Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Vojens – prywatny folwark Ole Olsena. Ten utytułowany zawodnik, po zakończeniu kariery postanowił pozostać przy żużlu, naturalnie nie bezinteresownie. A że talentów biznesowych Pan Buczek nie poskąpił, to i niebawem wybudował prywatny stadion. Tamże triumfy zrazu święciły jego przyszywane dzieci ze złotej ery duńskiego speedwaya. Gundersen, Pedersen, Knudsen, Nielsen to tylko kilka, najzacniejszych nazwisk z tego pokolenia. Profesorowi z Oxfordu nie zawsze było po drodze z apodyktycznym i nie znoszącym sprzeciwu Ole, ale bez niego nie sposób było zaistnieć. Potem już inna historia.

 

Kiedy dobre czasy wychowanków i podopiecznych Olsena-seniora zmierzchały, znalazł nowy sposób na zarabianie. Grand Prix. I nie żeby tylko organizować rundy. Wyspecjalizował się w „produkcji” jednodniowych nawierzchni. Mimo spektakularnych wpadek w Niemczech i na Narodowym nie pozwalał się wyprzeć z rynku. Ostatnio schedę po tacie przejmuje skutecznie Jacob. Młody Hamlet próbował dorównać ojcu na torze, ale szybko zrozumiał, że to niekoniecznie jego miejsce. Teraz pilnuje biznesu, udzielając się przy tym w organizacji duńskich rozgrywek ligowych. Naturalnie – nie w ramach wolontariatu. Bo co by nie mówić, klan Olsenów łeb do interesów miał i nadal ma. Bez wsparcia lokalnych samorządów potrafią efektywnie doić gdzie tylko możliwe. Filantropami nie byli i nie są, ale bronią ich generalnie wyniki. Na każdym polu.

Runda w Danii miała dać jasność przede wszystkim w kwestii szans (iluzorycznych) Magica na medal IMŚ. Dodatkowo nasi kibice ostrzyli sobie zęby na wygraną Bartka i straty Artioma. Tak byłoby z naszej perspektywy najlepiej. Co przyniosły zawody? Na początek niepokój o to, czy w ogóle dojdą do skutku. Znowu reżyserowała pogoda. Na szczęście prace torowe powiodły się organizatorom, bez udziału (aktywnego – i udziału i jego samego) – Morrisa. Turniej ruszył.

Pierwszy wyścig pokazał, że będzie można szerzej, acz nie od początku. No i ten komputer startowy. Tajski czołgał się niemożebnie, stanął, taśma w górę – został, arbiter takoż nie przerwał, a Woffinden pojechał po krawężniku i po zawalonym wyjściu spod linek, prześlizgnął się na drugie miejsce już po pierwszym kornerze. Dalej Łaguta udowodnił, że Vojens mu nie straszne. Nawet z zewnętrznego i nawet pod balotami w inauguracyjnym łuku. Wygrał. Nie zostawił złudzeń. Jest bardzo mocny, szybki i zmotywowany. Teraz Zmarzły. Też z czwartego i śladami Artioma. Szeroko po starcie i ciasno później. Takoż szybki i zwycięski. Niestety do trzech razy sztuka się sprawdza. Magic poległ. Nie powtórzył manewru poprzedników i przegrał z zewnętrznego. Za długo szeroko, zbyt odważnie z wyjścia pod baloty i porażka. Tylko oczko.

W piątym znowu wyjeżdża. Poszedł dobrze ze startu i kompletnie zawalił pierwszy łuk. Pierwsze pole i wygrany start nie pomaga w trasie, kiedy człek traci nawyk i zaczyna myśleć. W żużlu to nie wychodzi na zdrowie. Potem jeszcze próbował Maciek bezskutecznie pchać się pod płot i… dowiózł śliwkę. Nie jest dobrze, najdelikatniej rzecz ujmując. Michelsen w domu z dwiema trójkami. Niezłe przywitanie. A już po chwili Madsen udowodnił Janowskiemu, że wygrany start z pierwszego nie przeszkadza w wygraniu biegu, gdy się jedzie mądrze. W kolejnym wrócił na dobre Vacul. Wziął też udział Kasprzak w tym biegu. To adekwatne określenie. Ok. Nieważne. Pierwsze dziś starcie tytanów. Popatrzymy, pamiętając, że to wczesny etap i rezultat tego akurat wyścigu niczego nie przesądza. Artiom kosmiczny. Jemu ani tor, ani motocykl nie przeszkadzają. Wąsko, pod płotem – żadna różnica. Bartek zawalił refleksowo start, by później rzutem na taśmę wyrwać Fricke dwójkę. On może być spokojny. O pozostałej dwójce biało-czerwonych trudno tak powiedzieć. W czterech wyścigach z ich udziałem raptem jeden punkcik. Nie wróży to najlepiej. A Łaguta? Wygrywa z gigantyczną przewagą. Jest w sztosie.

Na otwarcie trzeciej serii Zagar. Ot wygrał sobie z wewnętrznego, a Michelsen dla odmiany śliwka z trzeciego. Dobrze. Rywale gubią. Tylko Janoś musiałby się obudzić na dobre. Czy go stać? Następny wyścig Bartka. Przerwany. Arbiter ocenił, że Emil leżał nie bez udziału rywala i to jego wykluczył. Dyskutowałbym odrobinę. Podobnie uznany winnym Doyle, który wykorzystał darmowe minuty. Nic nie wskórał. Powtórka we trójkę. Gorzej, bo tym razem to odrodzony Sajfutdinow ograł Zmarzlika. Przy pierwszym podejściu Zmarzły prowadził bez złudzeń. Tym razem dał się zamknąć na wejściu i nic już nie wskórał. Rosjanie jadą dla siebie, ale przy okazji nieco sobie wzajem pomagają. Teraz znowu postraszył Artiom. Jakaż przewaga! Co on ma pod tyłkiem! Sparta vs Włókniarz 5-1. Nie dziwi kogo brakuje w play off. Taki suchar. No to Magic. Wróci, czy pogrzebie na amen? Rywale mniej wymagający. Lepszej okazji nie będzie. Amen. Nie wrócił. Katastrofa. Seria nie lubi fighterów. Nie wystarczy wygrać raz, czy dwa. Trzeba jeszcze ciułać. Najlepiej minimalny poziom przyzwoitości wieszając wysoko. Trzy bądź cztery nokdauny nie dają szans na wiktorię. Przykre, ale prawdziwe. Miast o krążki przyjdzie walczyć o utrzymanie w cyklu. A miało być tak pięknie. Kamery, wywiady, panienki w strojach ludowych i… . Nic się nie stało, Janowski, nic się nie stało – zaśpiewaliby najwierniejsi, bezkrytyczni fani. Ja do nich (tych bezkrytycznych) nie należę. Stwierdzam zatem, że stało się. Maciej bezpowrotnie zmarnował kolejną doskonałą sposobność, szczególnie po imponującym otwarciu, by zwieńczyć dobrą karierę medalem indywidualnym w SGP. A czas biegnie. Nie każdy jest Gollobem, czy Hancockiem by jeszcze po czterdziestce imponować formą. Wyraźnie od pewnego czasu powietrze uchodzi z Magic-a. Gubi się, myśli, kombinuje, jak nie przymierzając Woryna na początku roku. Spaprał ten sezon w SGP i to trzeba uczciwie przyznać.

Grunt, że mamy Zmarzlika. Nie zawala. Wygrywa. Z dziesięcioma jest już w półfinale. Powojował nieco Kasprzak, dopóki nie wystraszył się szarży Michelsena a la Bartek. Wtedy spadł na koniec i tak dopędzlował do kreski. Zobaczymy co zrobi Łaguta z trzeciego. Niby pole słabe, ale zawodnik mocny. Po starcie Thomsen. Na krótko. Żegna się z marzeniami w dość rozpaczliwym stylu, gubiąc z trasy co wziął po starcie. Kończy z oczkiem i tu pierwsza porażka Artioma. Wygrywa Janoś, przed Łagutą. Tylko 5 oczek w czterech Polaka. Za mało. Pościgali się też w następnym. Szczególnie Emil goniąc Lamberta. Skutecznie goniąc. Wygrał efektywny i dosyć szybki Tajski. Jest i gęsto i ciekawie w klasyfikacji. Sporo chętnych do połówek. Jakkolwiek to brzmi. Na koniec rundy czterech z… czterema w dorobku. Szansę wykorzystuje Fricke. Lingren zaledwie trzeci i też pięć w czterech. Jak Magic.

No to czas na odsłony decydujące o obsadzie półfinałów. Tor nie pozwala na zbyt wiele. W zasadzie jedzie jedna ścieżka. Można coś kombinować i straszyć rywala, jednak jeśli ten odporny, to nie sposób go minąć. Udane właściwie jedynie piki w drugim łuku. A i to nie zawsze. Generalnie – slick.

Tym razem fruwający Łaguta ląduje dosyć twardo. Nudny wyścig. Start i gęsiego. No może z wyjątkiem Doyle`a, który nie wiedzieć czemu, postanowił jak Magic, pozwiedzać szeroką i miast przebić się na czoło, oddał jedno oczko Rosjaninowi. Jak to powiedział klasyk Gomólski – Australijczyk pojechał na grzyby. Teraz wygrał Lindgren, czym nie ułatwia sytuacji Maćkowi. I nie mówię o półfinale. W łącznej punktacji cyklu nie ułatwia. Zmarzlik w następnym powojował i ograł Tajskiego. Niestety Janowski statystował ze śliwką. Smutne pożegnanie. A Bartek? Jedna pika – nic. Poprawka na kolejnym kółku – i już. Naturalnie drugi wiraż. W biegu o życie wygrywa znakomity spod linek Emil, zawala zaś na całej linii Fricke. To kosztowna pomyłka. Psim swędem kto w półfinale? Oczywiście Madsen.

Na połówki liderzy zgodnie wybierają wewnętrzne pole. To wydaje się zrozumiałe i uzasadnione. Jest ślisko i twardo. Bartek potwierdza słuszność wyboru. Po męczarniach drugi Sajfutdinow. Lambert i Madsen za burtą. Teraz Łaguta. Chwilowa zadyszka przy pewności awansu, czy rzeczywiste kłopoty z dopasowaniem? Ano – zobaczmy. Nic z tego. Artiom jak Bartek – frunie z pierwszego. Za nim gotuje się niemożliwie. Trzech chętnych i jedno miejsce. O mamuńciu! Ależ karambol. Tfu, tfu, tfu. Oby skończyło się na strachu. Dość już kontuzji i ciężkich uszkodzeń. Wyglądało paskudnie. Bóg istnieje. Zbierają się. Stara prawda o tym, że upadki pod kamerę kończą się na strachu znowu się potwierdza. Na szczęście. Właściwie nikt nie zawinił. Michelsena ewidentnie pociągnęło i wpakował się we Fredkę. Nie było mowy o premedytacji, czy polowaniu na kości. Ot, zdarzenie torowe. Obaj chcieli walczyć i zwyciężyć. Sędzia zalicza kolejność. Ostatnie kółko. Powtórki nie będzie. Czas na finał. Dwaj Rosjanie, Tajski i Bartek z pierwszego, bowiem wybierał jako zwycięzca rundy zasadniczej, przed Artiomem. To z pewnością rodzaj handicapu dla Polaka, tylko ten trzeba jeszcze wykorzystać. Niestety, tym razem nie utrzymali Morrisa w ryzach. Nareszcie ma okazję pokazać jaki jest ważny. Nowy fragment dmuchawca i powinniśmy pojechać. Tylko o tym wszyscy wiedzieli nawet bez niego i pokazywania zatroskanego lica przed obiektywami kamer. Ruszyli. Zmarzlik źle. Koło zamieliło zanim zaczepiło. Ten ułamek sekundy wystarczył Łagucie. Refleksowo było w porządku ze strony Bartka, tylko chyba nieco gorzej z przygotowaniem koleiny. Nowym liderem cyklu Rosjanin. Trzeci Emil, który mocno kąsał z trasy Polaka. Mają swój dzień Rosjanie. Nic to. Siatkarze pomszczą Zmarzlika. Nad występami Kasprzaka i Janowskiego spuśćmy zasłonę życzliwego, acz jednak milczenia. Vojens kocha albo nienawidzi. Dziś pokochało Artioma. Gratki.

PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI