Główny partner portalu

Żużel. Piotr Baron: Marzyłem o zupełnie innej karierze. Bycie trenerem jest trudniejsze niż bycie zawodnikiem

Piotr Baron z Tomaszem Suskiewiczem. Foto: Radek Kalina/Stal Gorzów
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Piotr Baron do żużla trafił przypadkiem. Pierwsze kroki stawiał w Toruniu, ale długo nie zabawił w macierzystym klubie. Ostatecznie najwięcej sezonów przejeździł we Wrocławiu. Wiele osób widziało w nim materiał na dobrego zawodnika, ale w rzeczywistości nie zrobił tak wielkiej kariery, jak wszyscy przewidywali i nie zapisał na swoim koncie tak wielu osiągnięć, jakby sobie życzył. Stosunkowo szybko przeszedł na żużlową emeryturę, jednak po odwieszeniu kevlaru na kołku nie odsunął się od czarnego sportu. Początkowo pracował jako komentator, a obecnie spełnia się w roli trenera. – Momentami mam już dosyć tego sportu, ale potem uświadamiam sobie, że ja przecież nic innego nie potrafiłbym robić. Można powiedzieć, że praktycznie nie mam życia poza żużlem – słyszymy od naszego rozmówcy.

 

Piotr Baron nigdy tak naprawdę nie myślał o jeździe na żużlu, chociaż kontakt z motocyklami miał od dzieciństwa. – Wiadomo, jak to jest na wsi. W domu do dyspozycji były różne komarki i motorynki, więc człowiek wsiadał i fajnie mu się jeździło – zdradza. Któregoś razu młodziutkiego torunianina zagadnął Jan Ząbik. – To był totalny przypadek. Pan Jan przejeżdżał akurat przez naszą wioskę i zobaczył, jak śmigam sobie na swoim motorku. W pewnym momencie zapytał czy nie chciałbym spróbować żużla. Rodzice nie mieli nic przeciwko temu, więc spróbowałem i jestem w tym sporcie do dzisiaj – wspomina.

– Trzeba powiedzieć, że wtedy były trudne czasy, bo nie mieliśmy swobodnego dostępu do paliwa, żeby do woli tankować nasze motocykle. Dopiero jak poszedłem na żużel to wszystko stało się praktycznie nieograniczone i można było jeździć tyle, ile się chciało. Dla młodego chłopaka to była duża atrakcja, która przyciągała jak magnes. Warto wspomnieć, że zanim zacząłem bawić się w żużel, to kompletnie nie znałem tej dyscypliny. Nigdy nie pomyślałbym, że to będzie moja życiowa droga. Kiedy jednak spróbowałem tego sportu, to od razu bardzo mi się spodobało i momentalnie się zakochałem – dodaje nasz rozmówca.

„Celem było przygotowanie się do jazdy w lidze”

Jak wyglądały żużlowe początki młodego torunianina? – Musiałem przejść długą drogę, żeby wszystko opanować. To nie było tak, że cokolwiek przychodziło mi samo. Wiele rzeczy trzeba było wypracować. Razem z Janem Ząbikiem mieliśmy jednak mnóstwo czasu, bo zacząłem trenować w wieku 11 lat, a dopiero od 16. roku życia mogłem startować w zawodach. Celem było jak najlepsze przygotowanie się do jazdy w lidze i myślę, że to się nam udało – zdradza Baron.

– W Toruniu mieliśmy minitor, na którym można było wiele się nauczyć. W pewnym momencie zacząłem trenować też na dużym torze z zawodnikami jeżdżącymi w podstawowym składzie toruńskiej drużyny. Na pewno mogłem liczyć na wsparcie starszych kolegów. Na myśli mam przede wszystkim Krzyśka Kuczwalskiego, Wojtka Żabiałowicza, Gienia Miastkowskiego czy Stasia Miedzińskiego. Wtedy to były prawdziwe gwiazdy, więc przyjemnie było jeździć z nimi spod taśmy i weryfikować swoje umiejętności – dopowiada torunianin.

Piotr Baron przyznaje jednak, że najwięcej zawdzięcza Janowi Ząbikowi. – Śmiało mogę powiedzieć, że jestem w żużlu dzięki Panu Janowi, który wciągnął mnie do tego świata. Byliśmy sąsiadami i jeździliśmy razem na treningi. Myślę, że Pan Jan w dużym stopniu wpłynął na rozwój mojej kariery i wiele mnie nauczył. To świetny szkoleniowiec, który potrafił przekazać swoją wiedzę. W pewnym momencie nasze drogi nieco się rozeszły, ale do dzisiaj pozostajemy w kontakcie. Jakiś czas temu miałem nawet okazję go odwiedzić i napić się z nim kawy. Zawsze miło się nam siedzi i rozmawia, tym bardziej, że mamy co wspominać – słyszymy od wychowanka toruńskiego klubu.

Od samego początku Baron był postrzegany jako spory talent. Wiele osób mówiło, że miał smykałkę do żużla i pokazywał się z dobrej strony jako adept. Niektórzy widzieli w nim następcę największych legend toruńskiego klubu. – Docierały do mnie jakieś głosy, ale myślę, że one jednym uchem wpadały, a drugim wypadały. Ja wolałem skupić się na pracy i nie zaprzątać sobie tym głowy. Przykładanie zbyt dużej wagi do takich komentarzy może ostro wyhamować danego sportowca i sprawić, że popadnie w huraoptymizm. Trzeba tego unikać – komentuje nasz rozmówca.

„Warto było zrobić krok wstecz”

Piotr Baron zadebiutował w lidze w 1990 roku. Jako 16-latek odjechał w barwach toruńskiego klubu 27 biegów w dziesięciu meczach i wykręcił średnią 1,259 punktu na bieg. – Debiutancki sezon okazał się strasznie trudny. Na treningach wydawało się, że sporo potrafię, ale przyszła liga i czułem się jakbym zaczynał wszystko od nowa. To był zupełnie inny świat. Wiele rzeczy zapewne mogłem zrobić lepiej, ale mimo wszystko miałem wrażenie, że na tym etapie mój rozwój przebiegał prawidłowo – ocenia torunianin. Warto wspomnieć, że już w pierwszym sezonie zawodnik miał okazję posmakować wielkich sukcesów, ponieważ razem z kolegami wywalczył złoto DMP oraz MDMP. – To było świetne uczucie. Wiadomo, że każdy medal daje kopa i nakręca do dalszego działania. Myślę, że wtedy moje apetyty się wyostrzyły i chciałem jeszcze więcej – komentuje nasz rozmówca.

Po sezonie Baron odszedł jednak z Torunia i przeniósł się do drużyny z Grudziądza, która występowała w niższej klasie rozgrywkowej. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że trenerem tej ekipy był wtedy Jan Ząbik. – To była decyzja, która wynikała z ustaleń pomiędzy moimi rodzicami a trenerem. Chodziło przede wszystkim o to, żeby zapewnić mi więcej jazdy – tłumaczy były zawodnik. Ten plan na pewno się powiódł, ponieważ Baron odjechał cztery razy więcej biegów niż rok wcześniej w Toruniu, a na dodatek wykręcił bardzo dobrą średnią (2,077) i okazał się drugim najskuteczniejszym żużlowcem w zespole. – Pomimo tego, że to była niższa liga, to sporo się nauczyłem. Czasami startowałem nawet po sześć razy, więc mogłem się objeździć. Czułem, że to dużo mi dało. Warto było zrobić krok wstecz, żeby potem ruszyć do przodu – analizuje Baron.

„Czułem się częścią mistrzowskiego składu”

W kolejnym sezonie zawodnik wrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej, ale nie w barwach macierzystej drużyny, tylko Sparty Wrocław. – Ponownie kluczową rolę w podjęciu tej decyzji odegrali rodzice wraz z trenerem. Ja nie mieszałem się w kulisy, ponieważ wiedziałem, że oni wybiorą dla mnie najlepszą opcję. To był kolejny etap mojego żużlowego życia – wyjaśnia Baron. Czy jazda w klubie znajdującym się w zupełnie innej części Polski stanowiła duże wyzwanie logistyczne? – Myślę, że to nie było szalenie trudne. Czasami musiałem dojeżdżać, ale dużo czasu spędzałem też we Wrocławiu. Dobrze wiemy, że żużel wymaga ciągłych podróży, więc we wcześniejszych latach zdążyłem się z tym oswoić – odpowiada nasz rozmówca.

Piotr Baron nie miał również większych problemów, żeby po raz kolejny odnaleźć się w nowym klubie. – Wiadomo, że nigdy nie jest łatwo, jeżeli w tak młodym wieku trzeba co chwilę zmieniać środowisko, ale we Wrocławiu poznałem świetnych ludzi, którzy mnie zaakceptowali i przyjęli z otwartymi ramionami. Jeżeli czegoś potrzebowałem to zawsze mogłem liczyć na pomoc. Pod tym względem nie mam żadnych powodów do narzekań. Myślę, że spośród zawodników najlepiej dogadywałem się z Darkiem Śledziem i Wojtkiem Załuskim. Dużą rolę w moim życiu odgrywali wtedy także Bodzio Spólny i Andrzej Krawczyk, czyli klubowi mechanicy. Sporo razem pracowaliśmy i staraliśmy się wszystko dopasować – zdradza były zawodnik, który ostatecznie zakotwiczył w spartańskiej ekipie na osiem sezonów. – To na pewno nie był żaden z góry określony plan. Po prostu tak się układało. Warunki mi odpowiadały, były chęci do kontynuowania współpracy, więc z tego korzystałem. Nie czułem potrzeby, żeby cokolwiek zmieniać – tłumaczy wychowanek toruńskiego klubu.

Podczas jazdy we Wrocławiu Baron miewał wiele dobrych momentów i potrafił być silnym punktem zespołu. Zawodnik czterokrotnie kończył rozgrywki ze średnią powyżej dwóch punktów na bieg. Tak naprawdę po jego myśli nie ułożyły się jedynie dwa sezony, ale mimo tego pojawił się pewien niedosyt. – To nie był dla mnie zły czas, ale momentami oczekiwałem od siebie więcej. Wiadomo, że każdy sportowiec mierzy jak najwyżej. W tym okresie niestety przytrafiało mi się sporo kontuzji i mój rozwój nie był tak błyskotliwy, jakbym sobie życzył – ocenia nasz rozmówca.

Piotr Baron we Wrocławiu miał okazję świętować kolejne sukcesy drużynowe. W latach 1993-1995 „Spartanie” trzy razy z rzędu zdobywali złoto DMP, a torunianin za każdym razem był jednym z liderów drużyny. – Na pewno czułem się częścią tego mistrzowskiego składu. Wtedy akurat szło mi całkiem nieźle i przywoziłem sporo punktów. Myślę, że przyczyniłem się do wywalczenia tych mistrzowskich tytułów – stwierdza były żużlowiec.

Co w tamtych czasach było kluczem do sukcesu i decydowało o sile wrocławskiej drużyny? – Moim zdaniem złożyło się na to wiele czynników. Przede wszystkim tworzyliśmy bardzo zgrany zespół. Poza tym trafiliśmy na świetnego trenera Ryszarda Nieścieruka, który otwierał nam dużo furtek do rozwoju. Mieliśmy też dostęp do bardzo dobrego sprzętu. Klub zapewniał nam dogodne warunki do pracy. To wszystko było szalenie drogie, ale jak się na to patrzy z perspektywy czasu, to chyba się opłacało – opowiada Baron.

„Czułem, że żużel przestaje mnie bawić”

W sezonie 1999 skuteczność Barona we Wrocławiu znacząco jednak spadła, czego najlepszym dowodem jest średnia 1,329 punktu na bieg. – Myślę, że to było pokłosie wcześniejszych kontuzji. Wiadomo, że jeżeli problemy zdrowotne zaczynają się nawarstwiać, to prędzej czy później wyhamują zawodnika. Ja przeważnie łapałem jakieś urazy w początkowej fazie rozgrywek, więc wiele na tym traciłem. Z czasem zaczęła wkradać się niepewność, dlatego moja jazda nie wyglądała już tak dobrze – tłumaczy nasz rozmówca. Po nieudanym sezonie Baron odszedł z Wrocławia i znowu przeniósł się do niższej klasy rozgrywkowej. – Nie znalazłem zatrudnienia w elicie, bo byłem za słaby. Postanowiłem poszukać swojej szansy na odbudowę gdzieś indziej – mówi szczerze były zawodnik.

Baron najpierw startował przez rok w Grudziądzu, a potem trafił na jeden sezon do Opola, ale nawet na niższym szczeblu nie było widać progresu w jego statystykach. – Miałem szansę, żeby się poprawić, ale jej nie wykorzystałem. To był okres, kiedy moja kariera zaczęła zmierzać w niewłaściwym kierunku i już nie zdołałem jej zawrócić. To było bolesne, bo oczekiwałem czegoś zupełnie innego. Człowiek nigdy nie jest zadowolony, jeżeli wszystko zaczyna się komplikować. W tamtym czasie czułem, że żużel powoli przestaje mnie bawić – zdradza wychowanek toruńskiego klubu.

W 2002 roku Baron nagle jednak wrócił do elity i ponownie został zawodnikiem drużyny z Wrocławia. Ostatecznie wystąpił w siedmiu meczach, w których wykręcił całkiem niezłą średnią 1,677. – Działacze wrocławskiego klubu zaproponowali mi pozycję rezerwowego. Miałem siedzieć na ławce i czekać w gotowości, gdyby zdarzyła się jakaś kontuzja lub któryś z zawodników miał problemy z formą. Prawda jest taka, że ja w tamtym czasie już za wiele od siebie nie oczekiwałem, więc taka rola kompletnie mi nie przeszkadzała – wyjaśnia nasz rozmówca. Wkrótce jednak okazało się, że to był ostatni sezon Barona w roli zawodnika. – Być może miałbym ochotę, żeby jeszcze trochę pojeździć, ale po wcześniejszym słabszym okresie niestety nie było mnie już na to stać, więc postanowiłem zakończyć karierę – słyszymy od wychowanka toruńskiego klubu, który w momencie odwieszania kevlaru na kołku miał zaledwie 28 lat.

„Osiągnięć było zdecydowanie za mało”

– Wiadomo, że marzyłem o zupełnie innej karierze, ale wiele rzeczy nie ułożyło się po mojej myśli. Na pewno nie mogę być z siebie zadowolony. Uważam, że można było zrobić znacznie więcej, ale popełniłem zbyt dużo błędów. Na dodatek miałem też trochę pecha. Niestety, trzeba było zakończyć ten etap życia z poczuciem ogromnego niedosytu. Jako zawodnik nie najgorzej radziłem sobie w polu, ale starty miałem beznadziejne. Gdybym miał jeszcze raz zaczynać przygodę z żużlem, to musiałbym poświęcić znacznie więcej czasu, żeby dopracować ten element. Na pewno nie dorobiłem się na tym sporcie, ponieważ wiele pieniędzy ładowałem w sprzęt. Stawki za punkty nie były wtedy tak wielkie jak teraz, więc trudno było cokolwiek odłożyć – ocenia swoją karierę nasz rozmówca.

Piotr Baron zapisał na swoim koncie wiele sukcesów drużynowych, ale indywidualnie wygrał tylko Srebrny i Brązowy Kask, chociaż wielokrotnie startował w finałach najważniejszych krajowych imprez oraz juniorskiego czempionatu. – Myślę, że tych osiągnięć było zdecydowanie za mało. W niektórych zawodach byłem blisko jakiegoś medalu, ale zawsze coś nie zagrało. Albo rozwalił mi się silnik, albo ja dałem ciała i ostatecznie zostawałem z niczym. Na pewno chciałem nieco bardziej zaznaczać swoją obecność, ale niestety nie wychodziło – zdradza były żużlowiec, który do dzisiaj nie może zapomnieć choćby finału Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów z 1993 roku, który rozgrywano w czeskich Pardubicach. – Na dzień dobry zatarły mi się tam dwa silniki. Jeden podczas grzania motocykla, a drugi na torze. Ostatecznie jakoś uzbierałem wystarczająco dużo punktów, żeby pojechać w biegu dodatkowym o brąz, ale niestety go przerżnąłem – wspomina z wyraźnym niezadowoleniem.

Baron na pewno może żałować również finału Młodzieżowych Indywidualnych Mistrzostw Polski z 1994 roku, który rozgrywano w Tarnowie. Tam też zajął czwarte miejsce i był o krok od medalu. Warto wspomnieć także, że w latach 1992-1993 zajmował szóste miejsce w finale Indywidualnych Mistrzostw Polski. Pozycja na pierwszy rzut oka wydaje się odległa, ale w obu przypadkach od strefy medalowej dzieliły go zaledwie dwa punkty.

Szczególnym momentem w karierze Piotra Barona na pewno był występ w finale Mistrzostw Świata Par w duńskim Vojens (1993). Zawodnik znalazł się w kadrze razem z Tomaszem Gollobem i Piotrem Świstem. Co prawda startował z pozycji rezerwowego, ale pojechał w czterech biegach. Niestety nie zdobył żadnych punktów (podobnie jak Świst), ale przynajmniej miał okazję poznać smak zawodów najwyższej rangi. – To było ogromne wyróżnienie. Każdy zawodnik przez całe życie czeka na coś takiego. Jazda w Mistrzostwach Świata nie może równać się z niczym innym. Wiadomo jednak, że dla mnie to było wielkie wyzwanie i niestety się spaliłem. Świadomość, że obok mnie stają gwiazdy światowego formatu zrobiła swoje i nie dałem rady pojechać wystarczająco dobrze. Na pewno byłem jednak pod wrażeniem klimatu tych zawodów. Żałuję, że w późniejszym czasie nie zasłużyłem sobie, żeby ponownie czegoś takiego doświadczyć – wspomina nasz rozmówca.

„Warto podpatrywać najlepszych”

Jak Piotrowi Baronowi wychodziło układanie swojego życia po zakończeniu kariery? – Początkowo na pewno trudno było odnaleźć się bez żużla i związanej z nim rutyny. Jeżeli przez wiele lat funkcjonujesz w ramach konkretnej drużyny, to zawsze masz w niej pewne oparcie. Potem nagle zostajesz sam i zaczynasz wszystko od nowa. Byłem jednak stosunkowo młodym człowiekiem, więc jakoś dałem sobie radę i zebrałem wiele doświadczeń, z których mogę dzisiaj korzystać – zdradza były żużlowiec.

Ostatecznie Baron nie odsunął się jednak od żużla. Jakiś czas po zakończeniu kariery rozpoczął współpracę z telewizją jako komentator. – Kiedyś pojawiła się szansa skomentowania zawodów, więc spróbowałem raz, drugi, trzeci i trochę przy tym posiedziałem. Fajnie, jeśli o żużlu mogą opowiadać osoby, które znają ten sport od środka, bo zupełnie inaczej na to wszystko patrzą. Dzięki tej pracy na pewno znowu pojeździłem sobie trochę po stadionach i poznałem wielu świetnych ludzi. To było ciekawe przeżycie, ale mimo wszystko czułem, że to nie jest to, co chciałbym robić w życiu – opowiada wychowanek toruńskiego klubu.

Przed sezonem 2011 Baron odstawił mikrofon i budkę komentatorską na bok, bo dostał propozycję pracy trenerskiej we Wrocławiu. – Nie miałem nic ciekawszego do roboty, więc postanowiłem spróbować. Zdawałem sobie sprawę, że dzięki temu znajdę się jeszcze bliżej żużla i będę mógł prowadzić życie podobne do tego z czasów zawodniczych. Skąd wiedziałem jak się za to zabrać? Jako żużlowiec miałem okazję pracować z wybitnymi trenerami i wielkimi żużlowymi osobistościami, takimi jak Jan Ząbik, Ryszard Nieścieruk, Zenon Plech czy Marian Spychała, więc widziałem na własne oczy jak to powinno wyglądać. Na pewno mogłem od nich wiele wyciągnąć i traktować ich styl pracy jako wzorzec do naśladowania. Myślę, że warto podpatrywać najlepszych, ale wiadomo, że każdy ma też swój charakter i pewne rzeczy robi po swojemu. Trzeba umieć jakoś to połączyć. Dla mnie duże znaczenie miał fakt, że zaczynałem pracę trenerską akurat we Wrocławiu, bo znałem ten klub i czułem się jak u siebie. To na pewno nieco ułatwiło mi start – wyjaśnia nasz rozmówca.

– Myślę, że bycie trenerem jest znacznie trudniejsze niż bycie zawodnikiem. Obciążenie na pewno jest większe. Kiedy jesteś żużlowcem to skupiasz się tylko na swoich czterech-pięciu biegach, natomiast jako szkoleniowiec masz na głowie 15 wyścigów. Nie możesz wtedy martwić się jedynie o siebie, tylko musisz zatroszczyć się o wszystkich dookoła i zdołać ich pogodzić. Na szczęście przesiedziałem trochę lat w żużlu, więc wiele rzeczy przychodziło mi naturalnie. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co może być kluczem do sukcesu w pracy trenerskiej. Wydaje mi się, że nie ma jednej recepty. Po prostu trzeba pracować i mieć trochę szczęścia. Dobrze trafić też na odpowiednich ludzi, którzy chcą osiągać korzystne wyniki i wykazują zaangażowanie. Należy pamiętać również, że sukces może przybierać różnorodne formy – dodaje po chwili.

„Dobre wspomnienia przeważają nad tymi gorszymi”

Piotr Baron za sterami wrocławskiej drużyny spędził ostatecznie sześć lat. – Były takie sezony, w których robiliśmy kawał dobrej roboty, ale też takie, po których nie byliśmy z siebie zadowoleni. Wiadomo, że w tamtych czasach naszym głównym celem było utrzymywanie tej drużyny w lidze. To się udawało, ale momentami było bardzo trudno. Niekiedy trzeba było jechać na granicy bezpieczeństwa, żeby nie zabrakło punktów. To był wymagający, ale jednocześnie piękny okres. Miałem świetnych ludzi wokół siebie i razem tworzyliśmy zgrany zespół. Na pewno dobre wspomnienia przeważają nad tymi gorszymi – ocenia wychowanek toruńskiego klubu.

Piotr Baron raczej nie dysponował we Wrocławiu składami, które stawiałyby jego drużynę w roli jednego z faworytów ligi, ale mimo tego w 2015 roku „Spartanie” pod jego wodzą sięgnęli po srebro DMP. – Dla całego wrocławskiego środowiska żużlowego to była wielka radość. Oczywiście jechaliśmy w finale i mogliśmy walczyć o złoto, ale trochę nam zabrakło, żeby pokonać naszego rywala. Mimo wszystko myślę, że to srebro było ogromnym sukcesem, bo nie mieliśmy zbyt dużego budżetu i nie mogliśmy pozwolić sobie na wielkie transfery – wspomina szkoleniowiec.

Kolejnych sukcesów trenerskich ze Spartą już jednak nie było, ponieważ pod koniec rozgrywek w 2016 roku Baron nagle odszedł z Wrocławia. – Przyszedł taki moment, kiedy dobre małżeństwo musiało się rozejść. Wiele rzeczy po prostu przestało się kleić. Razem z działaczami mieliśmy sporą rozbieżność zdań w kwestiach sportowych, więc poczułem, że powinienem się zwolnić i odkreślić to grubą kreską – tłumaczy nasz rozmówca.

„Dokonaliśmy czegoś wielkiego”

Baron długo nie pozostawał jednak bezrobotnym trenerem, ponieważ momentalnie został ściągnięty do Leszna. Wraz z jego dołączeniem do zespołu rozpoczęła się złota seria „Byków”, która przyniosła cztery tytuły mistrzowskie z rzędu (2017-2020). Ostatni raz z czymś takim mieliśmy do czynienia w drugiej połowie lat 70. ubiegłego wieku, kiedy przez cztery kolejne sezony na najwyższym stopniu podium meldowała się ekipa z Gorzowa. – Odczuwamy potężną satysfakcję, bo wiemy, że wielkimi literami zapisaliśmy się w najnowszej historii polskiego żużla. Pozostałe drużyny będą musiały się porządnie napracować, żeby w najbliższym czasie przebić nasze osiągnięcie. Dokonaliśmy czegoś wielkiego, ale nie uważamy, że staliśmy się przez to nie wiadomo kim. Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i wciąż jesteśmy głodni kolejnych sukcesów – zdradza Baron.

Niektórzy twierdzą, że Unia Leszno w ostatnich czterech mistrzowskich sezonach dysponowała bardzo mocnymi składami i doprowadzenie jej na szczyt nie stanowiło wielkiego wyzwania dla trenera. – Każdy ma prawo do wyrażenia własnej opinii. Nasze składy na pewno robiły wrażenie, ale do sukcesu trzeba było dojść samemu i wszystko odpowiednio poukładać. Nie dostaliśmy niczego za darmo. W przeszłości mieliśmy wiele dream-teamów i murowanych faworytów, ale nie każdy potrafił potwierdzić swoją wartość i jechać na miarę oczekiwań. My akurat zdołaliśmy zebrać wszystko w jedną całość i wydobyć potencjał z tej drużyny. Za naszymi osiągnięciami stoi masa pracy, która jest wykonywana na co dzień. Nie mówię tutaj tylko o sobie, ale przede wszystkim o zawodnikach i działaczach. Komuś może się wydawać, że prowadzenie tak mocnej drużyny to łatwizna i czysta przyjemność, ale w rzeczywistości to potężna presja. Tak naprawdę wiesz, że nie możesz popełnić żadnego błędu, bo wszyscy tylko na to czekają i każdy chce cię zjeść. Jesteśmy takim narodem, że nie lubimy ludzi, którzy osiągają sukcesy – analizuje Baron.

fot. Paweł Prochowski

„Wierzę, że wciąż możemy jechać o najwyższe cele”

Wiele osób pewnie zastanawia się czy w tym sezonie Fogo Unia Leszno zdoła dopisać do swojego konta kolejny sukces. W ostatnich latach „Byki” przyzwyczaiły do dominacji, ale w tegorocznych rozgrywkach drużyna spisuje się nieco słabiej i nie dysponuje już tak wyrównanym składem. Przez długi czas leszczynianie musieli skupiać się przede wszystkim na awansie do fazy play-off, a nie na myśleniu o ewentualnej obronie mistrzowskiego tytułu. – Na ten moment jestem spokojny, bo cały czas znajdujemy się w grze i nie stoimy na straconej pozycji. W tym roku dużo wojujemy z silnikami i poszukujemy czegoś, co mogłoby nam pomóc w osiąganiu lepszych wyników. Nie ukrywam, że to jest dla nas trudny sezon. Trzeba jednak pamiętać, że on ma poniekąd charakter przejściowy, bo wprowadzamy do ligi naszych nowych juniorów. Musimy liczyć się z tym, że możemy nie być takim hegemonem, jak dotychczas. Ja jednak nadal wierzę, że wciąż możemy jechać o najwyższe cele. Jeżeli pozbieramy się sprzętowo to w play-offach wszystko będzie możliwe. Dobrze wiemy, że rywalizacja o medale rządzi się swoimi prawami. Kibice pewnie pamiętają nasz pierwszy wspólny sezon, w którym też mieliśmy spore kłopoty, ale wyciągnęliśmy wnioski i wszystko ponaprawialiśmy. Mój trenerski nos podpowiada mi, że teraz może być podobnie – słyszymy od naszego rozmówcy.

Wiele wskazuje na to, że w tym roku jednym z najpoważniejszych kandydatów do odebrania „Bykom” mistrzowskiej korony może być były klub Barona, czyli Betard Sparta Wrocław. – Trudno nie zauważyć tego, co dzieje się dookoła. Widzimy, że Sparta dysponuje dużą mocą i zrobi wszystko, żeby wdrapać się na szczyt. Determinację tego klubu w skali od zera do dziesięciu oceniam na jedenaście. Zapewniam jednak, że spróbujemy im przeszkodzić – mówi trener leszczynian, który nadal mieszka w stolicy Dolnego Śląska. – Dobrze czuję się w tym mieście. Nie wszyscy interesują się tam żużlem, więc nie rzucam się w oczy i mogę sobie spokojnie żyć – komentuje.

Piotr Baron odbiera Szczakiela w 2019 roku. fot. Kamil Woldański

„Staram się bywać w Toruniu”

Na koniec wypada zapytać jaki jest obecny stosunek Piotra Barona do Torunia, z którego wypłynął na szerokie wody żużlowego świata? – Po 1990 roku nigdy nie miałem propozycji, żeby wrócić do Torunia, ale nadal mam sentyment do tego miejsca i jestem pewien, że to zostanie ze mną na zawsze. Tam się urodziłem i tam przeżyłem sporą część swojego życia. Bardzo miło wspominam okres spędzony w toruńskim klubie. Cały czas mam tam kolegów i znajomych, z którymi utrzymuję kontakt. Staram się bywać w Toruniu tak często, jak tylko mogę – mówi nasz rozmówca.

– Ostatnio toruński klub ma trochę słabszy okres, ale niebawem pewnie znowu zapuka do czołówki. Spadek do pierwszej ligi bez wątpienia był bardzo przykrą sprawą dla całego lokalnego środowiska, ale widzimy, że wszystko powoli zaczyna wracać na właściwe tory. To jest klub z wielką historią, który powinien jeździć w ekstralidze. Myślę, że Tomek Bajerski świetnie sobie radzi na pozycji trenera i to jest tylko kwestia czasu, kiedy zacznie walczyć o najwyższe cele. Wiadomo, że znamy się od wielu lat, bo razem zaczynaliśmy jeździć na żużlu. Fajnie, że teraz możemy rywalizować jako szkoleniowcy i jestem pewien, że wzajemnie sobie kibicujemy – zakończył Piotr Baron.