żużla. Muzyką zajmowałem się, gdy leczyłem kontuzje. W 1985 miałem ciężki wypadek. Złamałem kręgosłup. W gipsie spędziłem osiem tygodni. Na małym komputerze nagrywałem muzykę z czterema instrumentami. Leżąc w szpitalu pisałem słowa „Win The Race”… Pacjenci, personel musieli tego słuchać… Przychodzili lekarze na obchód z asystą, pielęgniarkami i słuchali tego, co skomponowałem w nocy. Słyszałem: „Nie to, zagraj lepiej to co wczoraj” albo „To brzmi dobrze. Weź tę muzykę”. Nagraliśmy ten przebój i dziesięć tygodni był on numerem jeden w Niemczech. Tydzień po wyjściu ze szpitala wystąpiłem na wielkiej scenie w Berlinie w koncercie, transmitowanym przez telewizję. Pod sceną było dwanaście tysięcy fanów. Chodziłem wtedy w gorsecie. Ledwo się ruszałem, a na próbie organizatorzy zachęcali „musisz więcej się ruszać”. Gdy zdjąłem gips, wróciłem do zdrowia, chciałem wrócić na tor. Startowałem i koncertowałem. Ciężko to było wszystko pogodzić. Odnosiłem sukcesy na scenie, ale musiałem odwoływać niektóre występy. Telewizja, producenci naciskali, bym poświęcił się muzyce. Postawiłem na żużel, ale z muzyką nie zerwałem. Praktycznie co roku zaliczałem trzy-cztery występy. Do dziś nie odmawiam śpiewania” – mówi rozemocjonowany Mueller.

W trakcie rozmowy szuka zdjęcia Roberta Dadosa. Gdy znajduje tabliczkę z radością pokazuje podziękowanie polskiego mistrza świata. Czule przeciera tabliczkę z kurzu, przytula. – „Naszą długą współpracę ceniłem sobie najbardziej. Traktowałem go jak syna. To był wspaniały chłopak, który miał ogromne serce dla żużla. Współpracowaliśmy bardzo długo. Często u mnie bywał, dzwonił po każdych zawodach. To był fantastyczny chłopak, obdarzony wielkim talentem. „Pięcz”? Jak się u was mówi? Jeden, dwa, trzy, cztery, pięcz” – pięknie wylicza Mueller po polsku… Po czym dodaje: – „Pamiętam, jak zadzwonił do mnie kiedyś z Lonigo i uradowany krzyczał do słuchawki: Egon! engine pięcz – maximum!” – wspomina.

Ze smutkiem wspomina tragiczną śmierć Dadosa. – „Cieszył się jak dziecko, gdy kupił ścigacz Suzuki. Nie podobał się mi ten pomysł. Od początku byłem przeciwny. Bałem się o niego. I niestety doszło do groźnego wypadku. Dzwoniła do mnie jego żona. Wypadek był koszmarny. Stracił płuco. Wrócił na tor, ale to już nie był ten sam Robert co wcześniej. A potem ta tragedia…” – łamie się głos Egona. Egon Mueller współpracował też z Tomaszem Gollobem. – „Tomek miał sponsorów w Niemczech, którzy zapytali mnie, czy mogę pomóc w przygotowaniu sprzętu. Zawiozłem silnik na Grand Prix do Vojens. Rozmawiałem z jego ojcem, Władysławem i powiedziałem, że Tomek może go spróbować. Dojechał na nim do finału. Walczyłem z Hansem Nielsenem o wygraną. Niestety, w decydującym wyścigu został wykluczony. Po zawodach umówiliśmy się, że kolejny przywiozę na Drużynowe Mistrzostwa Świata do Bydgoszczy. Gdy przyjechałem zobaczyłem twardy tor i uznałem, że się nie nadaje. Silnik był przygotowany na długi tor. Mówiłem, że silnik jest zbyt silny i łańcuch nie wytrzyma.

Usłyszałem „No problem, Egon”. Mówiłem, że muszą zmienić łańcuch, ale nie zrobili tego. Trzy wyścigi sprzęt wytrzymał, ale potem doszło do fatalnego defektu i kraksy z Peterem Karlssonem. Potem przygotowałem silnik na jedne zawody, zawiózł mu go mój syn Dirk do Hamburga. Tomasz był świetnym zawodnikiem. Doskonale czuł motocykl. Rozmawialiśmy o dalszej współpracy. By miało to sens zaproponowałem, że przez miesiąc będę podróżował z Tomkiem i by dopracować sprzęt do każdego toru i warunków. Team Gollobów uznał, że poniosą zbyt duże koszty. Potem współpracowałem z wieloma zawodnikami. Zaglądał do mnie Billy Hamill, był Jacek Rempała, który przyjeżdżał do mnie z kilkuletnim synem, Krystianem. Bardzo przeżyłem śmierć tego dzieciaka.” – dodaje.

Po wielu latach zrezygnował z pracy jako tuner. – „Szykowanie silników do późna, potem jazda na zawody, krótki sen w aucie i z powrotem do pracy… Gaźników, opartych na moim pomyśle, nie sprzedawałem, tylko woziłem ze sobą w walizce i udostępniałem na zawody. Chroniłem swój pomysł. Zaczęło brakować mi snu, odpoczynku. Musiałem zwolnić, powiedzieć stop. Nadal mam mnóstwo silników, które z powodzeniem mogłyby rywalizować w Grand Prix. Mam wiele rozwiązań, które można kupić w sklepie Motorrad-Ersatzteile 24, z którym współpracuję od trzydziestu lat” – wyjaśnia.

Dzisiaj zajmuje się wynajmowaniem domów. – „Mam cztery domy i je wynajmuję. Jest ciężko, panuje kryzys i inflacja. Wszyscy odczuwamy tego skutki, ale jakoś sobie radzę” – wyjaśnia.

Z żużlem oczywiście nie zerwał zupełnie. – „Niedawno byłem w Scheessel, gdzie prowadziłem spikerkę. Zapraszają mnie na treningi do Brokstedt czy Nordhastedt. Nie zwykłem odmawiać pomocy. Zresztą nie lubię siedzieć bezczynnie. Jestem na emeryturze, ale trudno wygospodarować mi wolną chwilę“ – wyjaśnia.

Pytany o to czy przyszłością speedwaya mogą być silniki elektryczne zdecydowanie zaprzecza: – „Nie, nie ma szans. Zapach, odgłosy silnika – uważam, że nie można tego pozbawiać kibiców. To w tym jest niezwykle ważne. Zresztą nawet w przemyśle pojazdy elektryczne nie zastąpią silników benzynowych czy diesla. Myślę, że osiągną poziom maksymalnie dziesięciu procent rynku. Silniki elektryczne potrzebują stacji ładowania, są problemy z ich uruchomieniem zimą. Koszty posiadania motocykla elektrycznego nie są takie małe. Kiedyś zaproponowałem, by zorganizować wyścig motocykli klasycznego i elektrycznego. Na pewno warto to porównać, ale nie widzę w tym przyszłości” – tłumaczy.

Zapytany o zdrowie, odpowiada z uśmiechem. – Nie zwykłem narzekać, choć zawsze coś tam się „odezwie”. W całej karierze doznałem 69 kontuzji. Jedenaście razy miałem uszkodzoną prawą stopę, dziewięć – lewą. Kilkanaście razy doznałem kontuzji barku. Długo musiałbym wymieniać… Przez cała karierę opiekował się mną doktor Dieter Havemann, który był świetnym chirurgiem. Zawsze mnie poskładał – dodaje.

Egon Mueller jest zawodnikiem spełnionym. – „W życiu zawsze robiłem to co sprawiało mi przyjemność. Prowadziłem i nadal prowadzę dość szalone życie. Zawsze udawało mi się. Zdrowie nadal dopisuje i wciąż mam wiele pomysłów, które staram się realizować” – mówi.

Egon Mueller w czasie spotkania nie patrzy na zegarek. Na rozmowie mija półtorej godziny, a tematów można by poruszyć jeszcze wiele. Egon musi jednak wracać do Hamburga. Na zakończenie spotkania przekazujemy mistrzowi świata podarunek, prezent od Nowego Browaru Gdańskiego. To żużlowe piwo „Szpryca”, które w tym roku dla sympatyków speedwaya wspólnie z klubem przygotował gdański browar. Upominek sprawił mu dużo radości. Egon zapowiada, że postara się przyjechać do Polski, do Gdańska, by oddać hołd Zenonowi Plechowi na gdańskim cmentarzu.

TOMASZ ROSOCHACKI