Żużel. Marion na walcu, duch Kołodzieja i straż z Apeldoorn, czyli powrót żużla do Ludwigslust (REPORTAŻ)

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W sobotę odbyły się trzy turnieje eliminacyjne do tegorocznego cyklu SGP2, czyli indywidualnych mistrzostw świata juniorów. My tym razem postanowiliśmy przyjrzeć się „od kuchni” – powrotowi po dwóch dekadachświatowego żużla do niemieckiego miasteczka Ludwigslust, gdzie, jak wiemy, najlepszy okazał się Nazar Parnicki. Niestety żaden z dwóch polskich zawodników nie wywalczył awansu.

 

Ludwigslust to blisko dwunastotysięczne miasteczko położone około 170 kilometrów na północny zachód od Berlina. Trafić z jego centrum na żużlowy tor – rzecz prosta. Wystarczy cały czas podążać ulicą Wyścigowa (Rennbahnweg  – dop.red.) i po ponad dwóch kilometrach dotrzemy na żużlowy obiekt, a raczej lokalny Motodrom, czyli centrum wyścigowe. Nie tylko żużel bowiem tutaj ma swoje miejsce. Po sąsiedzku znajduje się okazałych rozmiarów tor motocrossowy. W sobotnie popołudnie na Motodromie rządził jednak nie motocross, a speedway. 

Tor motocrossowy

– Ilu kibiców się spodziewamy? Liczymy, że dobijemy do dwóch tysięcy i to byłoby super. Od lat pracujemy nad tym, aby żużel się tu rozwijał i dzisiejsze zawody rangi światowej są dla nas najlepszą nagrodą za naszą pracę – mówił nam klubowy działacz tuż po naszym przybyciu na stadion. 

Jak to już w Niemczech bywa, kibice nie przybywali na „ostatnią chwilę”. Odpowiednio wcześnie zajmowali swoje „pozycje startowe” na trawiastych wałach, rozkładali turystyczne krzesełka i cierpliwie czekali na początek juniorskiej rywalizacji.

– Przyjechaliśmy z pobliskiego Parchim. W końcu odbywają się zawody o „coś” . Fajnie byłoby zobaczyć na torze naszą Hannę Grunewald. Na awans niemieckich zawodników nie ma za bardzo co liczyć, ale dopingować będziemy tego młodego Czecha, Bednara – mówili nam przed zawodami niemieccy fani żużla. Nie da się ukryć, że podczas prezentacji największe owacje od publiczności, maksymalnie równej liczbie półtora tysiąca, otrzymali właśnie Adam „Bubba” Bednar i startująca jako rezerwa toru, Hanna Grunewald. Czech zawodów do udanych nie zaliczył. Awansu nie wywalczył, a jego postawa raczej rozczarowała, aniżeli pozytywnie zaskoczyła. Hanna Grunwald z kolei swojej szansy doczekała i w jedynym swoim starcie zapisała na swoim koncie „oczko”. O tym, jak znaczące było to wydarzenie dla małego miasteczka niech świadczy fakt, że uroczyście otwierał je sam burmistrz.

Tradycyjnie zadbano o żołądki kibiców i dodatkowy wpływ w klubowej kasie, czyli gastronomię, Nie mogło zatem zabraknąć piwa czy pieczonych kiełbasek w przystępnej cenie – trzech euro. Cena biletu na zawody? Dla „tubylców” normalna. Dla Polaków, których kilkunastu można było spotkać – wygórowana. Aby obejrzeć walkę o finał SGP2  należało „uszczuplić” portfel o 25 euro. 

Same zawody trwały nieco ponad dwie godziny. Co ciekawe, każda z  serii biegowych przeprowadzana była niezwykle sprawnie, około 10 minut, a po każdej z nich sędzia zarządzał kosmetykę toru, która zajmowała już sporo więcej czasu.

– Nic się mocno złego nie dzieje. Wszystko jest ok. Musimy  tylko pilnować, aby pola startowe były jednakowe dla wszystkich i aby nie było żadnych „pułapek” na torze. Jest wszystko w porządku – mówił nam węgierski sędzia zawodów, który po każdej serii opuszczał wieżyczkę sędziowską i nadzorował prace na torze. Instruowanie „ochotników” do prac na torze skutecznie łączył z przerwą na papierosa. Wśród osób zaangażowanych w prace torowe obecna była fanka żużla – Marion, która od lat kieruje stadionowym… walcem. Jej nietypowe zajęcie wzbudzało zainteresowanie.

– Pierwszy raz widzę, aby kobieta ubijała tor walcem okazałych rozmiarów. Niesamowite. Tego na żużlu jeszcze nie widziałem – mówił nam jeden z czeskich kibiców. 

Sędzia zawodów w rozmowie z „opiekunami” toru

Nam nie pozostało nic innego, jak tylko odnaleźć operatora sprzętu ciężkiego płci żeńskiej odnaleźć i „zgłębić” temat.

– Serio Pan chce o tym wspomnieć? Miło. Od kiedy tu jeżdżę walcem? Nie pamiętam dokładnie, ale to już wiele lat, Jak tylko jest taka potrzeba, to jestem, siadam i ubijam tor. Prosto do końca nie jest, bo szwankują hamulce.  Jak trafiłam na żużel? To nie przypadek. Polewaczką, ciągnikiem tutaj jeżdżą moi bracia. Kiedyś oni sami trenowali sporty motorowe. Ta mała dziewczynka obok mnie to moja wnuczka i wie Pan, żeby było weselej, jej tato tu teraz trenuje w klubie – oczywiście sporty motorowe. Jak więc widać, żużlowa rodzina – mówiła nam ze śmiechem Marion, która niczym Irena Kwiatkowska w „Czterdziostolatku” najwyraźniej  żadnej pracy się nie boi.

Marion za kierownicą walca

Warto zaznaczyć, że w przeciwieństwie do wielu klubów zza zachodniej granicy na brak sprzętu do prac torowych Ludwigslust w sobotę narzekać nie mogło. Na torze pojawiały się trzy traktory i polewaczka. Była też zabytkowa polewaczka, która w przeszłości była czynnym wozem strażackim w holenderskim Apeldoorn. Jako „rezerwa” toru stała w parkingu. 

„Nosa” miał bez wątpienia redaktor Michał Konieczny. Bezpośrednią relację z triumfu Nazara Parnickiego przeprowadziło Radio Elka. 

– Nie ma tutaj w stawce żadnego polskiego juniora Unii, ale jest Nazar. Można więc powiedzieć, że przyjechaliśmy tu w ramach solidarności polsko-ukraińskiej – mówił ze śmiechem redaktor Konieczny. 

Redaktor Michał Konieczny za mikrofonem czyli sobota pracująca

Parnicki w sobotę był bezkonkurencyjny. Wygrał wszystkie swoje starty i z taką dyspozycją w SGP2 outsiderem na pewno nie będzie. W boksie Ukraińca „duchowo” i nie tylko obecny był Janusz Kołodziej. Sam zawodnik na stadion przyjechał jego busem. W parkingu korzystał z pomocy mechaników wielokrotnego indywidualnego mistrza Polski i ponoć nie tylko. Koleżeńska pomoc i solidarność w cenie i godna podziwu, tym bardziej, iż w tych czasach rzadka. 

–  Tor był fajny. W dopasowaniu sprzętu pomogli mi mechanicy Janusza Kołodzieja. Bardzo cieszę się z awansu – mówił Ukrainiec po zawodach, dumnie trzymając w ręku okolicznościowy „bilet” co cyklu SGP2.

Odnotować jeszcze należy tylko, iż Niemcy przyjaźnie podeszli do kibiców. Po zawodach przez dłuższą chwilę parking od strony jednej z trybun był otwarty, co było idealną okazją, aby sympatycy czarnego sportu mogli z bliska przyjrzeć się uczestnikom zawodów i nie tylko… Rzecz w Polsce nie do pomyślenia.

– Uważam, że źle nie było po tak długiej przerwie. Były małe problemy z torem, ale wykonywaliśmy polecenia sędziego i na szczęcie nie było kontuzji, a zawody przebiegły sprawnie. Kolejne zawody już nie takiej rangi odbędą się 6 lipca o godzinie 20 i już teraz serdecznie na nie zapraszamy – podsumował turniej  jeden z działaczy klubu w Ludwigslust.

Park maszyn po zawodach