Główny partner portalu

Patryk Dudek. fot. Jarosław Pabijan
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Patryk Dudek to drugi z Biało-Czerwonych, który może być pewny startów w Grand Prix 2022. Wicemistrz świata z 2017 roku zapewnił sobie miejsce w najbardziej prestiżowej imprezie żużlowej na świecie w szalonym turnieju Grand Prix Challenge. Zaraz po zmaganiach w Żarnowicy 29-latek był bardzo szczęśliwy z powrotu do cyklu, ale przyznał, że zawody należały do tych bardzo wymagających.

 

Zająłeś trzecie miejsce w turnieju Grand Prix Challenge i wracasz do startów w indywidualnych mistrzostwach świata. Po 20. wyścigu w Twoim teamie musiała zapanować wielka radość…

Moim celem w tym roku był powrót do Grand Prix i to się udało. Można powiedzieć, że to, co sobie założyliśmy, to zrealizowaliśmy. W pierwszych trzech biegach nie poszło mi za dobrze i ciągle mi czegoś brakowało. Trzeci wyścig był najgorszy, ale potem dobrze to wszystko poukładaliśmy i to ja miałem szczęście. Z tego awansu i powrotu cieszę się naprawdę bardzo.

Zawody miały szalony przebieg. Ty, po gorszym początku, w czwartej i piątej gonitwie dojechałeś do mety zdecydowanie przed rywalami i zanotowałeś dwie kluczowe „trójki”. Sporo zmieniłeś w ustawieniach przed tym czwartym startem?

Już na treningu nie trafiliśmy z przełożeniami oraz motocyklem i sporo kombinowaliśmy. Ten motocykl we Wrocławiu jechał bardzo dobrze, ale w tych warunkach w Żarnowicy nie czuł się komfortowo. Od samego początku Challenge’u jechaliśmy więc na drugim silniku. W tych pierwszych trzech biegach niewiele brakowało, abym zamykał zawodników po lewej stronie. Najpierw zabrakło mi pół metra, było zamieszanie z Nicolaiem Klindtem i trudno było się przebić do przodu. Potem z kolei nie udało się założyć Dana Bewleya z trzeciego pola. W takich zawodach jest dużo loterii. Trzeba mieć dużo szczęścia i ono uśmiechnęło się do mnie na koniec turnieju.

Jak oceniasz ten słowacki tor? Widać było, że mocno męczyliście się na drugim łuku. Trochę to przypominało niektóre mecze ligowe w Lublinie…

Aż tak bym tego nie porównywał. Tutaj mieliśmy dziury. Przy krawężniku było naprawdę niebezpiecznie. Tak czasami się zdarza. Nie wiem, ile zostało tutaj zorganizowanych spotkań w sezonie. Jeśli tor jest wykorzystywany co tydzień, to inaczej pracuje. Na treningu było naprawdę dobrze, ale potem jak zostało wpompowane sporo wody w ten tor, to mogło to spowodować, że krawężnik puścił i porobiły się dziury. Z mojej strony duży szacun dla Martina Smolinskiego. Rozmawiałem z nim przed zawodami i patrząc na tę jego kontuzję biodra, to ten tor musiał być dla niego bardzo wymagający. Tor na pewno był dziś ciężki.

Jak to jest trzymać kciuki za to, żeby dobry kolega nie przywiózł punktów w wyścigu? To właśnie słabszy występ Janusza Kołodzieja w ostatnim biegu dał Ci przepustkę do tego przyszłorocznego cyklu.

Z Januszem kumpluję się poza torem. Sport ma jednak swoje prawa. W bezpośrednim biegu z Jankiem przegrałem, ale ostatecznie to u mnie tych punktów było więcej. Na dobry wynik w takich jednodniowych zawodach musi się złożyć mnóstwo czynników. Ważne by już w pierwszym biegu trafić z przełożeniami. Do tego dochodzą kolejne niuanse związane chociażby z polami startowymi. Te niuanse decydują czy jesteś w Grand Prix czy cię nie ma. Ja akurat jestem, Jankowi nie wyszedł ostatni bieg. Każdy przyjechał tu, żeby walczyć, a na koniec trzech zawodników może się cieszyć.

Najważniejsze starty w 2021 roku już za Tobą. W polskiej lidze już nie pojedziesz, zakwalifikowałeś się do Grand Prix. Czas zatem na podsumowania. W skali od 1 do 6 jak ocenisz siebie w tym sezonie?

Ja zawsze na 6. Jestem optymistą. Najważniejsze, żeby objechać sezon cało i zdrowo, bez upadków. Reszta się aż tak bardzo nie liczy. Raz jest lepiej raz jest gorzej. W tym roku poza tym wypadkiem w Szwecji, po którym wciąż mam trochę problemów z plecami, nic mi się przydarzyło, więc źle nie było. Mam jeszcze kilka imprez przed sobą, oby wszystko już przebiegło pomyślnie. Potem będą wakacje.

Rozmawiał BARTOSZ RABENDA