Główny partner portalu

Żużel. 61. urodziny Sama Ermolenki. Miłośnik motoryzacji z sentymentem do Bydgoszczy

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Sam Ermolenko – były mistrz świata na żużlu, nietuzinkowy zawodnik, który „nagle” wyprzedzał rywali (stąd też jego przydomek). Miłośnik motoryzacji, który w pewnej formie przy speedwayu pozostał. Ermolenko zajmuje się starszymi datą motocyklami i niedawno rozbudował swój warsztat, a kilka miesięcy temu raz jeszcze wsiadł na motocykl, by pokręcić próbne kółka w Stanach Zjednoczonych. Dziś Sudden Sam obchodzi swoje 61. urodziny – życzymy wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia i pomyślności. A by przypomnieć Wam sylwetkę byłego zawodnika m.in. Polonii Bydgoszcz, prezentujemy wywiad sprzed kilku miesięcy. Długi, ale ciekawy. Sto lat, Sam!

 

***
Materiał oryginalnie opublikowany 3 maja 2021 roku.
***

Tego zawodnika nikomu przedstawiać nie trzeba. Indywidualny mistrz świata z 1993 roku, multimedalista mistrzostw świata. W Polsce doskonale znany ze startów w Bydgoszczy oraz Łodzi. Zapraszamy na rozmowę z Amerykaninem, Samem Ermolenko.

Sam, zacznijmy od początku. Jak trafiłeś do żużla?

Moją historię zna tak naprawdę chyba niewielu kibiców. Moja rodzina była zaangażowana w biznes motocyklowy. Jak miałem szesnaście lat, to zrobiłem prawo jazdy na motocykl. Miałem jednak poważny wypadek drogowy. Zderzyłem się z samochodem. Miałem poważne obrażenia, a najbardziej ucierpiała moja prawa noga. Rehabilitacja zajęła mi lata. Jak miałem dziewiętnaście lat, to jako tako doszedłem do siebie. Przed tym wypadkiem ścigałem się jako młody chłopak na motocrossie. Pracowałem dorywczo, miałem już z przyjaciółką dziecko i po prostu rozglądałem się, jak tu zarabiać na życie i uprawiać sport jednocześnie. Postanowiłem, że spróbuję żużla, bo na ten sport pozwalała mi kontuzja nogi. W motocrossie jazda po wypadku samochodowym była wykluczona. Tak Ermolenko został żużlowcem. Przypadek nie miłość. Raczej konieczność.

Kto był Twoim pierwszym idolem?

Nikt nie był moim idolem. Ja nie znałem ani historii żużla, ani byłych zawodników. Po prostu trenowałem i jeździłem. Zaczynałem oczywiście w Kalifornii, na torze w Venturze. Najpopularniejszy tor to był tor Costa Mesa, ale żeby tam startować w wieczornych zawodach musiałeś być już dobry. Żeby w ogóle startować w zawodach musiałeś przejść w Ameryce egzamin na żużlowca. Jechałeś cztery okrążenia, a oprócz tego podczas jazdy i na znak chorągiewką musiałeś na przykład nagle bezpiecznie zakończyć jazdę. Ja swój test zdawałem właśnie na torze w Venturze. Pierwsze podejście było nieudane. Nie tak wyłączyłem motocykl. Tydzień później, przed zawodami, był kolejny egzamin. Żeby było ciekawiej, to zgłosiłem się do wieczornych zawodów w Venturze, będąc pewnym, że licencję zdam parę godzin wcześniej. Tak też się stało, licencję uzyskałem, a w zawodach rozegranych późnej wygrałem swój pierwszy bieg w karierze. To był rok 1981. W 1982 zacząłem regularnie ścigać się w zawodach. 

W 1984 roku trafiłeś do Anglii. Ktoś Cię polecił?

Nie. Ja tam trafiłem zupełnie inaczej. 1982 to mój pierwszy rok poważnego ścigania. Wtedy był finał w Los Angeles. Przyjechało na niego wielu działaczy z Europy. Bywali też na innych zawodach. Wśród nich był działacz z Poole- Brain Maidman. Z tego co wiem, wtedy był prawie profesjonalny skauting. Wyobraź sobie, że on w 1982 roku zapisał sobie moje nazwisko i, jak się po latach dowiedziałem, śledził moje wyniki. W 1983 zacząłem wygrywać już pojedyncze zawody w Ameryce. Po sezonie zadzwonił telefon z Poole, czy bym nie przyjechał pościgać się do Europy.

Miałeś obawy przed wyjazdem do Europy?

Jedno musisz wiedzieć, obojętnie czy wierzysz, czy nie. Ja skupiałem się na swojej Ameryce i nie interesowałem się za bardzo tym, co w żużlu się dzieje. Byłem „sfokusowany” na sobie. Trochę stałem z boku. Jak zadzwonił telefon, to wierz mi lub nie – pomyślałem sobie: „oooo jeżdżą na żużlu w Anglii…”. W 1982 oglądając program z finału w Los Angeles uświadamiałem sobie dopiero, którzy zawodnicy są najlepsi na świecie. Nigdy nie patrzyłem na to jakoś ambicjonalnie. Ja byłem już relatywnie „stary”. Miałem rodzinę, dzieci. Chciałem się ścigać na żużlu u siebie, nic więcej. Zero parcia na jakieś sukcesy. Wyjazd do Europy potraktowałem tak, że pojadę na sześć tygodni i sobie pojeżdżę na luzie, zobaczę co tam słychać… Pojechałem do Poole, podpisałem kontrakt na 1984 rok. Średnią chyba miałem pod siedem punktów. Po sezonie 1984 wróciłem do Ameryki. W 1985 w Poole nie wystartowałem, bo zespół miał poważne  problemy finansowe.

W 1985 roku zadebiutowałeś w finale światowym w Bradford. Zająłeś trzecie miejsce…

Nie jeździłem wtedy w Anglii, jak wspominałem wcześniej. Pięć razy w tygodniu ścigałem się w zawodach u nas i na tyle dobrze, że zakwalifikowałem się do reprezentacji. Potem byłem drugi w finale amerykańskim w Long Beach. Później w Bradford, w maju, przeszedłem finał zamorski. Po nim wróciłem do Ameryki. Poleciałem do Vetlandy na finał interkontynentalny, awansowałem z niego dalej, a po nim już był finał na Odsal. 

Jak oceniasz ten debiutancki finał?

Pojechałem na „świeżaka”. Nic nie wiedziałem o rywalach. Nie wiedziałem, co potrafią. Założenie było proste. W każdym biegu robić swoje. Skończyło się na barażu o złoto, w którym byłem najsłabszy. Na pewno z perspektywy czasu to był sukces. 

Wtedy w końcu pomyślałeś sobie, że możesz być w tym sporcie mistrzem?

Nie, dalej nie. Po Bradford zrozumiałem jedno. Okay, w Europie trzeba robić swoje, ale trzeba też trzymać koło dłużej prosto niż w Ameryce i też można się nieźle ścigać. Podpisałem kontrakt w Wolverhampton Wolves i postanowiłem w Europie zarabiać na torze oraz walczyć o punkty. O mistrzostwie świata nie myślałem. Mówię uczciwie. 

W 1987 roku w finale dwudniowym w Amsterdamie tytuł ponownie był blisko. Po pierwszym dniu to Ty prowadziłeś w klasyfikacji…

Drugiego dnia miałem problemy z silnikiem. Z biegu na bieg spisywał się coraz gorzej. Ja nie byłem w stanie znaleźć przyczyny tego stanu rzeczy i skończyło się tak, jak się skończyło. 

Sezon 1989 nie był udany. W półfinale mistrzostw świata na długim torze w niemieckim Herxheim odniosłeś bardzo poważną kontuzję nogi…

Tak. To był długi tor. Noga została połamana w paru miejscach. Dwa tygodnie leżałem w niemieckim szpitalu, później przetransportowano mnie samolotem do szpitala w Anglii. Tam po dwóch tygodniach usłyszałem od bardzo dobrego lekarza: „Panie Ermolenko, bardzo mi przykro, ale nie ma mowy, aby Pan kiedykolwiek jeszcze startował na żużlu. Kontuzja nogi i jej następstwa na to nie pozwalają”. Pomyślałem sobie: „Okay. Wracam do Ameryki i tam porozmawiam z lekarzami”. W „domu” usłyszałem to samo. Poleciałem odpocząć i dojść do siebie w Australii. Tam spotkałem lekarza, który niespodziewanie chciał podjąć się leczenia nogi. Nie miałem nic do stracenia. Zaryzykowałem. Postanowił, wbrew swoim poprzednikom, natychmiast wyjąć z nogi wszelkie blachy i śruby. Po miesiącu masaży, basenów, noga zaczęła ponownie „pracować”. Wróciłem do Ameryki i zacząłem bardzo mocno trenować i rehabilitować nogę. Po dwóch miesiącach ciężkiej pracy poleciałem do Anglii i wsiadłem na motocykl. Wróciłem do żużla. Zacząłem naprawdę dobrze punktować.

ermolenko

Niespodziewanie, Twoja kariera po kontuzji nabrała jeszcze większego rozpędu…

Z perspektywy czasu można tak powiedzieć. Kontuzja miała jeden plus. Miałem czas na myślenie. Dokonaliśmy zmian w sprzęcie. Założyłem firmę zajmująca się przygotowaniem silników. W nazwie miała Bloomfeldt…

Carl Bloomfeldt? Późniejsza broń Tony’ego Rickardssona.

Dokładnie on. Ja go tak naprawdę wykreowałem. Możesz spokojnie tak pisać. Po kontuzji i pobycie w szpitalu potrzebowałem pieniędzy i pomyślałem, że wykorzystam swoją wiedzę na temat silników. Na „frontmena” biznesu z różnych przyczyn wykreowałem właśnie Carla. Siedzieliśmy w moim warsztacie i pracowaliśmy. Ja wróciłem do żużla, a Carl zaczął działać z silnikami. To było sprytne posunięcie. Byli tacy zawodnicy, moi konkurenci, którzy testowali to, co ja z Carlem wymyśliłem. Ja nie musiałem potem testować na sobie metodą prób i błędów. Dlatego, kiedy wróciłem, po kontuzji byłem lepszy.

W 1993 roku wywalczyłeś tytuł najlepszego zawodnika na świecie. Nie obyło się bez kontrowersji w finale. Mam na myśli bieg z Hansem Nielsenem…

Do tego biegu wszystko wygrywałem. W telewizji tego nie było widać, ale ten tor w Pocking miał wtedy sporo dziur i nierówności. Ja uciekałem na zewnętrzną, a Hans wjechał we mnie. Tego dnie miałem problemy sprzętowe i miałem sporo szczęścia, ale uwierz – ono w żużlu też jest potrzebne. 

Startowałeś również w cyklu Grand Prix. W 1995 roku wywalczyłeś brązowy medal…

Tak. Pierwszy rok był dosyć udany. W kolejnym mieliśmy problemy z silnikami. Być może błędem było to, że próbowaliśmy problemy z nimi rozwiązać sami. Może należało poprosić o pomoc kogoś z zewnątrz. Nam nie udało się wtedy dojść z nimi do ładu. Do tego doszły nowe opony i zakończyłem swoją przygodę z mistrzostwami świata. 

Wiesz, że w Polsce do dzisiaj jesteś najbardziej zapamiętany ze startów w Polonii Bydgoszcz? Jak do niej trafiłeś? 

Do Polski trafiłem przy pomocy nikogo innego, jak Petera Collinsa. On zaczął wysyłać zawodników do Polski. Oprócz mnie pomagał między innymi Doncasterowi czy Havelockowi. Pamiętam, że oprócz oferty z Bydgoszczy miałem wtedy propozycje z Lublina oraz Zielonej Góry. Czemu postawiłem na Bydgoszcz? Jak z nimi rozmawiałem, to po prostu miałem najlepsze przeczucie. 

Startowałeś nad Brdą trzy sezony. Jak oceniasz ten czas? Jak układała Ci się współpraca z klanem Gollobów?

Oczywiście Bydgoszcz wspominam jak najlepiej. Fajny czas. Jest sentyment. Pierwszy mój klub w Polsce. Nieźle nam przecież szło choćby w 1992 roku. Wtedy wywalczyliśmy mistrzostwo. Tomek był zawodnikiem bardzo cichym. Takim go pamiętam z tamtego okresu. Jacek Gollob był bardzo w porządku, a prym wiódł Papa Gollob. 

Władysław Gollob rzadko pozytywnie mówił o zagranicznych zawodnikach…

Nie wiem. Ja jakichś problemów z nim nie miałem. Odnosiłem tylko wrażenie, że on chyba nie do końca rozumiał mentalność zachodnich zawodników. Dla nas było normalne, że przyjeżdżamy, zdobywamy punkty i bawimy się jazdą. Władysław Gollob często mediom przedstawiał swój punkt widzenia, nie zawsze zgodny z rzeczywistością. 

Po Bydgoszczy startowałeś w zespole J.A.G Łódź. Odbudowywałeś żużel w Łodzi…

Jedną rzecz muszę wyjaśnić, jak już rozmawiamy. W Bydgoszczy czułem się zawsze bardzo dobrze. Jak było z odejściem z Polonii? Jak jeszcze tam startowałem, to przyjechał do Bydgoszczy człowiek o nazwisku Walczak. Kulturalny człowiek. Pogadaliśmy sobie i na do widzenia powiedział mi, że może jeszcze kiedyś się spotkamy. Ja po sezonie wyjechałem do Australii. Stamtąd zadzwoniłem do Bydgoszczy i spytałem, co z moim nowym kontraktem. Usłyszałem, że nic jeszcze nie wiadomo. Po jakimś czasie odezwał się do mnie Pan Walczak z pytaniem, czy bym nie pojechał dla Łodzi. Zaczął tam działać. Odmówiłem, mówiąc, że zaraz Bydgoszcz przedłuży umowę. Zadzwoniłem znowu do Bydgoszczy i znów usłyszałem, że jeszcze nic konkretnego nie wiadomo. Czas gonił. W końcu sam zadzwoniłem do Pana Walczaka i powiedziałem: „Ok, podpisujmy”. W Łodzi było fajnie. Zaczynaliśmy wszystko od nowa. Po odejściu Pana Walczaka sporo się tam zmieniło. Zaczęły się problemami z płatnościami i po jakimś czasie stamtąd odszedłem. 

Było jeszcze między innymi choćby Opole, Częstochowa czy Warszawa…

Tak. Te wspomniane przez ciebie kluby też „odwiedziłem”. Największy sentyment mam jednak zdecydowanie do Bydgoszczy, a późnej do Łodzi. 

Jak Twoim zdaniem zmienił się żużel na przestrzeni dekad?

Bez dwóch zdań teraz żużel jest bardziej biznesowy, aniżeli był kiedyś, choćby przez fakt zaangażowania telewizji. Na pewno to, co było w żużlu kiedyś mocno się różni od tego, co mamy dzisiaj. Dochodzą oczywiście kwestie sprzętowe. Moim zdaniem dziś technika jazdy nie ma już takiego znaczenia, jakie miała kiedyś.

No właśnie. „Odwieczne” pytanie. Co jest ważniejsze – zawodnik czy sprzęt?

To jest skomplikowane zagadnienie. Być może zabrzmi to słabo, ale w moim odczuciu dzisiaj dla zawodników liczy się tylko manetka i, aby było co nią odkręcić. Z drugiej strony w tę stronę idzie ten sport. Liczy się szybkość, nie do końca najważniejsza czy najbardziej potrzebna jest super technika. 

Co byś zmienił w obecnym żużlu?

Na pewno dwie rzeczy. Tłumiki i opony. Oczywiście rozumiem, że są ograniczenia głośności i tak dalej, ale z tłumikami powinno się coś zrobić, a to ułatwi wszystkim pracę nad silnikami. To są takie tematy, że można dywagować długo. Jeśli byłyby lepsze opony – mam na myśli większą przyczepność – nie byłoby potrzeby tak mocnego „żyłowania” silników, aby zawodnik panował nad sprzętem. FIM niby cały czas pracuje nad rozwiązaniami z oponami, co rusz są zmiany, ale niewiele to daje. Myślę, że należy iść w kierunku zrobienia czegoś z tłumikami i znalezienia naprawdę dobrej opony do uprawiania żużla. 

Jak oceniasz Bartosza Zmarzlika? 

O Bartku mogę powiedzieć na pewno tyle, że jest bardzo dobrym zawodnikiem. Imponuje mi swoją naturalnością oraz agresywnością na torze. Te cechy miał od początku swojej kariery. Ostatnio widzę, że kładzie mocno nacisk na profesjonalizm w każdym calu i bez wątpienia może być zawodnikiem w pełni kompletnym. 

Z kim najlepiej startowało Ci się w parze podczas kariery?

Myślę, że z wieloma zawodnikami startowało mi się dobrze. Na pewno z tymi, którzy jeździli parowo i można było sobie pomagać wzajemnie. W reprezentacji lubiłem startować z Hancockiem czy Hamillem, a w Wolverhampton z Ronnie Correyem.

Ostatnio media społecznościowe obiegły zdjęcia Twojego warsztatu, w którym obecnie rozwijasz swój biznes.

Tak. Robię to, co kocham, czyli pracuję z silnikami. Robię praktycznie wszystko, czego sobie życzą klienci. Od restaurowania, po ich, można powiedzieć, tuning. Są to silniki z różnych dyscyplin motorowych. Uwielbiam to robić i cieszę się, że mogę robić to, co kocham i z tego żyć. Obecnie pandemia trochę „popuszcza”, to zaczynam zatrudniać ludzi. Tyle mam zleceń. Właśnie z tego powodu tak trudno było nam się złapać na spokojną rozmowę. Oprócz tego współpracuje wciąż z telewizją i komentuję żużel. 

Żużlowy dream team Sama Ermolenki. Możesz wybrać z tych zawodników, z którymi się ścigałeś. 

Kurde, stary, co to za pytanie? Wszystkim je zadajesz?

Staram się.

Wiesz, problem jest taki, że nie daj Bóg ktoś komuś powie: „A ciebie nie wybrał”. I mogą być kłopoty” (śmiech). Dobra, tylko zaznaczam, że ja wybieram tych, z którymi miałem najlepszą „chemię”. Atmosfera to podstawa. Na pewno więc Todd Wiltshire. Bardzo fajny gość. Do tego Greg Hancock. Hmm… Masz czas? (śmiech).

No to może Hamill?

Billy spoko gość i na pewno by się zmieścił w moim zespole amerykańskim. Byłby Correy, ja, Hamill, Hancock i Janniro. Wracamy do twojego „fajnego” pytania. Trzeci Hans Nielsen. Niech będzie, choć na co dzień bym z nim nie zamieszkał. Do tego Tony Rickardsson. Oczywiście musi być nie kto inny, jak Armando Castagna. Załóżmy jako ze mną do pary. Uwierz, że nikt nie zrobi ci takiej atmosfery w parkingu jak Armando. Bez atmosfery nie ma wyniku. O tym też pamiętaj. Do tego Kelly Moran i na rezerwie John Cook. 

Znałeś Kelly’ego Morana. Jak go oceniasz? 

Na pewno Kelly to był wielki talent i bardzo, ale to bardzo dobry zawodnik. Myślę, że gdyby z mniejszym luzem podchodził do sprawy, to wyniki byłyby jeszcze lepsze. Z drugiej strony, wiesz robił, co chciał i miał jeszcze wielki „fun”. Bardzo w porządku gość. 

Najbardziej zabawna historia z kariery?

Nie powiem ci tak na szybko. Za dużo było zabawnych historyjek. Jedna taka się nadaje, która pokazuje też życie żużlowca. Dwadzieścia lat z okładem w podróży. Najbardziej pamiętam lotnisko w Kopenhadze. Był to punkt spotkań i przesiadek. Wracałeś ze Szwecji do Anglii, a w Kopenhadze wszyscy się spotykali i gaworzyli, jak komu poszło wczoraj. Lecieliśmy do Anglii. Stamtąd, po meczu, znów przez Kopenhagę często do Polski. Znowu to samo. Tylko tym razem jak komu poszło w Anglii. Zabawne trochę, ale z drugiej strony pokazujące drugą część tego naszego żużlowego życia. 

Przez lata miałeś przydomek Sudden Sam. Skąd to się wzięło? Zawsze mnie to zastanawiało.

Powiem ci, że rzadko ktoś mnie o to pytał. Sudden Sam wziął się z toru Ventura. Jak tam startowałem w zawodach, to były niekiedy wyścigi handicapowe. Wygrywałeś, w kolejnym startowałeś parę metrów z tyłu. Ja, jak startowałem z tyłu, to faktycznie miałem coś takiego, że w pewnym momencie szybko atakowałem rywali. Był lokalny dziennikarz Bill Loose. Kiedyś po zawodach zaczął mnie pytać: „Tu nagle pojechałeś tak, tam nagle tak”. I to nagle już zostało na lata i chyba zostanie. (śmiech). (Sudden z ang. – nagły).

Co porabia Twój brat Charles?

Charles skończył karierę z powodu kontuzji nogi. Wyjechał do Ameryki. Prowadzi swój biznes. Ma dwójkę dzieci, które studiują. Wiedzie spokojne życie i od czasu do czasu wsiada na motocykl. 

Jak popatrzysz na swoją karierę wstecz, to żałujesz czegoś?

Pytanie z kategorii filozoficznych. Nie mam czego żałować. Było jak było. Uważam, że swoje na torach zrobiłem. Jak się zastanowię, to z jednej strony sobie myślę: „Gdybyś to, czy tamto zrobił inaczej, byłoby lepiej”. Wnioski jednak wyciągasz w życiu zawsze dopiero po fakcie. Z drugiej strony, miałem w życiu dwa poważne wypadki. Jeden, jak byłem młody, na motocyklu szosowym, drugi ten w Herxheim. To szczęście, że pomimo ich w ogóle jeszcze startowałem na żużlu. Można gdybać i dywagować. Jednak nie ma to sensu. Było fajnie. W końcu należę do tych nielicznych zawodników, spośród wielu setek, którzy startowali na żużlu, o którym ktoś sobie przypomina od czasu do czasu i mówi, że gość był mistrzem świata. Było warto.

Dziękuje bardzo za rozmowę.

Dzięki wielkie również. Mówiłem, warto poczekać, to sobie pogadamy. Coś nawet na mój temat wiesz (śmiech). Z takimi osobami fanie się rozmawia. Pozdrawiam wszystkich kibiców w Polsce, którzy mnie pamiętają, Bydgoszcz oraz Łódź szczególnie. 

Dobrze, że coś, jak to mówisz, wiem, ale jakieś trzydzieści lat temu, jako młody chłopak we Wrocławiu, kilkadziesiąt minut czekałem na Twój autograf…

Trzeba było powiedzieć, że ty to ty. Podszedłbym wcześniej (śmiech). Faktycznie w Polsce trochę tych autografów się dawało (śmiech).

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA 

13 komentarzy on Żużel. 61. urodziny Sama Ermolenki. Miłośnik motoryzacji z sentymentem do Bydgoszczy
    Jerzy Heinrich
    3 May 2021
    8:07am

    Panie Łukaszu dłużej nie można było rozmawiać? Żartuję oczywiście. Bardzo dziękuję redakcji za takie rzeczy. U was widać że Wam się chce. Dla mnie numer 1 wśród portali żużlowych. Pozdrawiam z Lipska

    judas
    3 May 2021
    9:56am

    Pamiętam w Łodzi po każdym meczu „Sam”, rozdawał autografy i robił zdjęcia z kibicami , nikomu nie odmówił , inni zawodnicy już wyjechali a On dopiero poszedł się kąpać jak nikogo nie było w koło. Wielki szacunek dla SAM-a, zarówno zawodnika jak i człowieka , życzę Wszystkiego Zdrowego.

    Ⓜⓤⓒⓗⓞⓜⓞⓡⓔⓚ
    3 May 2021
    12:07pm

    Fajny gość ten Ermolenko. Oczywiście nazwisko i osiągnięcia znam, ale nigdy nie widziałem go na torze. Gdy on przyjechał do Polski to ja wyjechałem. Inna sprawa że … ale to może innym razem 😉

    Panie Łukaszu, jak czytam takie perełki to aż się gęba uśmiecha od ucha do ucha a jakby nie było uszu, to bym się uśmiechał na okrągło 😀

    polonista
    3 May 2021
    12:10pm

    Wywiad bardzo fajny do czytania. Panie Łukaszu wielkie dzięki. Swoją drogą to takie wywiady telewizja powinna robić byłoby co oglądać i słuchać plus jakieś archiwalne materiały. Czemu nikt na to jeszcze nie wpadł?

      Ⓜⓤⓒⓗⓞⓜⓞⓡⓔⓚ
      3 May 2021
      1:51pm

      Koszt takiego wywiadu w TV jest zbyt wysoki. Redakcja Po-bandzie chyba nie może sobie na to pozwolić … choć w dobie internetu … ?

      Inna sprawa, że ja wolę słowo pisane, nawet to czarne na białym tle, heh … Będą oponenci? 😉

    Boley
    3 May 2021
    12:25pm

    Dzięki za super wywiad . Ermolenko miał fajną sylwetkę na motocyklu .Sam to fajny gość z dystansem do siebie . Pozdrawiam Redaktora i proszę o więcej .

    robex
    4 May 2021
    12:36pm

    Sam Ermolenko dzięki takim żużlowcom kocham ten sport. Mam jeszcze pare autografów zdobytych w parku maszyn w Bydgoszczy 😁 Świetny wywiad. Wszystkiego najlepszego Sam 🏍💨💨🏁

    Łodzianin
    5 May 2021
    2:00pm

    Miło, że Sam wspomniał o Panu Sławomirze Walczaku. Dziś już pewnie mało kto pamięta tego człowieka, a bez niego być może żużla w Łodzi by nie było w ogóle. Jak dla mnie to jeden z działaczy wszechczasów w polskim Speedwayu. Bo jak inaczej nazwać kogoś, komu udało się zreaktywować sekcję żużlową po kilkunastu latach niebytu w mieście, które żyło tylko piłką nożną, do tego zorganizować środki na zakontraktowanie mistrza świata sprzed 2 lat? Czy dziś gdyby np. reaktywowano żużel w Warszawie była by szansa na zakontraktowanie do 2 ligi Jasona Doyle’a, Taia Woffindena czy nawet Chrisa Holdera? Raczej marna. A 26 lat temu w Łodzi się to udało

Skomentuj

13 komentarzy on Żużel. 61. urodziny Sama Ermolenki. Miłośnik motoryzacji z sentymentem do Bydgoszczy
    Jerzy Heinrich
    3 May 2021
    8:07am

    Panie Łukaszu dłużej nie można było rozmawiać? Żartuję oczywiście. Bardzo dziękuję redakcji za takie rzeczy. U was widać że Wam się chce. Dla mnie numer 1 wśród portali żużlowych. Pozdrawiam z Lipska

    judas
    3 May 2021
    9:56am

    Pamiętam w Łodzi po każdym meczu „Sam”, rozdawał autografy i robił zdjęcia z kibicami , nikomu nie odmówił , inni zawodnicy już wyjechali a On dopiero poszedł się kąpać jak nikogo nie było w koło. Wielki szacunek dla SAM-a, zarówno zawodnika jak i człowieka , życzę Wszystkiego Zdrowego.

    Ⓜⓤⓒⓗⓞⓜⓞⓡⓔⓚ
    3 May 2021
    12:07pm

    Fajny gość ten Ermolenko. Oczywiście nazwisko i osiągnięcia znam, ale nigdy nie widziałem go na torze. Gdy on przyjechał do Polski to ja wyjechałem. Inna sprawa że … ale to może innym razem 😉

    Panie Łukaszu, jak czytam takie perełki to aż się gęba uśmiecha od ucha do ucha a jakby nie było uszu, to bym się uśmiechał na okrągło 😀

    polonista
    3 May 2021
    12:10pm

    Wywiad bardzo fajny do czytania. Panie Łukaszu wielkie dzięki. Swoją drogą to takie wywiady telewizja powinna robić byłoby co oglądać i słuchać plus jakieś archiwalne materiały. Czemu nikt na to jeszcze nie wpadł?

      Ⓜⓤⓒⓗⓞⓜⓞⓡⓔⓚ
      3 May 2021
      1:51pm

      Koszt takiego wywiadu w TV jest zbyt wysoki. Redakcja Po-bandzie chyba nie może sobie na to pozwolić … choć w dobie internetu … ?

      Inna sprawa, że ja wolę słowo pisane, nawet to czarne na białym tle, heh … Będą oponenci? 😉

    Boley
    3 May 2021
    12:25pm

    Dzięki za super wywiad . Ermolenko miał fajną sylwetkę na motocyklu .Sam to fajny gość z dystansem do siebie . Pozdrawiam Redaktora i proszę o więcej .

    robex
    4 May 2021
    12:36pm

    Sam Ermolenko dzięki takim żużlowcom kocham ten sport. Mam jeszcze pare autografów zdobytych w parku maszyn w Bydgoszczy 😁 Świetny wywiad. Wszystkiego najlepszego Sam 🏍💨💨🏁

    Łodzianin
    5 May 2021
    2:00pm

    Miło, że Sam wspomniał o Panu Sławomirze Walczaku. Dziś już pewnie mało kto pamięta tego człowieka, a bez niego być może żużla w Łodzi by nie było w ogóle. Jak dla mnie to jeden z działaczy wszechczasów w polskim Speedwayu. Bo jak inaczej nazwać kogoś, komu udało się zreaktywować sekcję żużlową po kilkunastu latach niebytu w mieście, które żyło tylko piłką nożną, do tego zorganizować środki na zakontraktowanie mistrza świata sprzed 2 lat? Czy dziś gdyby np. reaktywowano żużel w Warszawie była by szansa na zakontraktowanie do 2 ligi Jasona Doyle’a, Taia Woffindena czy nawet Chrisa Holdera? Raczej marna. A 26 lat temu w Łodzi się to udało

Skomentuj