I po sezonie. Rozbuchane emocje gasną. Rozentuzjazmowane głowy stygną. Idzie zima. Pora chłodu i ujemnych temperatur, zatem trzeźwych i zimnych przemyśleń. Nic bardziej błędnego. Gorąco pewnie też nie będzie. No chyba, że ktoś „odkryje” w sieci nowe nagranie „wykładu” a la Lebiediew do Karczewskiego. Albo poznęca się odrobinę nad Discovery za kopiowanie „dokonań” BSI, czyli pójście drogą najlepszej (jedynej?) ligi żużlowej świata, w kwestii hermetyzacji obsady SGP. A tacy mieli być ładni. Amerykańscy. Z UNR-y. Bądź to zechce podworować sobie z niesłownych rajderów, co to jednym obiecali, a z drugimi zatańczyli, w myśl zasady: „Kto da więcej”, zapominając o tak abstrakcyjnych pojęciach jak honor, rzetelność, czy odpowiedzialność – zarzuconych i nie stosowanych od czasu, gdy rządy nad światem objęła wszechwładna mamona. Niestety.

Kurz bitewny opada, a ja już wiem, czego nie znajdę w branżowych mediach zimą. Nie będzie mianowicie rzetelnej, merytorycznej analizy mijającego roku, ze szczególnym uwzględnieniem związków przyczynowo-skutkowych świeżych nowinek regulaminowych. Zarówno tych już wprowadzonych, jak też, metodą antycypacji, tych przygotowywanych. Nie będzie też rozwiązań. Ani kwestii mikro i nano ruchów pod taśmą. Ani zakneblowania ust sędziom, przez zwykłe odblokowanie oczekiwane przez wielu, acz niekoniecznie przez samych zainteresowanych, którym obecna sytuacja wydaje się ze wszech miar… wygodną. Ani też uwolnienia z ryzów samych ścigantów, by mogli wypowiadać się szczerze, bez wiszącego nad głową finansowego topora. Nie będzie również rzeczowej analizy przyczyn rosnącej fali kontuzji. Ciężkich kontuzji. Uregulowania bulwersujących startów w zawodach inwalidów, poruszających się o kulach i kreujących przy tym na bohaterów. Takoż realnego zmniejszenia mocy i prędkości motocykli, poprawiającego zarazem jakość widowiska, bezpieczeństwo rajderów, ale też obniżającego koszty, zaś zwiększającego sterowność narowistego rumaka. Co zatem będzie?

Żużel. Faworyt poza play-off? „Mamy sześć bardzo równych ekip”

Żużel. Ma być liderem, będzie wtopą? „Nie chce mi się wierzyć”

Tradycyjne bicie piany z cyklu: „kto, gdzie, kiedy, za ile” – to na poczatek. Prywatne wojenki i rewanże, czyli awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki. To na bazie ugruntowanej niechęci, bądź z uwagi na grzeszne słówko, gest, albo niefortunne (podobno) zachowanie kogokolwiek z branży, kto ośmielił się „redaktorowi” podpaść. Znajdziemy więc bez trudu czepialstwo i afery, zwykle tam, gdzie ich nie było i nie ma. Grillowanie, hejtowanie, napuszczanie i wszystko co… medialne, bo się klika, a nie wymaga wiedzy.

Dlaczego tak? Ponieważ żeby dyskutować potrzeba argumentów. Najlepiej mądrych, przemyślanych, odpowiednio opakowanych i podanych, zdecydowanie merytorycznych, popartych praktyką i doświadczeniem. Ci którzy takowe mają – nie ujawnią publicznie o ile te nie są „po linii i na bazie”. Albo to z uwagi na uwikłanie w nepotyzm i układy (to ci znani tudzież lansowani). Albo to z powodu zbyt małej siły przebicia (to ci niszowi). Zdałoby się zapytać autorytety, fachowców, tylko z nimi także kłopot. Kto miałby wiedzieć o co pytać i potrafił wysłuchać ze zrozumieniem. Zmieszać z błotem post factum – każdy głupi potrafi, nawet jeśli w swych wywodach dalece mija się z prawdą. Przewidzieć opłakane skutki, a najlepiej znać kontrpropozycję – to już wyższa szkoła jazdy. Ale krytykanctwo przydaje „niezależności” i nieźle przy tym „się klika”, stanowi więc tani sposób zdobycia „popularności” i ogrania nazwiska. Kiedy trzeba wykonać mozolną, benedyktyńska robotę z mizernym efektem „zasięgowym” – to już bardziej niż marnie. Najpierw bowiem należałoby wiedzieć czego i gdzie szukać. Do tego niezbędne doświadczenie, pozwalające odsiać wstępnie ziarno od plew, a jeszcze umiejętność przewidywania efektów, bądź ich braku nie zawadzi. Zbyt wiele jak na jedną, nietęgą głowę. Znacznie łatwiej „pojechać” po klubie, zawodniku, działaczu (niepotrzebne skreślić), który akurat wychylił się z czymś zaskakującym i nieoczekiwanym. Kosztuje niewiele. Wiedzy nie wymaga. Ale za to zasięgi szybują w kosmos.

Czego bym oczekiwał? Dyskusji i decyzji w podstawowych kwestiach spornych, wywołujących największe (lubię to słowo) kontrowersje. Głównie kosztów i bezpieczeństwa, ale nie tylko. Zauważcie jednak. Nie mówimy o strzępieniu jęzora po próżnicy, dla samego strzepienia. Pokutuje ostatnio przekonanie, że brak opinii jest najlepszą opinią. Ci lansowani jako eksperci, czasem z dokonaniami, często kombinują jak konie pod górę, by „ich zdanie” było jak najmniejm kategoryczne i jednoznaczne, stanowiąc swoiste alibi dla decyzji „władz”. Jeśli jeszcze przy tym miałoby być niespójne z aktualną polityką jedynej słusznej siły rzadzącej polskim światkiem żuzlowym – to już broń cię Panie. A to z telewizora mogą wyrzucić, a to umowy na felietony nie przedłużyć. Ot – czasy.

Żużel. Dobrucki mówi, co przesądziło o wyborze Unii! Chce wprowadzić konkretne zmiany! (WYWIAD)

W tej pierwszej kwestii, chętnie dowiem się czy w ogóle, ewentualnie kiedy, możliwy jest powrót do długiego skoku w silnikach. Obniżyłyby się obroty, spadła moc i prędkość, a zarazem zdecydowanie podskoczyła sterowność fury – całość bez najmniejszego uszczerbku dla jakości widowiska, zaś z radykalną poprawą bezpieczeństwa startujących w pakiecie. Żadne tam limitery, plandeki, kosztowne odwodnienia liniowe i inne gry na alibi. Mnie interesują realne, pożądane i oczekiwane efekty, nie zaś tanie efekciarstwo.

Co dalej? Likwidacja przepisu o przerwaniu wyścigu tuż po starcie. Po co komu trening refleksu? Taki paradoks. Maja stać nieruchomo, blisko linek – w porządku. Jeśli żaden się w nie nie wpakuje – to niech śmigają. Kontrowersji nie przybędzie. Były zawody pod taśmą z cyklu: „kto kogo przechytrzy” – ja sędziego, czy on mnie – niech wrócą. No i te klubowe zaświadczenia o zdolności do startów. Facet przychodzi z głową pod pachą, siada na bajka i dalej się „ścigać”. Z jego perspektywy – zrozumiałe. Walczy o kaskę, bo wciąż uparliśmy się płacić za punkt, a nie podpisywać kontrakty na kwotę. Walczy też o życie, paradoksalnie, głównie zagrożonych przez jego obecność na szlace – kolegów. A czy polski grajek U24 powinien mieć gwarancję minimum trzech wyścigów w zawodach, czy też uznajemy, że to sztuczne, więc z założenia złe rozwiązanie, zaś żużlowcowi wystarczy rola fotomodela przy prezentacji, bez możliwości powąchania toru?

Żużel. Chcą szybko zapomnieć o nieudanym sezonie. Cel jest prosty

Co jeszcze? Odpis z puli telewizyjnej PZM, na potrzeby fundacji… PZM. Wciąż cisza. Odpis (drobny, procentowy, więc proporcjonalny do zarobków) z punktówki zawodników na cel j/w – cisza. Rozwiązania emerytalne dla byłych ścigantów, choćby wzorem NBA, o czym opowiadał Marcin Gortat, a nieśmiało (chyba zbyt nieśmiało, bo nie drążąc wątku), wspominał Cegła – cisza. Ubezpieczenia rajderów, nie wybiórczo dla najprzezorniejszych i najbogatszych, ale kompleksowo, na dobrych warunkach i relatywnie niedrogo, bo jako Klient zbiorowy, nie zaś indywidualny. Może rola Metanolu, skoro PZM nieskuteczny i nieskory do wysiłku negocjacyjnego z potencjalnymi ubezpieczycielami? A może sponsor polis, jako sponsor rozgrywek? Też jakieś rozwiązanie. Dalej – skutecznie działający telefon zaufania. Nie oczekujący aż ktoś zabłądzi i się zgłosi, lecz aktywnie wyszukujący problemy, takoż potrzebujących i reagujący na każdy niepokojący sygnał, bez wywoływania do tablicy.

Następnie zasady startów z Orłem na plastronie. PZM płaci i wymaga, cedując całość otoczki techniczno-logistycznej eskapady na zawodnika, dodatkowo zestresowanego samym faktem startu w reprezentacji, czy może kończymy z żarciem w przydrożnym barze nie najwyższych lotów i noclegami w busach? Że o przepisach ruchu drogowego nie wspomnę… . A jednak wspomnę. Dozwolona prędkość przejazdowa na trasach liczących kilka czasem tysięcy kilometrów, czas prowadzenia pojazdu i kilka innych, istotnych kwestii uregulowanych w Prawie o ruchu drogowym, z adnotacją: „Nie dotyczy reprezentantów Polski w ramach PZM” – wymaga rozwiązania, a nie udawania wybiórczej ślepoty. A team`y żużlowców. Ich czas na szychcie i warunki zatrudnienia. Autorzy Kodeksu Pracy dostają palpitacji serca, obserwując tych pozytywnych wariatów, wciąż łamiących wszelkie reguły.

Kolejna sprawa – system szkolenia. Tworzymy mini tory jak Orliki, w nowych lokalizacjach, na bazie przemyślanego, finansowanego przez federację programu, dokładając klasy sportowe w szkołach i światłą myśl szkoleniową? Marzyłoby się. Skąd kasa? Niech pomyślę… .Chcemy ogarnąć temat skutecznie, więc szukamy rozwiązań, czy uzasadniamy niemoc (niechęć), zatem wymyślamy dlaczego się nie uda? Zawsze tam, gdzie wszyscy wiedzą, że czegoś nie można zrealizować, przychodzi ten jeden, który akurat nie wie, że nie można i on to zazwyczaj osiąga.

No i wreszcie. Nominacje, czy eliminacje? Moim zdaniem, z wielu powodów – zdecydowanie eliminacje. A co z finansami i fikcyjnym, niestosowanym w praktyce, obchodzonym Regulaminem, określającym (podobno) zasady i terminy tak zawierania Umów jak też startów zawodników? Cały ten „system” nie działa. Umowy sponsorskie żeby nie podpaść związkowi, a przebić konkurencję – to przecież oczywista i powszechna praktyka. Omijają więc sportowe spółki jurysdykcję komisji licencyjnej PZM na potęgę. A potem płacz i zgrzytanie zębami zawodników. Zresztą. Ceny „urzędowe” jakie się tu serwuje w wykonaniu związku, to pomysł rodem z mrocznych czasów PRL-u. Takoż obśmiewane zewsząd, sławetne „okno transferowe” wymaga przystosowania do życia. Może przyszła pora opamietania i powrotu do broszurki, miast opasłych tomisk, usiłujących z uporem maniaka, przewidzieć, co nieprzewidywalne. A komisarze? Potrzebni? Komu i do czego?

Niby najlepsza liga świata, a wiele „rozwiązań” wymyślanych na kolanie pod potrzebę chwili i spinanych na trytytki. Czas najwyższy na spójny, przemyślany i zaplanowany, rozważny, kompleksowy system. To się rozpędziłem. Dobra. Pobudka. Wracamy na ziemię.

Pole do sensownej wymiany zdań jest szerokie. Nie tylko w poruszonych tu naprędce kwestiach. Że naiwny romantyk ze mnie? Jeśli tak – to tylko współczuć. Nie. Nie mnie. Decydentom i tzw. środowisku. Takiej dyskusji, a tym bardziej rozwiązań… nie będzie. Możecie mi wierzyć. Chyba, że się mylę, a bardzo chciałbym. Jaka jest Wasza opinia?

Przemysław Sierakowski