Krzysztof Kasprzak fot. Jędrzej Zawierucha

Charakterystyka sportu żużlowego sprzyja zmianom. Czasami jeden transfer, kontuzja lub forma zawodnika potrafi zmienić układ sił. W historii mieliśmy przypadki drużyn, które po fantastycznym sezonie i zdobyciu tytułu mistrzowskiego rok później, nie potrafiły włączyć się do walki o medale.

Włókniarz Częstochowa (1996-1997)

W sezonie 1996, tytuł Drużynowego Mistrza Polski sensacyjnie trafił do Włókniarza Częstochowa. Przed startem rozgrywek nikt nie przypuszczał, że to właśnie „Lwy” okażą się najskuteczniejsze w kluczowej fazie sezonu. To była ogromna sensacja, bowiem biało-zieloni rok wcześniej ledwo uniknęli degradacji.

Zespół na czele, którego stali Joe Screen, Sławomir Drabik oraz będący jeszcze młodzieżowcem Sebastian Ułamek sprawił jednak dużą niespodziankę i w finale utarł nosa faworyzowanej drużynie z Torunia. Sytuacja potoczyła się niespodziewanie także sezon później, jednak wtedy było to kompletnie nie po myśli Częstochowian.

Personalnie niewiele uległo zmianie. Z Włókniarzem pożegnał się tylko Janusz Stachyra, którego miejsce zajął powracający do klubu Dariusz Rachwalik. Za osłabienie można traktować przejście Sebastiana Ułamka oraz Rafała Osumka do grona seniorów, przez co „Lwy” nie mogły już korzystać z bardzo mocnej pary młodzieżowców.

Skoro mistrzostwo Włókniarza było sensacją, to spadek w 1997 roku również należy określić podobnie. Zespół przegrał wszystkie mecze wyjazdowe i pomimo dobrej formy u siebie nie udało się utrzymać ligowego bytu. 14 punktów wystarczyło na dziewiątą pozycję, podczas gdy ósmy Start Gniezno miał na swoim koncie zaledwie oczko więcej. Wielu mówiło, że na tę klęskę Włókniarza miało wpływ nastawienie przeciwników, którzy podchodzili do starć z biało-zielonymi z należytym respektem, czego być może zabrakło rok wcześniej.

Żużel. Woffinden haruje na siłowni, Jasiński na Lidze Mistrzów, a Pedersen na hokeju (POZA TOREM)

Do dzisiaj spadek Włókniarza sezon po mistrzostwie, pozostaje jedynym takim przypadkiem w historii na najwyższym szczeblu rozgrywek w polskim żużlu.

Stal Gorzów (2014-2015)

Stal Gorzów na Drużynowe Mistrzostwo Polski czekała od 1983 roku. Złoty krążek pomimo wielu szans nie mógł trafić na Jancarza. Często brakowało niewiele i w najważniejszym momencie rywale okazywali się odrobinę lepsi. Sytuacja zmieniła się dopiero w 2014 roku. Wtedy Gorzowianie sięgnęli po tytuł, pokonując w finale Unię Leszno.

Tamten sezon miał kilku bohaterów. Jednym z nich z pewnością był fantastycznie dysponowany Krzysztof Kasprzak. Dla „Kej Keja” była to kampania życia, którą zakończył z oszałamiającą średnią biegoupunktową 2,310, która dała mu drugie miejsce w klasyfikacji najskuteczniejszych. Świetnie jeździł także 19-letni wówczas Bartosz Zmarzlik, a swoją robotę bardzo dobrze wykonywali również Niels Kristian Iversen (za którego w finale była jednak stosowana ZZ-ka, z powodu kontuzji) oraz Matej Zagar.

W sezonie 2014 murowanym kandydatem do złota była Unia Tarnów, która jednak ze względu na kontuzje w kluczowej fazie sezonu (m.in. Grega Hancocka) musiała zadowolić się brązowym krążkiem. Stal sięgnęła po tytuł i nikt nie spodziewał się tego co wydarzy się rok później.

Żużel. Unia Leszno pokazała kevlary! Parnicki i Mania skoczyli ze spadochronem!

W Gorzowie nie było zmian. Cały zespół został zachowany na przyszły rok. Ten sam skład, a wynik zupełnie inny! Na ten stan rzeczy przede wszystkim miała wpływ zdecydowana obniżka formy Krzysztofa Kasprzaka. Świeżo upieczony Indywidualny Wicemistrz Świata, kompletnie nie przypominał żużlowca sprzed roku. Jego średnia stopniała do poziomu przeciętnego zawodnika drugiej linii. To właśnie forma Kasprzaka, która rok wcześniej zapewniła mistrzostwo, spowodowała spadek Gorzowian na szóstą pozycję.

Ogromny regres względem poprzedniego roku, nie spowodował jednak nerwowych ruchów w klubie, bowiem rok później Stal powróciła na szczyt. Sytuacja z 2015 roku jednak wciąż jest zapisana w historii jako jeden z najgorszych występów drużyny broniącej tytuł Drużynowego Mistrza Polski.

Sparta Wrocław (2021-2022)
Fantastyczny sezon Sparty Wrocław, który zakończył się złotym medalem Drużynowych Mistrzostw Polski był okraszony wyśmienitą dyspozycją kilku zawodników. Najlepszy sezon w karierze odjechał wtedy Maciej Janowski, który wykręcił kosmiczną średnią 2,582! Świetnie spisywał się Artiom Łaguta, dla którego był to pierwszy rok na Stadionie Olimpijskim. Na bardzo wysokim poziomie wciąż jeździł Tai Woffinden, a solidne punkty dokładali także młodzi, rozkręcający się Daniel Bewley oraz Gleb Czugunow.

Tak mocny skład pozwolił na wygranie fazy zasadniczej, a następnie pokonanie w play-offach najpierw Unii Leszno, a następnie Motoru Lublin. Wydawało się, że we Wrocławiu może tworzyć się nowy hegemon, który rok po roku będzie zdobywał złoty medal. Na drodze Spartan stanęły jednak nieprzewidywalna okoliczności.

Żużel. To wcale nie Włókniarz spadnie? Widzi innych kandydatów!

Zawieszony został Artiom Łaguta. Zespół z Wrocławia ucierpiał na tym bardzo mocno. Brak możliwości jazdy rosyjskich zawodników wpłynęło negatywnie na wiele ekip, ale to właśnie Sparta ucierpiała na tym najbardziej. Ponadto swoje loty obniżył Gleb Czugunow, a Maciej Janowski choć wziąć prezentował bardzo wysoki poziom, to nie był on już aż tak kosmiczny jak przez rokiem. Ostatecznie ekipa Dariusza Śledzia zajęła piąte miejsce na koniec fazy zasadniczej i w ćwierćfinale odpadła z Włókniarzem Częstochowa.

Rok później Łaguta, wrócił do jazdy podobnie jak reszta jego rodaków i wynik drużyny również znacząco się poprawił. Z pierwszego miejsca na piątą pozycję w rok to jednak wciąż jeden z największych regresów w historii Ekstraligi.