Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Grand Prix w Pradze odbyło się wczoraj po raz trzydziesty w historii. Jubileusz wypadł okazale co najmniej dla dwóch osób. Martin Vaculik wygrał turniej w Pradze po raz trzeci z rzędu. Do tej pory wyczynu tego dokonali w Pradze tylko dwaj zawodnicy – Jason Crump oraz Tai Woffinden. W sobotę wygrał również  Phil Morris. Anglik pokazał, że to on panuje nad torem, nie nawierzchnia nad nim i tym samym na niczym spełzły złowrogie prognozy wielu kibiców, czy osób z tzw. „środowiska”, iż turniej na pewno będzie przełożony na niedzielę. Wyniki rywalizacji zainteresowani znają, tym samym my tradycyjnie zaglądamy za kulisy zmagań najlepszych sportowców. 

 

Od paru dni prognozy pogody dla Pragi nie były pozytywne. Aby lepiej oddać rzeczywisty stan rzeczy, wypada napisać, że były one skrajnie negatywne.  Miało „lać” i faktycznie padało mocno. Nam za deszcz, jako redakcji PoBandzie, zdradzimy, że też się „oberwało”. Czytelnik, Pan Paweł, uświadamiał nam od piątku, z dość wysoką częstotliwością, iż powinniśmy szanować Czytelników – których notabene coraz więcej, za co dziękujemy – i już w piątek zakomunikować wszem i wobec, iż zawodów nie będzie. Był do tego stopnia w swoich poglądach natarczywy i im wierny, że w jednej z wiadomości „wzywał” nas do zakładu, iż zawody się nie odbędą. Panie Pawle, jeśli Pan czyta ten artykuł, a domniemujemy, iż tak właśnie jest, dziękujemy za długą korespondencję i chyba „miło”, że koniec końców nie zakładaliśmy się czy Phil Morris podoła zadaniu? Jak widać, wiara potrafi czynić cuda.

Wspomniany wyżej Phil Morris to bez wątpienia bohater sobotniego wieczoru. Anglik pokazał, że w panice nie ulega, wie jak działać i ostatecznie, pomimo fatalnej pogody, doprowadził do rozegrania zawodów. Phil fizycznej pracy też się nie boi. W pewnym momencie sam z miotłą w rękach „opiekował” się praską nawierzchnią. Kto wyobraża sobie, załóżmy działacza ekstraligowej centrali, pracującego z miotłą na torze? Chyba niewielu. Niżej podpisany również. Obyło się w Pradze zatem bez protestów, braku zaradności sędziego i kar finansowych, a co najważniejsze, zawody się odbyły. Ostatnie zdanie oczywiście jest żartobliwe, ale sytuacja z Pragi co niektórym działaczom oraz kibicom w Polsce winna dać co nieco do myślenia…

– Myślę, że zawody nie zostaną przełożone. Co najwyżej opóźnione. Phil po ostatnich wydarzeniach w Polsce na pewno podejdzie do tematu, powiem ci prywatnie, lekko ambicjonalnie i będzie chciał pokazać, że można zawody pojechać w momencie, kiedy wielu wydaje się to nieprawdopodobne. Granic bezpieczeństwa ze względu na fakt, iż sam był kiedyś zawodnikiem przy tym absolutnie nie przekroczy – pisał nam prywatnie o godzinie 17 jeden z byłych angielskich mistrzów świata.

Pogoda spłatała figla nie tylko organizatorom, ale również niektórym „sklepikarzom” w centrum Pragi.Nie wiem czy to pogoda, ale dzisiaj jakoś mniej widzę Polaków w sportowych koszulkach. Jest Was wprawdzie trochę, ale jak mówisz, że dziś żużel, to nie to chyba, co zawsze. Co się dziś sprzedaje? Mało kto wyjeżdża bez magnesu czy maskotki, oczywiście w postaci krecika – mówił jeden ze sprzedawców w sklepie z pamiątkami tuż obok mostu Karola. 

Sprzedawca raczej się za mocno nie mylił. W tym roku sporo polskich kibiców, właśnie ze względu na pogodę, wybierało się tak naprawdę na sam turniej, a nie na zwiedzanie praskich Hradczan czy uroczej Starówki.Parę razy w Pradze już byliśmy, oczywiście ze względu na Grand Prix. Ile można zwiedzać? Tym bardziej, że pogoda była taka, że się zastanawialiśmy czy nie będziemy zmuszeni zostać do niedzieli. Przyjechaliśmy dzisiaj dopiero o szesnastej. Obejrzymy kolejną wygraną Bartka i od razu wracamy do domu – mówili nam pewni triumfu mieszkającego w Kinicach zawodnika kibice z Poznania. 

Wygranej Zmarlika poznaniacy jednak nie doczekali. Po raz, co warte zaznaczenia, trzeci z rzędu Marketę z najwyższego stopnia podium zobaczył Martin Vaculik, ku uciesze licznej rzeszy słowackich kibiców. 

– Do Pragi mamy przecież najbliżej, a Martina wspierać trzeba. Po raz kolejny pokazał, że być może nadejdzie moment, kiedy będziemy mieli po raz pierwszy w historii indywidualnego mistrza świata. To jest doskonały zawodnik i zarazem człowiek. Wiele dobrego robi, aby żużel na Słowacji wciąż się rozwijał, a nie zwijał. Napiszcie po prostu, że Martin był dzisiaj skvely (świetny – dop.red.) – dodawali słowaccy fani żużla. 

Przed zawodami organizatorzy zapewnili kibicom tradycyjny program rozrywkowy z sesją autografową w roli głównej. Nie zabrakło oczywiście tradycyjnych stoisk z napojami oraz jedzeniem. Po raz kolejny z rządu nad polskimi smakami zastanawiał się jeden ze sprzedawców 

– Niemcy to żużel najczęściej zaczynają od szynki z pieczonego prosiaka, a Wy nie możecie się do niego jakoś od lat przekonać. Tylko smażony ser i kiełbasa – komentował ze śmiechem sprzedawca. Hot-dog kosztował 70 koron. Pieczona kiełbasa w stylu, do wyboru, praskim lub norymberskim 140 koron. Frytki sprzedawane w Pradze, ale przygotowane po belgijsku, kosztowały 100 koron, 100 gramów szynki z prosiaka wyceniano na 90 koron.

Jeśli z kolei komuś z kibiców nie wystarczało tradycyjne czeskie piwo, mógł sięgnąć po mocniejsze procentowo napoje. Gin z tonikiem czy wódka z sokiem kosztowała tyle samo, czyli 180 koron.

Warto odnotować, że na stadionie pojawiło się stoisko sponsora imprezy, Orlenu, oczywiście z Bartoszem  Zmarzlikiem w postaci manekina. Przed jednym z wejść na obiekt humory kibiców muzyka starała się poprawić z kolei samozwańcza „orkiestra” dęta. Jak się okazało ów Panowie mieli „czuja” nie tylko do muzyki, ale i do końcowych wyników.

– Kto wygra? Nie ukrywam żużel lubię i na nim bywam, ale nie oczekuję wygranej Milika czy Kvecha. Gdybym miał postawić, to postawiłbym na Słowaka Vaculika – oceniał przed zawodami turniejowe szanse południowych sąsiadów jeden z muzyków. 

Cieszyli się po zawodach Słowacy, cieszyli Polacy. Bartosz Zmarzlik umocnił się na pozycji lidera klasyfikacji przejściowej. Kto się zatem smucił? W niezbyt dobrych humorach stadion opuszczali Niemcy. – Mamy w końcu swojego zawodnika w cyklu. Kai dobrze zaczął, ale Landshut i Pragę trzeba zapomnieć. Oby tylko się w Szwecji i Gorzowie nie okazało, że początek cyklu w jego wykonaniu to był przypadek. Tu nas nie brakuje, ale sporo moich rodaków wybiera się do Gorzowa – mówił nam fan speedwaya z okolic Parchim.

Powodów do „fety” po zawodach  nie mieli również kibice z Anglii, których tradycyjnie nie zbrakło w stolicy Czech. – Słaby weekend sportowo i prywatnie. Pogoda każdy widzi jaka jest od wczoraj, do tego tylko Lambert pojechał „swoje”. Bewley słabo, a o Taiu lepiej nie rozmawiajmy. Rozmienia się bardzo szybko na „drobne”. Ciekaw jestem jak pojedzie za tydzień w finale brytyjskim – komentował Thomas, który do Pragi przyleciał z Manchesteru.

Najlepiej i najkrócej wczorajszy wieczór ocenił jeden z polskich kibiców. – Najważniejsze, że nie trzeba było zostawać do niedzieli i że Bartek panuje nad klasyfikacją w Grand Prix. Miejmy nadzieję, że za rok pogoda będzie bardziej łaskawa – podsumował sobotę w Pradze Pan Marek, kibic wrocławskiej Sparty. Nic dodać, nic ująć.

Na koniec jeszcze jedna uwaga, nie do końca związana bezpośrednio z sobotnim turniejem. Panowie kierujący „najlepszą ligą świata” pójdźcie w końcu po rozum do głowy i zdejmijcie „kajdany” z ust zawodników. Nie ośmieszajcie się. Żenującym jest fakt dla dziennikarzy i co inteligentniejszych zawodników, iż prywatnie potrafią w zaufaniu swoje opinie wyrazić, publicznie nie wchodzi to jednak, ze względu na potencjalne kolejne kary, w grę. Jeden z „lewoskrętnych” zapytał prywatnie czy władze żużla są nad konstytucją naszego kraju. Ta ostatnia bowiem każdemu zapewnia wolność wyrażania swoich poglądów oraz rozpowszechniania informacji.