Główny partner portalu

Żużel. Marek Graczyk, psycholog sportu: Trening mentalny jest tak samo ważny jak trening fizyczny czy techniczno-taktyczny (WYWIAD)

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Miał być inżynierem, a został psychologiem sportu. Praktycznie wszyscy przedstawiają go jako wielkiego fachowca. Swoją pracę traktuje jak misję i uważa, że wciąż ma jeszcze wiele do zrobienia. Przez lata miał okazję współpracować z niezliczoną liczbą sportowców, którym pomagał w doskonaleniu umiejętności mentalnych i radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami. Na jego drodze pojawili się też żużlowcy. Na początku trafił do klubu z Grudziądza, a teraz – po kilkuletniej przerwie – znowu wspiera torunian. Poznajcie Marka Graczyka, który w poniższej rozmowie opowiada o różnych wymiarach swojej działalności zawodowej i znaczeniu psychologii w sporcie, a także odsłania wiele psychologicznych niuansów. – Zbliżam się do emerytury, ale nie wiem czy tak szybko na nią przejdę. Psychologia cały czas mnie kręci. To moja pasja, która trzyma mnie przy życiu – słyszymy od naszego rozmówcy.

 

Jak to się stało, że zaczął Pan współpracować z toruńskim klubem żużlowym?

Początki tej historii sięgają końcówki lat 90. Pierwotnie współpracowałem z GKM-em Grudziądz. Jak do tego doszło? Mieszkałem wówczas w Warszawie i pracowałem w Centralnym Ośrodku Medycyny Sportowej. Lekarz GKM-u pojawił się tam wtedy na kursie specjalizacyjnym i uczestniczył w moich wykładach. On bardzo dobrze wiedział, że w tamtym czasie miałem już na koncie współpracę z wieloma sportowcami i związkami olimpijskimi. Któregoś razu zapytał mnie czy nie chciałbym popracować przy żużlu i przyjrzeć się grudziądzkim zawodnikom. Nie zastanawiałem się zbyt długo, ponieważ lubię nowe wyzwania. Na dodatek uznałem, że warto zaszczepiać współpracę z psychologiem w kolejnych środowiskach sportowych. Dla żużla to było coś niestandardowego, więc w regionie szybko poszła jakaś fama. Wkrótce zaczął przyjeżdżać do mnie Wiesław Jaguś, a potem zdobył brązowy medal Indywidualnych Mistrzostw Polski. Dzięki niemu oraz Jankowi Ząbikowi w 2000 roku zostałem sprowadzony do Apatora, ponieważ w klubie uznali, że warto by spróbować wzajemnej współpracy w zakresie szlifowania zdolności mentalnych. W 2001 roku wywalczyliśmy złoty medal DMP, więc była wielka feta i radość. Trochę czasu popracowałem w Toruniu, a potem to się skończyło. Do klubu wróciłem w 2012 roku, kiedy drużynę prowadził Mirek Kowalik. Wtedy też zdobyliśmy medal, ale tym razem brązowy. Potem znowu pojawiła się kilkuletnia przerwa, aż w końcu zgłosił się do mnie Tomek Bajerski, który przed sezonem 2020 przejął trenerskie stery Apatora. On był w grupie zawodników, z którymi pracowałem na samym początku przygody z toruńskim klubem, więc znał mój warsztat i chciał wrócić do współpracy. W zeszłym roku to polegało głównie na konsultacjach z Tomkiem, przekazywaniu mu pewnej wiedzy i indywidualnych spotkaniach z kilkoma zawodnikami, natomiast w tym sezonie podpisaliśmy już kontrakt z Panią Prezes Iloną Termińską.

Jak dokładnie wygląda Pana praca?

Najbardziej intensywny był okres zimowy. Wtedy mieliśmy najwięcej zajęć, szczególnie z najmłodszymi zawodnikami. Chłopacy przyjeżdżali do mnie do Gdańska, gdzie pracuję na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu oraz stworzyłem laboratorium psychologii sportu i treningu mentalnego. Moi podopieczni mogą tam ćwiczyć i rozwijać umiejętności mentalne. Robiliśmy sobie turnieje w zakresie sprawności psychomotorycznej i psychofizjologicznej. Zawodnicy korzystali na przykład z maszyny, w której zapalają się specjalne światełka i trzeba je gasić. Rywalizuje się tam parami. Były też inne urządzenia, które wymagały koncentracji i pobudzenia wyobraźni. Stosowaliśmy różne metody relaksacyjne i medytacyjne. Monitorowaliśmy równość pracy serca, czyli tzw. koherencję HRV. To jest bardzo ważny wskaźnik, dzięki któremu możemy zobaczyć jakie emocje skrywają się wewnątrz człowieka – czy jest on zrównoważony i opanowany czy jednak tłumi w sobie jakieś lęki i złości. Mając taką wiedzę można odpowiednio zareagować. Kolejna porcja treningów mentalnych odbyła się na przedsezonowym zgrupowaniu w Szczyrku. Z kolei w okresie rozgrywek indywidualnie umawiam się z zawodnikami. Raz ja jeżdżę do nich, a innym razem oni przyjeżdżają do mnie. Chodzi o to, żeby w dalszym ciągu ćwiczyć i stawiać czoła ewentualnym problemom. Na podstawie znajomości specyfiki dyscypliny ustalamy jakie umiejętności z zakresu tzw. inteligencji emocjonalnej będą najbardziej przydatne i do tego dostosowujemy nasze działania. Tak naprawdę nie zauważyłem jednak, żeby praca z żużlowcami znacząco różniła się od pracy z wieloma innymi sportowcami. W oczy najbardziej rzuca się to, że nie jesteśmy tak często na zgrupowaniach, ale podejście wcale nie musi być zgoła odmienne. Na przestrzeni lat znacząco nie zmieniły się też metody i założenia współpracy. Teraz jedynie trochę bardziej pomaga nam nowoczesna technologia, dzięki której mamy znacznie większe możliwości.

Jest Pan zadowolony z efektów swojej pracy?

W tym sezonie wielką trudnością było to, że nie mogłem przebywać z zawodnikami w boksach. To wynikało z obostrzeń pandemicznych i ograniczonej liczby osób, która miała prawo pojawić się w parku maszyn. Mam specjalne urządzenia, które mogą odpowiednio pobudzać i równoważyć zawodnika przy okazji rywalizacji sportowej, ale niestety nie mogłem ich zastosować. To w pewien sposób ograniczało nasze możliwości. Przekonałem się też, że w trakcie sezonu zawodnicy mają znacznie mniej czasu ze względu na różnorodne starty i inne zobowiązania, więc częstotliwość naszych zajęć nie zawsze była tak duża, jakbym sobie życzył. Być może niektórzy nie są jeszcze do tego w pełni przekonani i troszeczkę unikają tych spotkań. Nasi zawodnicy przeważnie dostają spory wycisk, a wysiłek psychiczny czasami jest trudniejszy do zniesienia niż wysiłek fizyczny. Myślę, że jeżeli będziemy współpracować także w kolejnych latach, to trzeba będzie wprowadzić drobne usprawnienia. Wiadomo, że nie od razu Kraków zbudowano. Wszystko wymaga czasu i wzajemnego dotarcia. Chodzi o to, żeby maksymalnie wykorzystywać wszystkie możliwości i czerpać z tego jak najwięcej korzyści. Jest kilku chłopaków, po których naprawdę widać, że tego chcą i potrzebują, ale zależy mi na tym, żeby to rozszerzyć. Regularny monitoring i trening to podstawa. Przed laty było tak, że przy okazji spotkania ligowego przyjeżdżałem do klubu na dwa dni, bo jeden wolał ćwiczyć dzień przed meczem, a na drugiego lepiej działało to w dniu meczu. Jeździłem razem z drużyną na zawody, więc miałem większe pole manewru. Nasze działania były dużo bardziej zintensyfikowane. Myślę, że w miarę możliwości warto próbować odtwarzać ten model współpracy. Zdałem sobie sprawę, że trzeba również w nieco większym stopniu stawiać na aspekt edukacyjny. Oczywiście nikogo nie można do niczego przymuszać, ale należy uświadamiać pewne rzeczy. Postawa zawodnika to jeden z najważniejszych kluczy do sukcesu. Sportowiec musi rozumieć, że spokojny i dobrze wytrenowany umysł jest mu potrzebny, a co za tym idzie – jest sens, aby nad tym pracować. To jest długotrwały proces, który wymaga cierpliwości, wiary i zaangażowania. Wielokrotnie jeden sezon nie wystarcza, żeby efekty były widoczne gołym okiem. Trzeba wbić sobie do głowy, że trening mentalny jest tak samo ważny jak trening fizyczny czy techniczno-taktyczny. To jest element, który dopełnia całość. Sportowiec powinien szkolić się w każdym z tych obszarów. Żadnego z nich nie wolno zaniedbać.

W jaki sposób trening mentalny może pomagać sportowcom?

Nasze zajęcia przynoszą sporo korzyści, ponieważ kształtują wiele umiejętności tworzących tzw. kompetencję startową, dzięki której zawodnikom może być łatwiej rywalizować na arenie sportowej oraz radzić sobie z różnymi trudnymi sytuacjami. Sportowcy nabywają świadomość wszystkich procesów, które zachodzą w ich organizmie. Uczą się samokontroli i panowania nad własnymi emocjami. Dowiadują się jak wchodzić w indywidualną strefę optymalnego funkcjonowania, czyli w charakterystyczny dla siebie poziom pobudzenia, dzięki któremu mogą najlepiej działać, a ich sprawność działania jest najwyższa. Budujemy pewność siebie, optymistyczny sposób myślenia i zdolność do rzetelnej samooceny. Pracujemy nad samodzielnością, sumiennością i asertywnością. Zwracamy uwagę na umiejętność obrony swoich praw z jednoczesnym poszanowaniem praw innych. Wyrabiamy poczucie empatii oraz przekonanie, że mam prawo zwyciężać, o ile robię to zgodnie z obowiązującymi regułami. Jeżeli coś się nie układa, to istotne jest przeświadczenie, że zrobiłem wszystko co było w mojej mocy i niczego nie zaniedbałem. Dużą wagę przykładamy również do nastawienia w życiu codziennym oraz podczas rywalizacji sportowej. Zawodnik powinien mieć wysoką chęć startu oraz przeświadczenie, że robi to, aby stawać się lepszym i doskonalszym technicznie. Nie może myśleć, że ma już dosyć i chciałby, żeby było po zawodach. Czyścimy umysł i skupiamy się na tym, co jest tu i teraz. Wiadomo, że w praktyce może wypadać to różnie, ale myślę, że każdy trening mentalny ma nieocenioną wartość i przybliża sportowca do lepszego funkcjonowania.

Uprawianie żużla jest dużym obciążeniem dla sfery mentalnej?

Powiedziałbym, że bardzo dużym. Nie wszyscy znoszą to dobrze, dlatego tak ważne jest dbanie o kondycję psychiczną. To jest bardzo drogi i urazowy sport. Zawodnicy często są na garnuszku sponsorów, od których praktycznie wszystko zależy. Poza aspektem sportowym trzeba myśleć o finansach i inwestycjach. Na wyniki i sukcesy wpływa wiele czynników zewnętrznych, takich jak na przykład motocykle czy tory. To wszystko nie zawsze jest pod kontrolą i daje się całkowicie opanować. Do tego dochodzi dyspozycja dnia, która musi idealnie zgrywać się z pozostałymi elementami. W żużlu jest naprawdę mnóstwo czynników stresogennych. Bardzo często podejście zawodnika sprowadza się do myślenia o zwyciężaniu, a nie o jego rozwoju, czyli tzw. samorealizacji. W Polsce mamy najlepszą ligę na świecie, co kładzie ogromną odpowiedzialność na barkach żużlowców. Zagranicą można jeździć dla zabawy, ale tutaj wszystko musi być dopięte na ostatni guzik – nie tylko dlatego, że jest ogromne parcie na wynik, ale też dlatego, że opinia publiczna bywa niezwykle surowa. Zawodnicy przeważnie są wrażliwi na głosy z zewnątrz i nie chcą narażać się na krytykę. Tylko nielicznym udaje się uprawiać ten trudny sport z dobrym skutkiem przez długie lata. Widzę, że zawodnicy coraz częściej potrzebują rozmowy i właściwego ukierunkowania, a nie tylko szlifowania swoich umiejętności. Takie bezpośrednie oddziaływanie jest bardzo ważnym elementem treningu mentalnego. Jestem pewien, że każdemu przydaje się mentor, który pomaga rozwiązywać różne problemy życiowe i stanowi oparcie w trudnej chwili.

Praca przy żużlu pozwoliła Panu polubić ten sport?

Żużel jest bardzo atrakcyjnym i widowiskowym sportem. Jeżeli ktoś pozna go bliżej, to zaczyna się od niego uzależniać – oczywiście w tym pozytywnym sensie. Szczególne wrażenie robi twarda walka w bliskim kontakcie przy niemałej prędkości. Do tego dochodzą ryczące silniki i charakterystyczny zapach. To działa na wiele zmysłów i wciąga człowieka. Obcowanie z żużlem na pewno porządnie osłabiło mi słuch, ale trudno się temu oprzeć. Dla mnie żużlowcy są współczesnymi gladiatorami i bardzo ich podziwiam. Nie sposób nie zainteresować się tym sportem. Śmiało mogę przyznać, że stałem się żużlowym pasjonatem.

Żużel to jednak tylko niewielki wycinek Pana działalności zawodowej.

Pracowałem z większością związków sportowych w dyscyplinach olimpijskich. Miałem do czynienia z wioślarzami, zapaśnikami, bokserami, strzelcami, łyżwiarzami szybkimi, łyżwiarzami figurowymi, pływakami, lekkoatletami, łucznikami, żeglarzami, piłkarzami ręcznymi czy piłkarzami nożnymi. Długo można by wymieniać. W ostatnich latach pracowałem z kolarzami, a teraz zostałem zaproszony do współpracy z judokami. Tak naprawdę trudno zliczyć jak wielu sportowców i jak wiele różnych dyscyplin przewinęło się przez moje ręce. W pewnym momencie pojawił się u nas boom na psychologię w sporcie, więc wszędzie potrzebowali wykwalifikowanych specjalistów. Jeżeli ktoś kształcił się w tym kierunku, to przeważnie mógł liczyć na jakąś ciekawą propozycję. Chcieliśmy jak najszybciej dogonić zachód, więc chłonęliśmy wszystko, co stamtąd płynęło. Kiedyś byłem w takim programie Polskiego Komitetu Olimpijskiego, w ramach którego przez 320 dni w roku przebywałem ze sportowcami na różnych zgrupowaniach i zawodach. Do domu przyjeżdżałem tylko po to, żeby się przepakować i znowu wyjeżdżałem. Całe moje życie kręci się wokół sportu, więc nie wyobrażam sobie robić czegoś innego.

Mnogość dyscyplin, przy których Pan pracował, nigdy nie stanowiła dla Pana żadnego problemu?

Wiadomo, że trzeba zgłębić tajniki danego sportu i rozumieć się z ludźmi, którzy siedzą w nim na co dzień. To jednak nigdy nie sprawiało mi przesadnie dużych trudności. Największym wyzwaniem jest złapanie wspólnego języka i wzbudzenie zaufania u trenerów oraz sportowców, z którymi będzie się pracować. Trzeba być dla nich wiarygodnym partnerem i dawać dowody na to, że nasze działania nie są pozbawione sensu. Jak najlepsze relacje należy postrzegać jako najważniejszy fundament, na którym można budować coś więcej. Nie ukrywam, że dużo łatwiej jest w sytuacjach, kiedy wchodzę do grupy, gdzie znajdują się ludzie, którzy w przeszłości byli moimi podopiecznymi. Jeżeli nikogo nie znam, to współpraca na początku może być trudniejsza, bo wszyscy będą trzymali nieco większy dystans. Dzięki odpowiedniemu podejściu wszystko można jednak przełamać.

Co Pan ma na myśli?

Najważniejsze, żeby sportowiec postrzegał psychologa sportu jako kolejnego trenera, który pomoże mu doskonalić jego umiejętności mentalne, a nie jako osobę, która będzie wyłącznie grzebała w jego problemach i zmuszała go do zwierzeń. Psycholog rzecz jasna pomaga radzić sobie z trudnościami, ale to nie jest jedyny wymiar jego pracy. W którymś momencie swojej działalności zawodowej zacząłem definiować psychologa sportu jako trenera kształtującego IPOGS, czyli integralną postawę optymalnej gotowości startowej. Kluczowe znaczenie ma tutaj słówko „trener”. Moi podopieczni mówią do mnie „panie trenerze”, a nie „panie psychologu” czy „panie doktorze”. Dla zawodników to jest znacznie bardziej przyjazne określenie, które ułatwia dobrą komunikację. Dzięki temu łatwiej jest złapać nić porozumienia oraz stworzyć odpowiednią relację interpersonalną. Ja czuję się trenerem mentalnym i na tym się skupiam. Jestem świadomy stereotypów i uprzedzeń, które panują w społeczeństwie, ale uważam, że trzeba z nimi walczyć. Do psychologa nie idzie się tylko wtedy, jeśli pojawiają się jakieś problemy.

Niektórzy sportowcy trafiają jednak do psychologa dopiero wtedy, kiedy w ich życiu zaczyna dziać się coś naprawdę niedobrego. Z jakimi problemami najczęściej się zgłaszają?

Na pierwszy plan wysuwają się nerwice i stany depresyjne. To wszystko bierze się z nieprawidłowo ukształtowanej postawy psychologicznej, niewłaściwego nastawienia do sportu a także różnych obciążeń, którym zawodnik nie jest w stanie sprostać. Do tego dochodzą problemy społeczne związane z relacjami, a raczej trudnościami w nawiązywaniu relacji. Nie ma przecież wystarczająco dużo czasu na normalne życie towarzyskie. W rodzinie też nie zawsze wszystko się układa. Sportowca nie ma całymi dniami, bo dużo trenuje i często wyjeżdża. Kiedy w końcu wraca, to przeważnie jest wypompowany i nie może sprostać wszystkim oczekiwaniom swojej drugiej połówki. Czasami można ciężko pracować od rana do wieczora, a efektów nie widać. Na każdym kroku czyhają też różne pokusy. Tak naprawdę jest mnóstwo problemów natury życiowej, z którymi mogą zmagać się zawodnicy. Myślę, że jeszcze długo można by wymieniać. Wielu osobom może się wydawać, że sportowcy pod każdym względem są takimi samymi ludźmi jak inni, ale w rzeczywistości oni wykraczają poza wszelkie normy swoimi wskaźnikami psychofizjologicznymi. Sportowiec przeżywa wszystko w sposób znacznie bardziej nasilony, bo na co dzień funkcjonuje w ekstremalnych warunkach i jest wystawiany na nadludzkie wysiłki. Jeżeli w porę nie zacznie sobie radzić ze stresem i licznymi stresorami, to z biegiem czasu będzie mu coraz trudniej.

Jak należy podejść do sportowca, który zmaga się z kryzysem?

Tutaj akurat nie chciałbym wchodzić w szczegóły, bo każdy specjalista ma swoje tajemnice warsztatowe, które raczej nie powinny oglądać światła dziennego. Mogę jedynie powiedzieć, że nieraz psycholog sportowy nie jest w stanie samodzielnie poradzić sobie ze wszystkimi problemami zawodnika. W niektórych przypadkach konieczne jest skierowanie do psychoterapeuty lub psychologa klinicznego. Czasami w organizmie zachodzą takie zmiany, że potrzeba o wiele większych specjalistów, żeby stawić temu czoła. Jeżeli sytuacja robi się naprawdę poważna i mamy do czynienia z procesem chorobowym, to wymagane jest odpowiednie leczenie farmakologiczne. Najważniejsze to zorientować się, że coś jest nie tak i zgłosić się po pomoc.

Jakby przekonał Pan niezdecydowanego sportowca do treningu mentalnego, który – jak mniemam – może chronić przez wieloma poważnymi problemami?

W treningu mentalnym chodzi o to, żeby doprowadzić zawodnika do stanu, w którym będzie potrafił swoim umysłem przekroczyć możliwości ciała. Powstało wiele książek na temat znaczenia treningu mentalnego, ale myślę, że to jedno zdanie zbiera całą wyłożoną tam wiedzę w jedną całość i doskonale wszystko tłumaczy. Chińczycy stwierdzili kiedyś, że trening mentalny może dawać sportowcowi to samo, co daje niedozwolony doping farmakologiczny. Nie ma wątpliwości, że to się przekłada na jego myśli i odczucia, a co za tym idzie – może decydować o tym, jaką pozycję wypracuje sobie w sportowym światku. Zawodnik niewytrenowany mentalnie najczęściej jest bardzo niestabilny i miewa silniejsze wahania nastrojów. To sprawia, że może gwałtownie przechodzić z pozytywnych stanów emocjonalnych w negatywne stany emocjonalne. To na pewno nie sprzyja rywalizacji na wysokim poziomie i budowaniu stabilnej formy. Zawodnik dobrze wytrenowany mentalnie jest znacznie bardziej odporny i zrównoważony. Z tego bierze się jego dodatkowa siła, która może przekładać się na lepsze wyniki. Warto wspomnieć, że za sprawą nowoczesnej aparatury możemy bardzo szybko określić w jakiej kondycji mentalnej znajduje się sportowiec. Sprawdzamy chociażby pracę serca, poziom koncentracji, przerzutności i podzielności uwagi, a także koordynację nerwowo-mięśniową. Dzięki temu praktycznie wszystko wiemy, a następnie możemy odpowiednio zareagować. Różnego rodzaju ćwiczenia i testy mogą pozwalać stawiać kolejne kroki naprzód, a monitoring pozwala wiedzieć na jakim etapie się znajdujemy. Tutaj nic nie jest przypadkowe. Wbrew obiegowym opiniom, współpraca z psychologiem wcale nie jest oznaką słabości czy powodem do wstydu, tylko wyrazem dojrzałości i chęci pracowania nad sobą w każdym możliwym aspekcie.

Jak Pana zdaniem powinno wyglądać modelowe podejście zawodnika do sportu?

U sportowca powinna dominować motywacja wewnętrzna. Dzięki niej może on czerpać radość z samego faktu uprawiania sportu i możliwości samorealizacji. W tym wypadku liczy się droga do mistrzostwa sportowego i jej kolejne etapy. Zawodnik skupia się na tym, że stopniowo chce stawać się coraz lepszy, ale ma świadomość, że to jest pewien proces. Jeżeli u sportowca zbyt wcześnie zacznie przeważać motywacja zewnętrzna, związana z gratyfikacjami finansowymi, nagrodami rzeczowymi czy popularnością, to raczej nic dobrego z tego nie wyjdzie. Zawodnik będzie koncentrował się przede wszystkim na wyniku, a nie na rozwoju. Kolejne starty będą generowały u niego coraz większą presję, żeby tylko otrzymać coś materialnego, co stworzy wzmocnienie motywacyjne. Pojawi się przeświadczenie, że startuję, bo muszę, a nie dlatego, że chcę i lubię. Motywację wewnętrzną należy kształtować od jak najmłodszych lat.

Sporo rozmawialiśmy o pracy ze sportowcami, ale to nie jest Pana jedyne zajęcie. Na co dzień spełnia się Pan również na uczelni.

Zgadza się. Lubię pracować z ludźmi głodnymi wiedzy i przekazywać im coś wartościowego. Od wielu lat zajmuję się szkoleniem przyszłych psychologów. Stworzyłem sekcję psychologii sportu, a potem Komisję Certyfikacyjną i Program Ustawicznego Kształcenia Psychologów PKOl-u oraz Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Opracowaliśmy specjalną certyfikację psychologów – psycholog drugiej klasy, psycholog pierwszej klasy i psycholog klasy mistrzowskiej. Każdy stopień wymaga odpowiedniego stażu oraz zdanego egzaminu. Kilka lat temu pomyślałem sobie jednak, że kompletnie niewykorzystani w zakresie psychologii sportu są studenci Akademii Wychowania Fizycznego, którzy znają sport jak mało kto i na ogół dysponują świetnym warsztatem dydaktycznym. Oczywiście w toku studiów oni mają trochę psychologii, ale moim zdaniem można by ją rozszerzyć w kierunku treningu mentalnego. Wyszedłem z założenia, że absolwenci tej uczelni mogliby odpowiadać nie tylko za techniczne wyszkolenie sportowców, ale też za doskonalenie ich umiejętności mentalnych. Nie chodzi mi wyłącznie o zawodowy sport, ale też o lekcje wf-u i kształtowanie pewnych postaw od najmłodszych lat. Postanowiłem zrobić coś w tym kierunku. Najpierw stworzyłem na AWF-ie koło naukowe trenerów mentalnych, a potem doszła do tego specjalizacja instruktora treningu mentalnego w sporcie. Teraz natomiast otwieram studia podyplomowe w tym zakresie. Na pewno nie zamierzam na tym poprzestać i planuję to rozwijać. Jeżeli spotka się to z zainteresowaniem, to być może kiedyś powstanie osobny kierunek studiów poświęcony tym zagadnieniom.

Ma Pan jakieś doświadczenie zawodowe, które było dla Pana szczególnie inspirujące i do dzisiaj wspomina je Pan z sentymentem?

Przed Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie stworzyłem program SiOKO, czyli Silna i Odporna Kadra Olimpijska. Na jego uruchomienie otrzymałem 1,5 mln euro z funduszy unijnych. W ciągu trzech lat (2009-2012) razem z moim zespołem zrealizowaliśmy ponad 22 tysiące godzin szkoleniowych dla setek zawodników oraz dziesiątek trenerów, fizjoterapeutów i lekarzy z polskich związków sportowych. To było ogromne przedsięwzięcie. Zaangażowałem w to ponad 30 psychologów. Jestem dumny, że wspólnie mogliśmy przyczynić się do poszerzenia wiedzy z zakresu psychologii i treningu mentalnego u sportowców oraz ludzi, którzy z nimi pracują.

Skąd u Pana zainteresowanie psychologią?

Powiedziałbym, że to moje przeznaczenie (śmiech). Początkowo chciałem zrealizować marzenie ojca i zostać inżynierem-lotnikiem. Któregoś razu w pociągu trafiłem jednak na pewnego księdza, który okazał się kapelanem studenckim i namówił mnie, żebym zajął się psychologią. To sprawiło, że w 1976 roku zamiast na politechnikę trafiłem na Katolicki Uniwersytet Lubelski i rozpocząłem studia w tym kierunku. Szybko zorientowałem się, że to mnie mocno zainteresowało i chciałbym się tego trzymać. Kilka albo kilkanaście lat później dostałem dowód na to, że wybrałem właściwą drogę życiową. Pamiętam, że byliśmy na zawodach z bokserami i podczas spaceru między kolejnymi zajęciami spotkałem jakichś radzieckich numerologów. Oni nie mieli prawa wiedzieć czym na co dzień się zajmuję, a jednak wyczytali z liczb, że całe moje życie będzie kręciło się wokół psychologii i sportu. Ktoś może się śmiać i traktować to z przymrużeniem oka, ale ja wtedy naprawdę uwierzyłem, że to jest mi pisane i poczułem się jeszcze bardziej zmotywowany do działania. Kiedyś miałem też okazję po raz drugi wyjechać do Australii, gdzie przez jakiś czas stacjonowałem jako rezydent. Biłem się z myślami, bo nie do końca wiedziałem co powinienem zrobić. Australia jawiła mi się jako raj na ziemi, ale nie byłem przekonany czy powinienem opuszczać Polskę. Powiedziałem sobie wtedy, że jeżeli z naszego kraju wypłynie jakiś statek, który w swoim rejsie będzie miał obojętnie jaki port australijski, to wyjeżdżam i koniec. Proszę sobie jednak wyobrazić, że przez cały rok nie było ani jednego takiego statku. Moja siostra, która mieszka w Holandii, mówiła do mnie, że mam przestać się wygłupiać i przyjechać do niej, bo z Rotterdamu średnio raz na tydzień wypływał taki statek. Ja jednak trzymałem się tego, że to miało być połączenie z Polski. Skoro takiego nie znalazłem, to potraktowałem to jako sygnał, że mam zostać tutaj. Miałem wrażenie, że przytrzymuje mnie tu jakaś siła wyższa. Uznałem, że to jest moja misja, aby rozwijać w Polsce praktyczną, czyli tzw. stosowaną psychologię sportu. Miałem szczęście, że zaraz po obronie pracy magisterskiej zaproponowano mi pracę w Instytucie Sportu w Warszawie, więc od samego początku mogłem działać w zgodzie z własnymi zainteresowaniami i zdobytym wykształceniem.

Patrząc na Pana dorobek zawodowy można powiedzieć, że jako psycholog sportu zbudował Pan sobie silną pozycję.

Nie ukrywam, że kosztowało mnie to bardzo dużo wysiłku. Nie da się zliczyć nieprzespanych nocy i godzin poświęconych na poszerzanie wiedzy oraz gromadzenie doświadczenia. Współcześni kandydaci na psychologów na pewno mają trochę łatwiej, ponieważ teraz jest lepszy dostęp do informacji oraz różnorodnych nauczycieli. My nie mieliśmy tak wielu mentorów, od których mogliśmy się uczyć. Na pewno wiele dały nam prywatne kontakty z zagranicznymi profesorami ze Szwecji, Stanów Zjednoczonych czy dawnego Związku Radzieckiego. Wtedy trzeba było na własną rękę poznawać wiele nowinek i ćwiczyć swoje umiejętności. Musieliśmy dać bardzo dużo od siebie, żeby cokolwiek znaczyć i mieć coś do zaoferowania. Tak naprawdę w tym zawodzie proces zdobywania wiedzy nigdy się nie kończy. Nie uważam się za osobę, która wszystko wie najlepiej i pozjadała wszelkie rozumy. Cały czas się uczę i to mnie w tym tak bardzo ekscytuje. Psychologia sportu bywa nieprzewidywalna i zostawia wiele tajemnic, które człowiek chce odkrywać.

Jakim jest Pan psychologiem?

Na pewno cały czas od siebie wymagam. Dobry psycholog powinien mieć odpowiednie kompetencje społeczne, duże umiejętności interpersonalne oraz rozwiniętą inteligencję emocjonalną. Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego staram się o to zadbać. W pracy przydaje się też dobra intuicja, która bierze się z rozległej wiedzy. Psycholog to przede wszystkim rzemieślnik, ale ja dostrzegam w tej działalności również nutkę artyzmu. Efekty mojej pracy są widoczne w osiągnięciach sportowców, których mam pod swoimi skrzydłami. Na pewno mogę pochwalić się jakimiś sukcesami. Nie zliczam ich jakoś bardzo skrupulatnie, ale nie ukrywam, że każdy z nich daje mi sporą satysfakcję oraz poczucie dobrze wykonanego zadania. Jest wiele związków, w których padały pierwsze medale Mistrzostw Europy, Mistrzostw Świata czy Igrzysk Olimpijskich po tym jak rozpoczęliśmy naszą współpracę. Jeszcze jakiś czas temu polskie związki nie miały zbyt bogatej historii w zakresie przygotowania psychologicznego sportowców. Zawodnicy byli dobrze wyszkoleni technicznie, ale czegoś im brakowało od strony umiejętności mentalnych. Wystarczyło trochę popracować i od razu pojawiały się sukcesy. Nie chcę przypisywać sobie nie wiadomo jakiej roli, ale uważam, że trening mentalny miał w tym wypadku spore znaczenie. Oczywiście w mojej działalności zawodowej nie brakuje też porażek. Zdarzają się sportowcy, z którymi nie udaje się zrealizować założonego celu. Niektórym po prostu nie da się pomóc tak bardzo, jak byśmy sobie tego życzyli – nawet jeśli stanęlibyśmy na głowie i wypruli sobie żyły. To jest element tej pracy, z którym trzeba się pogodzić. Na pewno nie wolno się zniechęcać.

Miewał Pan jakieś kryzysowe momenty?

Praktycznie po każdych z pięciu Igrzysk Olimpijskich, w których uczestniczyłem jako psycholog, dopadały mnie stany depresyjne. Z jednej strony czułem się spełniony, ale miałem też wrażenie, że coś ważnego się skończyło i już nic nie będzie takie samo. Na szczęście to było tylko przejściowe. Nawet jeśli czasami miałem już tego wszystkiego dosyć, to za każdym razem trwało to bardzo krótko. Po chwili znowu się wkręcałem i wracałem do psychologii sportu z ogromnym zapałem, bo pojawiało się jakaś nowe wyzwanie. Kiedy próbowałem robić w życiu cokolwiek innego, to szybko zdawałem sobie sprawę, że to nie jest to samo.

Co dobrego dla siebie wyciąga Pan z tej pracy?

Dzięki psychologii mogę poczuć się niemalże jak sportowiec. Cały czas dążę do samorealizacji i bycia jeszcze lepszym. Chcę dawać z siebie wszystko i celować w mistrzostwo. To mnie niesamowicie nakręca i dodaje mi energii. W moim przypadku każdy sukces działa jak potężny kopniak, który napędza do dalszego działania. Ta praca pozwala mi też wcielać się w rolę nauczyciela, który w jakimś stopniu może kształtować nowe pokolenia. Każdy pedagog ma olbrzymią satysfakcję, kiedy widzi, że jego wychowankowie robią postępy i stają się zdolni do przełamywania kolejnych granic.

Ma Pan jeszcze jakieś zawodowe marzenia?

Na pewno chciałbym pojawić się na przynajmniej jeszcze jednych Igrzyskach Olimpijskich. Na horyzoncie widzę już Paryż. Chodzi o przeżycie tego wszystkiego po raz kolejny i posmakowanie tej unikalnej atmosfery. Ta impreza to jest absolutny hit. To jednak nie wszystko. Fajnie byłoby znowu powalczyć z Apatorem o Mistrzostwo Polski albo chociaż o jakiś medal. Szukam też czasu, żeby dokończyć moje trzy książki. Być może uda mi się wreszcie zrobić coś więcej w sprawie mojej habilitacji. Co prawda wiele osób mówi do mnie „panie profesorze”, ale mimo wszystko chciałbym, żeby były ku temu formalne przesłanki. Zbliżam się do emerytury, ale nie wiem czy tak szybko na nią przejdę. Psychologia cały czas mnie kręci. To moja pasja, która trzyma mnie przy życiu. Wychodzę z założenia, że wciąż mam jeszcze wiele do zrobienia.

Rozmawiał KAROL ŚLIWIŃSKI