Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Beniaminek eWinner 1. Ligi od sezonu 2020 występuje pod nazwą SpecHouse PSŻ Poznań. Jak się okazuje, szef sponsora tytularnego Skorpionów, Piotr Buchholz, to człowiek od niedawna zakochany w żużlu. Jedną z jego wieloletnich pasji jest natomiast gotowanie i degustowanie przeróżnych potraw. O miłości do kuchni, wspieraniu klubów sportowych i planach na katering stadionowy najwyższej jakości w poniższej rozmowie.

 

W Poznaniu mówią, że beniaminek ma swojego Roberta Makłowicza. Skąd wiec u Pana ta pasja do kuchni?

Pasji mam wiele, ale ta dotycząca jedzenia jest jedną z tych najważniejszych. Moja babcia była bardzo dobrą kucharką przedwojenną. Gotowała w Warszawie. Później przeprowadziła się do Poznania i ja się z nią wychowywałem. To była osoba wybitnie przywiązująca wagę do jakości wszystkiego, co gotuje. Babcia potrafiła każdemu osobno przygotowywać ziemniaki, aby były one jak najsmaczniejsze. To była perfekcjonistka, więc o żadnym odgrzewaniu nie było mowy.

Potem przeszło to na Pana?

Tak, ja często przesiadywałem w kuchni i podpatrywałem. Babcia też tłumaczyła mi, które rzeczy ze sobą dobrze grają. Już wtedy poznałem większość tych najważniejszych przypraw. Trzy razy w tygodniu chodziłem z babcią na targ na rynku Łazarskim. Kupowaliśmy tam świeże warzywa, jajka, mięso. Tego się nauczyłem jako dziecko i tak pozostaje niezmiennie od 50 lat. Produkty kupuję na targu od lokalnych dostawców, a nie w wielkich marketach. Poszedłem też trochę w tym kierunku zawodowo. Skończyłem towaroznastwo na Akademii Ekonomicznej. Na uczelni stwierdzono, że mam dobre progi doznań smakowych i zapachowych. Potrafiłem to dobrze połączyć w kuchni. Gotowałem, gotuję i mam nadzieję, że będę jeszcze długo gotować.

Na tej lokalności, przywiązaniu do dobrych produktów i braku sztucznych zamienników opiera się kultura slowfoodu, w którą jest Pan bardzo mocno zaangażowany…

Dokładnie tak. Ma być swojsko i regionalnie przede wszystkim. Staramy się wypierać produkty wątpliwego pochodzenia. Przykładowo staram się zawsze kupować chleb orkiszowy. To zboże nie podlega takim modyfikacjom jak chociażby pszenica czy żyto. Podobnie jest z mięsami czy jajkami. Można kupić „dwójki”, można kupić „zerówki”. My zawsze decydujemy się na te najzdrowsze „zerówki”. Mięso też lepiej kupić od lokalnych dostawców. Szanujemy zwierzęta i lokalność. Do tego ważna jest sezonowość. Gdy jest sezon na szparagi, to praktycznie codziennie u mnie w domu można zjeść szparagi. Są też okresy grzybów czy papryki. Dzieci mówią do mnie: „Tato, ile można tej papryki”. Ja wtedy odpowiadam, że za parę miesięcy ona już nie będzie taka smaczna, bo sezon się po prostu skończy. Wolę mieć na stole rzeczy świeże niż marketowe, które nie mają żadnych wartości. Taki pomidor co jest dzisiaj w sprzedaży nie ma ani smaku, ani zapachu, ani wartości. Już lepiej kupić dobre mrożone rzeczy.

Jak wygląda popularyzacja tego ruchu? Widzi Pan na wydarzeniach organizowanych przez Pana więcej osób zainteresowanych takim podejściem do jedzenia?

Ja staram się zarażać tym podejściem wszystkich wokół. Zaznaczę oczywiście, że zdarzy mi się podjechać do McDonaldsa na prośbę dzieci. Nie jestem taką straszną konserwą, że nigdy nie zjem chesseburgera czy kebaba. To jednak jest rzadkość. Jeżdżąc po Polsce czy świecie lubię zjeść lokalnie. Najczęściej wybieram restauracje z kuchnią domową i regionalną. Niektórzy jedzą tylko pizzę na wyjazdach, ja wolę sprawdzić co jedzą miejscowi. Spaghetti po bolońsku we Włoszech będzie zupełnie inaczej smakowało niż w Polsce. Robią to setki lat, więc mają doświadczenie i ten charakterystyczny smak. Poza tym staram się popularyzować ten ruch. Od czerwca staram się regularnie co miesiąc robić imprezę slowfoodową na terenie Wielkopolski. Jako Slow Food Wielkopolska, którego prezesem jestem od pół roku, jesteśmy jednym z 900 regionów, które zrzeszają członków. Nasze stowarzyszenie działa od 12 lat i przyznaje nagrody „ślimaka”, podobnie jak Michelin przyznaje „gwiazdki”. Raz w miesiącu robimy spotkanie i osoby mogą przyjść posmakować i sprawdzić jak to jest jeść w taki sposób. Restauratorzy cieszą się z takiej inicjatywy, bo wiedzą, że przychodzą do nich smakosze. Zawsze jak gdzieś jesteśmy, to proszę kucharzy, aby przygotowywali coś wyjątkowo, tematycznego. Lubimy zjeść coś innego niż to, co jest w karcie. Niebawem będę chciał też zorganizować taką kulinarną wycieczkę na Morawy. Będzie to połączenie zwiedzania z jedzeniem i degustowaniem. Ten rejon słynie z bardzo dobrej jakości białych win. Liczę, że to się przyjmie i będziemy to kontynuować.

Na Pana profilu w mediach społecznościowych można znaleźć również ranking rogali świętomarcińskich. Jakie kryteria musi zatem spełnić dobry rogal?

Trzeba zacząć od tego, że rogale dzielimy na certyfikowane i niecertyfikowane. Rogale wyróżnia głównie to czy robi się je na maśle czy na margarynie. Niestety za czasów komuny zaczęto zastępować masło. Margaryna je wyparła i cukiernicy tak działali przez wiele lat. W ten sposób certyfikat zyskały rogale na margarynie i te na maśle nie mogą być sprawdzane przez kapitułę. Dla mnie prywatnie lepsze są te niecertyfikowane. Dla mnie ten smak jest najlepszy. Podczas tegorocznego święta ja byłem chory, ale rogale udało mi się sprawdzić. W zeszłym i w obecnym roku wygrała u mnie Cukiernia mistrza świata Pawła Mieszały z Lubonia. Poziom jest fajny. Tym razem udało mi się sprawdzić osiem rogali.

A takie najbardziej oryginalne potrawy, które miał Pan okazję próbować?

Było kilka potraw, które mnie mocno zdziwiły. Gdy mieszkałem w Niemczach wiele lat temu, to pracowałem w fabryce. Byłem przyzwyczajony do kuchni poznańskiej. Tam jednak proponowali dość dziwne potrawy. W Poznaniu bardzo popularne są pyry z gzikiem. Ziemniak gotowany w mundurku, a do tego twaróg ze śmietaną, szczypiorkiem i cebulą. Do tego masło, olej lniany i smakuje to świetnie. W fabryce zamiast gzika podano mi leberwurst, czyli wątrobiankę. Patrzę na to, a tam ziemniaki i pasztetowa. Nie było to zachwycające. Z nietypowych połączeń mogę wspomnieć o tatarze z czekoladą. Ja bardzo lubię kuchnię nowoczesną, która opiera się na mieszaniu różnych struktur i smaków. To był tatar z jelenia. Polany był ciepłą białą czekoladą. Ja go zjadłem i byłem zachwycony. Kilka osób nie przyszło wtedy do restauracji, więc szef kuchni zaproponował dokładkę. Skończyło się na czterech. W sobotę z kolei na przyjęciu podali kalafiorową z białą czekoladą. Ja lubię być zaskakiwany. Kiedyś poprosiłem o nietypowe przygotowanie rogala świętomarcińskiego, o którym rozmawialiśmy wcześniej. Zaproponowano mi go w formie kuli. Kula była koloru fioletowego. W środku była bardzo aromatyczna masa, która właśnie przypominała smak tego tradycyjnego rogala. Pięknie wyglądało, a smakowało jeszcze lepiej.

Poza kuchnią bardzo aktywnie wspiera Pan też żużel. Jak to się stało, że firma SpecHouse została sponsorem tytularnym klubu z Poznania?

Tu historia jest zupełnie inna, bo nie jestem fanem żużla od dziecka. Kilka lat temu zostałem zaproszony na spotkanie biznesowe organizowane przez Arka Ładzińskiego. Zostaliśmy zaproszeni, ale podziękowaliśmy za rolę sponsora. Po kilku latach i kolejnych spotkaniach stwierdziliśmy, że jednak spróbujemy. Założyliśmy sobie jednak, że wchodzimy jako sponsor tytularny albo wcale. Gdy zrobiło się miejsce w 2020 roku, to się zgodziliśmy. Umowę mamy do końca tego roku. Klub bardzo rozwinął się szczególnie w ostatnim roku i bardzo się cieszymy, że jesteśmy częścią tego projektu, którym szefuje Jakub Kozaczyk. Wcześniej na żużlu byłem dwa razy w życiu, ale jak wszedłem w ten sport to nie opuszczam żadnego meczu.

Czyli wciągnęło…

Totalnie. Ja tak mam z wieloma sprawami, w które się angażuję. Sponsorujemy też chociażby Wartę Poznań i jestem na każdym meczu w Grodzisku i sporej części wyjazdów. Lubię być na stadionach i lubię gdy się coś dzieje. W weekendy zazwyczaj w domu mnie nie ma, bo zawsze jest jakiś mecz. Żużel bardzo szybko potrafi wkręcić.

A myślał Pan o połączeniu żużla z kuchnią? Może jakiś festiwal slow foodowy na stadionie?

Mam kilka pomysłów. Zresztą wspominałem już o nich w klubie. Marzy mi się, żeby u nas był bardzo wysoki poziom kateringu. Fajnie jakby jedzenie na stadionie było najwyższych lotów. Ostatnio byłem na festiwalu, na którym degustowaliśmy różne kiełbasy. Degustowałem chyba ze 30 i żadna mi nie podeszła. W końcu jednak dorwałem producenta, który zrobił kiełbasę pod moje dyktando. Zawiozłem ją na stadion Warty i wraz z kibicami oraz włodarzami Warty wszyscy byli zachwyceni. Możemy też to wprowadzić na stadion żużlowy. Żużel to taki sport, że jest dużo przerw i okazji na jedzenie, więc myślę, że byłby to strzał w dziesiątkę. Taka swojska kiełbasa z dobrą bułką i musztardą na stadionach mi się marzy. Mam nadzieję, że niebawem to się wydarzy.

A jakie ma Pan dalsze plany na wspieranie poznańskiego żużla? Pozostanie Pan sponsorem tytularnym?

Jak wspominałem, kończy nam się umowa i wszystko jest kwestią rozmów. Rozstania z poznańskim żużlem sobie nie wyobrażam. Na pewno będziemy służyć zawodnikom i klubowi pomocą. Szczegóły są do ustalenia. Na współpracę jesteśmy otwarci.

fbt

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

Rozmawiał BARTOSZ RABENDA