Główny partner portalu

Żużel. Neil Evitts: Obróciło mnie 360 stopni i jeszcze wygrałem. Podoba mi się jazda Woffindena

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Neil Evitts w 1986 roku zdobył mistrzostwo Wielkiej Brytanii. W tym samym roku jedyny raz wystąpił w finale światowym. Po zakończeniu kariery zajął się przygotowaniem silników. W rozmowie z naszym portalem opowiada o swojej karierze, a także o nietypowym powodzie zakończenia startów w lidze polskiej.

Neil, powiedz na wstępie – czym obecnie się zajmujesz?

Dziś można powiedzieć, że jestem już pół emerytem. Od 1983 roku, oprócz ścigania się na żużlu, miałem własną firmę transportową. Mój ojciec był menadżerem transportu i wprowadził mnie w ten biznes. Parę lat temu  sprzedałem jednak firmę i dziś w dalszym ciągu zajmuję się, nazwijmy to hobbystycznie, przygotowywaniem silników dla paru zawodników uprawiających żużel oraz gokartowców.

Jak to się stało, że w ogóle zostałeś żużlowcem?

Wiesz, moi rodzice byli totalnymi fanami żużla. Zabierali mnie na mecze Cradley Heath. Stadion Cradley był położony praktycznie obok naszego domu. Tak naprawdę więc od małego byłem przy żużlu. Pierwszy motocykl miałem w wieku ośmiu lat i zacząłem od wyścigów na trawie. Moja mama z tatą i paroma innymi rodzicami założyli klub juniorów w Midland i tam tak naprawdę wszystko się zaczęło. 

Co uważasz za swój największy sukces w karierze?

Żużel dał mi bardzo wiele niezapomnianych, radosnych chwil. To nie ulega wątpliwości. Na pewno Indywidualne Mistrzostwo Wielkiej Brytanii, mistrzostwo Nowej Zelandii czy fakt bycia kapitanem reprezentacji Anglii to rzeczy, do których zawsze chętnie wracamwspomnieniami. Oczywiście nie zapominam też o finale IMŚ w Chorzowie w 1986 roku.

Neil Evvits

No właśnie. Przejdźmy do finału w Chorzowie. Tragedii nie było. Z ośmioma punktami zająłeś ósme miejsce. Powiedz, czego zabrakło w tym dniu do tego, aby wynik był jeszcze lepszy? 

Finał światowy to niezapomniane przeżycie dla każdego zawodnika. Wtedy zdecydowałem się na silniki Otto Lantenhammera. Moim zdaniem wówczas to on robił je najlepiej. Początek zawodów był w moim wykonaniu całkiem  niezły. Po dwóch startach miałem chyba pięć punktów. Prawda jest taka, że zawaliłem trzeci i czwarty bieg. Próbowałem zupełnie niepotrzebnie toczyć się na starcie. Skończyło się zatem jak się skończyło. Trzy ostatnie starty i trzy razy trzeci. 

W barwach Bradford miałeś okazję jeździć z Kennym Carterem. Jak możesz go ocenić jak zawodnika i człowieka?

Słuchaj, on się urodził dla ścigania. Taka jest prawda. Kenny miał ogromny, wręcz niebywały talent do tego sportu. Był doskonałym zawodnikiem i showmanem jednocześnie. W jednym zespole startowaliśmy chyba dwa lata i zawsze wszystko było między nami w porządku. Wiele razy przebywałem u niego w domu, więc spokojnie mogę mówić, że byliśmy kumplami – przyjaciółmi. Dla mnie to był fajny, normalny człowiek.

Miałeś również zaledwie jednoroczny epizod w polskiej lidze. W 1992 roku startowałeś w zespole z Ostrowa Wielkopolskiego.

Tak. Otwarcie też powiem, że zrobiłem to nie dla potrzeby chwili czy sportowej, ale dla pieniędzy. Miałem już wtedy kontuzje, kariera wyglądała coraz słabiej, a polski  klub nalegał na kontrakt. Byli uparci i ostro o mnie zabiegali. Pieniądze były niezłe, więc oczywiście się zgodziłem. Pamiętam taki mecz, że mocno sypał śnieg, praktycznie widoczność była żadna. Na torze była tylko jedna ścieżka, którą można było jechać. Jeśli wyjechałeś za linię, to wjeżdżałeś w błoto pośniegowe. W jednym biegu prowadziłem, wpadłem w błoto obróciło mnie 360 stopni i… pojechałem dalej, wygrywając ten bieg. Niesamowita akcja. Wszystko jeszcze było w miarę dobrze do momentu, jak na jakiś mecz miałem lecieć samolotem. Okazało się, że samolot był czteroosobowy, startował z jakiejś łąki i na łące lądował. Pilot tego samolotu leciał nieco ponad słupami telegraficznymi, a drugi pilot czytając mapę go nawigował. Dolecieliśmy na miejsce, ale podczas tego lotu całe swoje życie miałem przed oczami. Przez tydzień dochodziłem do siebie, ale jak już doszedłem, postanowiłem, że w Polsce więcej ścigał się nie będę. Nawet za dobre pieniądze. Więcej się też u Was nie pojawiłem. Można powiedzieć – uciekłem (śmiech).

Czwarty od lewej Neil Evitts

Neil, który ze swoich angielskich klubów wspominasz najlepiej?

Moją kariera żużlowa na pewno nabrała rozpędu podczas startów w Halifax i Bradford Dukes. Myślę, że w momencie, jak dołączyłem do Dukes, to dodałem zespołowi swoją jazdą więcej mocy. Nie wygrywaliśmy tylko u siebie, ale coraz częściej dobrze nam szło na wyjazdach. 

Z kim najlepiej startowało Ci  się w parze?

Dobre pytanie. W moich czasach był taki zawodnik Les Rumsey. On był już doświadczonym żużlowcem. Z nim bardzo fajnie się jeździło. Później dobrze się współpracowało na torze z Kaiem Niemim. Ja się uczyłem żużla i zachowania na torze przy nim. Kai wtedy już był dobrym zawodnikiem. Jak byłem chyba w swojej “szczytowej” formie, to jeździłem z Larrym Rossem. Z nim się rozumiałem po prostu doskonale. Doskonale wiedzieliśmy, co i kiedy, kto ma robić na torze. Myślę, że w dzisiejszym żużlu coraz bardziej brakuje właśnie jazdy zespołowej. 

Pytanie, które u niektórych rozmówców nie jest mile widziane. Czujesz się spełniony jako zawodnik?

Ja nie mam z tym problemów. Wiesz, myślę, że na pewnym etapie swojej kariery byłem na tyle dobry, że powinienem zaliczyć co najmniej trzy finały światowe. Był jednak ostatecznie jeden – w Chorzowie. Obiektywnie mówiąc, mistrzostwa świata bym raczej nie zdobył. Było wielu lepszych, ale finały były w moim zasięgu. Pojawiały się jednak kontuzje i pech. W żużlu pamiętaj o jednym, przy sukcesie musisz mieć pierwiastek szczęścia. Ja nie miałem. W 1994 roku skończyłem z żużlem. Choć powinno  to już nastąpić dwa lata wcześniej, po paskudnej kontuzji kolana. Ja się jednak uparłem, bo żużel był dla mnie wszystkim. Były trzy operacje, rehabilitacja i starty, po których z mojego kolana lekarze spuszczali gromadzące się płyny. W finale europejskim – chyba w 1982 roku – w pierwszym swoim starcie złamałem nadgarstek. Później znowu w jakichś ważnych eliminacjach połamałem żebra, zwichnąłem ramię. Zobacz, że na żużlową emeryturę przeszedłem w wieku 29 lat. Dosyć wcześnie jak na żużlowca. Jednak jeśli Twoje ciało Ci mówi, że nie warto i nie daje rady to trzeba zejść ze sceny, choćby po to, aby nie być zagrożeniem dla innych. 

Gary Havelock.

Mało kto z kibiców wie, że Neil Evitts to również dobry tuner silników żużlowych…

Mówmy o tym w czasie przeszłym (śmiech). Dziś angażuję się w silniki coraz rzadziej, aniżeli kiedyś. Raczej po to, aby nie wyjść z wprawy (śmiech). 

Jakie na tym polu odniosłeś największe sukcesy?

Nie wiem czy to jakieś sukcesy, ale do paru mistrzostw świata swoją rękę przyłożyłem. To ja tak naprawdę stałem za sukcesem Gary’ego Havelocka w 1992 roku we Wrocławiu. Rok później przy mojej pomocy czempionat mistrzowski w juniorach wywalczył Joe Screen. Można powiedzieć, że oni zdobywając tytuły sprawili, że w jakiś sposób moje sportowe ambicje zostały spełnione, choć w inny sposób. Pracowałem w finale monachijskim z Olim Tyrvanienem. Miałem też swój udział w starcie w finale światowym, a później w startach w cyklu Grand Prix, Szweda Stefana Dannoe. Było jeszcze paru zawodników. Nie wszyscy sobie życzą, aby o tym mówić. W każdym razie na koncie mam pomoc w szesnastu tytułach mistrzowskich. Tyle mogę powiedzieć.

Z kim dziś w takim razie współpracujesz?

Dziś to ja już odpoczywam. Bywały takie lata i mówię to całkiem poważnie, że nie wychodziłem praktycznie z warsztatu. Skończyłem z tym. Chcę normalnie żyć. Swoje w żużlu zrobiłem. Wracając do Twojego pytania – mam paru zawodników, którym pomagam. Przy pewnych nazwiskach pewnie bym cię zaskoczył, ale zostawiam je dla siebie. Tak jest lepiej. 

Jak przez lata zmienił się żużel?

Na pewno najważniejsza rzecz to fakt, że stał się zdecydowanie szybszy. Nie wiem, czy jest lepszy aniżeli kiedyś, ale na pewno szybszy .Inna sprawa to to, że przez lata zmieniło się podejście zawodników do żużla. Zawodnicy, którym zależy na wyniku, mocno dbają o swoją wagę czy sportowy tryb życia. To, co zmieniło się na niekorzyść, to to, że nie ma jazdy zespołowej, a to dla mnie było ważne. Moim zdaniem każdy jedzie tak naprawdę dziś dla siebie. Rzadko możesz zobaczyć, że zawodnicy oglądają się na siebie na torze i sobie pomagają. To chyba najważniejsze elementy zmian na przestrzenie ostatnich dziesięcioleci. Nie wiem, czy to nie kwestia, że większość zawodników mocniej niż na partnera nie patrzy na pieniądze. Nie mi oceniać. Jedyny zawodnik – moim zdaniem – który pamięta, że zespół to zespół, to Tai Woffinden. Parę razy ostatnio widziałem, że nie myśli tylko o sobie. Bardzo mi się to podoba. 

Dziękuje za rozmowę.

Dziękuje również.