Główny partner portalu

Maciej Janowski na prowadzeniu w finale Indywidualnych Mistrzostw Polski w 2020 roku. Za jego plecami szturmujący Bartosz Zmarzlik. Foto: Jarek Pabijan
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Zgodnie z prośbami Czytelników, ruszyliśmy z nowym cyklem, w którym będziemy przypominali wyścigi, które przeszły do historii żużla. Niekiedy dzięki fantastycznej rywalizacji startujących w nich zawodników, innym razem ze względu na wagę rozstrzygnięć, które w nich zapadły, a niewykluczone są też i inne powody. Tym razem powspominajmy finały Indywidualnych Mistrzostw Polski z 2015 i z 2020 roku.

2013 roku przyniósł rewolucję w zmaganiach o tytuł najlepszego polskiego zawodnika. W miejsce klasycznej, dwudziestobiegowej tabeli pojawiła się tabela wzbogacona o baraż dla zawodników zajmujących miejsca od trzeciego do szóstego po fazie zasadniczej oraz o finał dla dwóch najlepszych żużlowców po dwudziestu startach i kolejnych dwóch szczęśliwców z barażu. W efekcie – w dużym uproszczeniu – wybory króla żużla znad Wisły sprowadziły się do dwóch startów, niemniej zapewniono nam ogromną dawkę adrenaliny.

Chyba najwięcej emocji i zarazem kontrowersji wzbudziła edycja z 2015 roku. Po raz pierwszy od trzydziestu jeden lat to Gorzów Wielkopolski był areną finałowych zmagań. Kibice zgromadzenie na Stadionie imienia Edwarda Jancarza mieli bardzo szerokie grono zawodników, którym mogli kibicować. W finale wystartowało aż pięciu stalowców, co zważywszy na beznadziejny początek sezonu drużyny z miasta położonego nad Wartą stanowiło pewną osłodę dla kibiców Żółto-Niebieskich. Mało tego – jedynie 20-letni Adrian Cyfer wypadł słabo, zajmując trzynaste miejsce (0,0,2,2,0). Pozostali czterej gorzowianie – Piotr Świderski, Krzysztof Kasprzak i Bartosz Zmarzlik – zmieścili się w czołowej siódemce zawodów.

Późniejszy bohater wieczoru, Maciej Janowski, do barażu dostał się wręcz cudem. Ani razu nie przekroczył linii mety jako pierwszy, jednak dzięki solidnej postawie i konsekwentnym dowożeniu “dwójek” zajął szóste miejsce w fazie zasadniczej. W barażu – bez prawa wyboru kasku – trafił na najgorsze, drugie pole startowe i w konsekwencji był na ostatnim miejscu po pierwszym łuku. Sytuacja zmieniła się na wyjściu z drugiego łuku, kiedy wrocławianin atakiem przy krawężniku wyprzedził zarazem Krzysztofa Kasprzaka i Grzegorza Zengotę. W dalszej fazie barażu ci trzej zawodnicy ambitnie walczyli za plecami czarnego konia turnieju, Tomasza Gapińskiego, i ostatecznie to Janowski awansował do finału.

W nim na Gapińskiego i Janowskiego czekali dwaj najlepsi żużlowcy fazy zasadniczej – dwudziestoletni Bartosz Zmarzlik (3,2,3,3,3) i jego jedyny do tamtego momentu pogromca, Janusz Kołodziej (3,3,1,3,3). Najlepszym momentem startowym wykazał się startujący w białym kasku Janusz Kołodziej, jednak na pierwszym łuku został wypchnięty przez faworyta organizatorów. Walkę Zmarzlika i Kołodzieja wykorzystali żużlowcy startujący w barażu i na czoło stawki wysunął się Janowski. O ile z Gapińskim jego ówczesny klubowy kolega poradził sobie błyskawicznie, o tyle przez trzy kolejne okrążenia liczące po 329 metrów nie potrafił wyprzedzić Janowskiego. Nie sposób jednak mówić o nudnym wyścigu, ponieważ ataki Zmarzlika prawdopodobnie pozwoliłyby wówczas pokonać każdego innego z jego rywali. Każdego, tylko nie znakomicie broniącego się ówczesnego kapitana reprezentacji Polski.

W ramach ciekawostki warto wspomnieć, że dzień wcześniej w Cardiff odbyła się runda Grand Prix. Dla Janowskiego był to drugi w karierze start na sztucznym torze i efekt był dramatyczny. Piętnaste miejsce, cztery czwarte miejsca i jedno zwycięstwo z doskonałego tamtego dnia pola A (0,3,0,0,0) nie mogły napawać optymizmem przed zawodami w Gorzowie, a jednak – wygrywając ledwie dwa z dwunastu wyścigów, lider Betard Sparty Wrocław zanotował jeden z najlepszych weekendów w swojej dotychczasowej karierze.

Drugi z tytułowych pościgów Zmarzlika za Janowskim miał miejsce raptem trzy miesiące temu. Panowie przystępowali do walki o czapkę Kadyrowa dzień po meczu Betard Sparty Wrocław z Moje Bermudy Stalą Gorzów Wielkopolski w stolicy Dolnego Śląska. Meczu – wizytówce PGE Ekstraligi z tego sezonu. Od 40:32 do 44:46 – taką drogę przebyli podopieczni Dariusza Śledzia. Głównymi aktorami widowiska na Stadionie Olimpijskim byli właśnie Janowski (3,3,3,3,2) i Zmarzlik (3,3,2,2,2*,3). Na trzy pojedynki dwukrotnie wygrywał wrocławianin, jednak w ostatnim wyścigu, przy stanie 42:42, to dwukrotny mistrz świata pokazał swoją wyższość, zapewniając gościom zwycięstwo.

Dwaj najlepsi polscy żużlowcy spięli swoistą klamrą genialny finał tegorocznego IMP-u. Spotkali się dwa razy – w pierwszym wyścigu dnia oraz w kluczowej, dwudziestej drugiej gonitwie. Z obu zwycięsko wyszedł Janowski. Ba! Kapitan Betard Sparty wyszedł zwycięsko ze wszystkich wyścigów tamtego wieczoru, notując komplet punktów w finale jako pierwszy zawodnik od czasów Patryka Dudka, który – również w Lesznie – triumfował z kompletem sześciu trójek w 2016 roku. Mimo doskonałej postawy przez niemal cały wieczór, wrocławianin był o mały włos od wypuszczenia wygranej z rąk. Po raz kolejny bowiem Zmarzlik dwoił się o troił i na ostatnim łuku otarł się o odbicie pozycji lidera.

– W momencie gdy goni Bartek, to jego motocykl słychać zupełnie inaczej. Wiadomo, że to jest Bartek. Szczerze mówiąc, wjechałem w ostatni łuk delikatnie za luźno. Powinienem troszeczkę węziej wjechać. Na szczęście byłem na tyle z przodu, żeby dopaść do odsypanej zewnętrznej i udało mi się stamtąd wyjechać – mówił po finale Janowski, doceniając klasę rywala. Każdy sukces musi cieszyć, ale odniesiony w takim stylu, po walce z takim rywalem pozwala zapisać się w historii złotymi zgłoskami.

JAKUB WYSOCKI