Finał Speedway of Nations – dzień 2.

2020-10-17 19:00:00

Finał PGE Ekstraligi: Fogo Unia Leszno – Moje Bermudy Stal Gorzów 59:30 (103:76)

2020-10-11 19:15:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Betard Sparta Wrocław – RM Solar Falubaz Zielona Góra 50:40

2020-10-11 16:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Fogo Unia Leszno 46:44

2020-10-09 20:30:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: RM Solar Falubaz Zielona Góra – Betard Sparta Wrocław 37:32

2020-10-09 18:00:00

Zakończona

Przejdź

PGE Ekstraliga: Moje Bermudy Stal Gorzów – Betard Sparta Wrocław 55:34 (99:80)

2020-10-04 19:15:00

Zakończona

Przejdź

Żużel. Marek Garsztka: Życie trochę mnie sponiewierało (WYWIAD)

Ostrowski Jarmuła, jak o nim mówiono. Nigdy nie dostąpił żużlowego raju, zawsze jednak jechał swoje na full. Na rozkładzie zapisał kilku światowych tuzów. Zaczynał późno, nawet jak na swoje czasy, startował krótko, ale mimo to potrafił zjednać sobie i zapaść w pamięć wielu, szczególnie ostrowskim, kibicom. Dziś pracuje w firmie produkującej tłumiki samochodowe, lecz od żużla się nie odżegnał. Mimo wielu paskudnych chorób, które Go dopadły wciąż zachowuje pogodę ducha. O karierze, współczesnym speedway`u i… hippice w mocnej rozmowie opowiada Marek Garsztka.

Pseudonim ostrowski Jarmuła nobilitował i zobowiązywał jednocześnie?

No tak. Porównano mnie z Józefem Jarmułą, który zresztą bardzo mi się podobał. Tam gdzie było trochę miejsca, tam wchodził. Jeździł walecznie, widowiskowo, zawsze do końca. U mnie było podobnie. Pod bandą 15 cm luzu, nikt tamtędy nie pojechał, a ja tam wjeżdżałem. Ludzie mówili: „Patrz, jeździ jak Jarmuła”. I po kilku meczach koledzy z drużyny też zaczęli tak mnie nazywać. Wtedy w każdym klubie większość to byli chłopaki stąd. Sami swoi można powiedzieć. I kibice też chodzili chętnie na miejscowych. Była zupełnie inna atmosfera i więcej miejsca na swojski klimat. Nie było zawodników zagranicznych a żużel opierał się na wychowankach. Dopiero później, w latach dziewięćdziesiątych ruszyli na Polskę stranieri. Do Ostrowa przychodzili Rickardsson, czy Loram. Dla swoich robiło się duszno. Jaziewicz, Kociemba, Małecki, Świdziński, Jacek Brucheiser, Tajchert my byliśmy z Ostrowa. Wychowankowie klubu.

No i te wesołe autobusy z nieodłącznym aromatem gotowanych jajek?

(śmiech) To była po prostu rodzina. Mówisz wesoły autobus. Być może. Nikt się jednak nie wyróżniał. Ten ma taki bus, tamten inny. Wszyscy razem. Integracja nie była potrzebna. Mieliśmy ją na co dzień. Dziś jeden Mercedesem, drugi Porsche, trzeci Ferrari, a wtedy wszyscy jechaliśmy klubowym autobusem. Starzy nie ściągali na miejscu motorów, tylko młodzi. Trochę jak fala w wojsku. Młody nie mógł podskoczyć. Grywało się w karty, słuchało radia, dyskutowało. Wszyscy się znali i kumplowali. Teraz wszystko masz w telewizji. To cieszy, bo więcej ludzi można zainteresować tym sportem, szczególnie w miastach, gdzie żużla nie ma. Z drugiej strony to takie lizanie loda przez szybę. Nie przyjdziesz na stadion, nie zakochasz się – nie zrozumiesz. Kiedyś nawet 100 czy 200 kilometrów kibice jeździli na żużel, bo w ich mieście nie było. Teraz siada z pilotem przed ekranem i ma wszystko podane na tacy. Nie ma jednak jak powąchać spaliny na stadionie, usłyszeć charkot tych motocykli – tego nic nie zastąpi. To jest coś pięknego. Telewizja pokazuje ci obrazki z parkingu, z miejsc do których zwykły kibic nie ma dostępu, przy tym wywiady z zawodnikami, ale coś za coś. 

Nawet jak na tamte czasy zaczynałeś późno?

Dobrze powiedziałeś. Nawet bardzo późno. Dopiero po ukończeniu 18 lat przyszedłem na stadion zapisać się do szkółki. Trafiłem tam dopiero jesienią i mimo, że bardzo szybko zdobyłem licencję, straconych lat nikt nie mógł zwrócić. Wiosną zdałem już żużlową maturę i mogłem zacząć startować. Wcześniej nie miałem zgody rodziców, stąd musiałem czekać. Rodzice nie chcieli podpisać, a ja powiedziałem, że i tak zostanę żużlowcem. Ukończyłem 18 lat, odebrałem dowód i poszedłem do szkółki. Dopiąłem swego. Po czasie, kiedy już startowałem, ś.p ojciec przyznał, że szkoda, iż się nie zgodzili wcześniej. Przykro mi było, ale co poradzić. Zagryzłem zęby, odczekałem i postawiłem na swoim. Stało się jak się stało. Czasu nie cofniemy. 

Te stracone sezony juniorskie nie pozostały bez wpływu na dalszą karierę?

To oczywiste. Jakiś wpływ musiały mieć. Zawsze miałem słabe początki roku. Potrzebowałem dużo jazdy, czucia motocykla. Dłużej wchodziłem w sezon. Do czerwca szukałem jak najwięcej startów. Chodziłem nawet do trenera i prosiłem o zgodę na dodatkowe treningi ze szkółką. Żeby się rozjeździć musiałem dużo kółek zaliczyć. Teraz w klubach mają psychologa, może to jakoś by pomogło. Nie wiem. Dopiero gdy kończył się maj, zaczynałem się rozkręcać. W drugiej połowie roku, jak jeszcze miałem coś pod tyłkiem, puszczałem sprzęgło i nie było na mnie leszcza. W Ostrowie szło świetnie, na wyjazdach bywało różnie. Jeśli mam być szczery, to najbardziej lubiłem tor w Świętochłowicach na Skałce. Tam mi pasowało. Początki – wiadomo. Młodzieżowiec terminował ucząc się rzemiosła. Potem jako senior zwykle kręciłem się koło kompletu. To był zdecydowanie mój ulubiony tor. Stadion też był zaj….ty. Szkoda, że to jest marnowane i nie ma tam żużla. 

Wróćmy do czasów szkółki. Dziś przychodzi młody chłopak. Od razu bus, team, zaplecze z kilku motocykli. Wtedy to nawet kask BellMoto5 było szczytem marzeń, bo większość trenowała w „topkach” jak z Wueski, bez szczęki?

Oj tak. Jak się dostało tego gorylka to już człowiek był szczęśliwy. Niebieskie okulary jednorazówki. Lekkie gogle, zamiast ciężkich z magazynu fabrycznego. Tego musiałeś się dorobić. Zasłużyć. Jak dostałeś – byłeś happy. Dziś wszystko przychodzi zbyt łatwo i pewnie dlatego nie jest doceniane. W szkółce zaczynało się od mycia motocykli. Majster wpisywał każdemu w zeszyt ile czasu i nad czym pracował. Jak w szkole. Trzeba było pozamiatać, to się zamiatało. Nikt nie grymasił. A teraz przychodzi „wielki zawodnik”, czempion ze szkółki i on nie będzie zamiatał, bo on tu nie przyszedł sprzątać. Za wcześnie robią się mistrzami świata. A człowiek zaczynał od najprostszych rzeczy. Sprzątania, czyszczenia motocykli, zapychania. Na zawody przychodziło się wcześniej, żeby wkręcić się jako pomagier do zawodnika i móc go w ogóle zapychać do biegu. Cieszyłeś się jak cię trener wyznaczył. Duma rozpierała. Nikt nie pomyślał nawet żeby grymasić. Sam tego chciałeś i musiałeś być spryciarzem, by dostąpić zaszczytu. Tak to wtedy traktowano. Teraz ledwo zda licencję i on już ma trzech mechaników do roboty. My mieliśmy zatrudnienie w ZNTK i byliśmy oddelegowani do klubu. Na zimę szedłeś do pracy, a w sezonie musiałeś w klubie podpisywać listę obecności. Inny świat. 

Łańcuch Herbowy Ostrowa z 1992 roku. Pamiętasz?

No jak mogę tego nie pamiętać? Wisi u mnie na honorowym miejscu. Do obejrzenia(śmiech). Na pudle Andrzej Huszcza, Roman Jankowski ówczesne tuzy, a na pierwszym miejscu Marek Garsztka. To była końcówka sezonu, czyli moment kiedy już jechałem na całego. Wszystko wtedy zagrało. Z tym motocyklem trafiłem od połowy sezonu. Remontów nie robiło się wtedy tak często jak teraz. Nie wiedziałem naturalnie jak będzie tego dnia podczas turnieju, ale już wcześniej sprzęt nie zawodził. Przed Łańcuchem sam jechał. Z Rybnikiem zrobiłem w lidze 17 punktów. Z Egonem Skupieniem daliśmy sobie po razie. Raz On górą, raz ja. Dobry motocykl i moja dobra forma – to się zgrało. Byłem po prostu pewny siebie, a motocykl majstrowie przygotowali na medal. 

W tamtych czasach dzieciaki nie siedziały z nosami w telefonach?

Poszedłeś na osiedle i zawsze kogoś spotkałeś. Na osiedlowym Wembley, przy trzepaku. Rodzice nie mogli cię w domu utrzymać. Teraz musisz wyganiać. Jeszcze bez telefonu. Żeby w piłkę pograł. Niektórzy nie wiedzą nawet jak się za to zabrać. Myślą, że futbol to taka gra komputerowa. Nie umie podciągnąć się na trzepaku, nie potrafi piłki kopnąć. Dramat. Kiedyś na osiedlu wyścigi non stop. Rowery poprzerabiane. Kołpaki na kołach. „Żużel” był dzień w dzień. A teraz wszystko zanikło. Nie wiem co się z tymi dzieciakami porobiło. Ja tego nie widzę. Myśmy mieli podwórkową ligę. Każdy był „kimś”. Najlepszy wybierał pierwszy. Nie mogło być dwóch Brucheiserów. 

Zaryzykuję, że Ostrów to kuźnia niespełnionych talentów. Czego potrzeba, żeby to zmienić?

Teraz też jest przynajmniej dwóch fajnych chłopaków. Szostak i Grzelak. Są też inni młodzi w kolejce. Klub zapewnia im dobre warunki. Mają sponsorów. Najważniejsze, żeby woda sodowa im głowy nie uderzyła. Tylko i aż tyle. Tych czasów nie da się porównać. Zupełnie inne realia. Sami muszą się pilnować, a nie po trzech, czy czterech punktach w meczu już chodzi szeroko. Niech zachowują się normalnie. On sam musi chcieć. Być coraz lepszy, nie zadowalać się drobnymi sukcesami. Cały czas dążyć do szczytu. Trzeba żyć żużlem. Nie, że podstawiasz mu motocykl pod du…ę, on zapier…la, robi 3 czy 4 punkty a po meczu idzie w piz…u. Motocykl przyjdzie umyć we wtorek albo środę, chyba że mechanik umyje wcześniej za niego. To droga donikąd. Tak świata nie zawojujesz. To trzeba mieć w genach i chcieć coś osiągnąć. 

Masz do dzisiaj zeszycik z nazwiskami światowych tuzów, których pokonałeś w lidze?

(śmiech) No nie mam, ale trochę tych zawodników było. Najbardziej utkwiło mi w pamięci zwycięstwo z Hansem Nielsenem w Pile. Wtedy jeździłem dla Motoru Lublin. Ostrów mnie nie chciał. To był mój ostatni sezon przed kontuzją. Rok 1995. W Lublinie liderem był Leigh Adams. Pojechaliśmy do Piły na ligę. Nie byłem w tym Motorze gwiazdą. Startowałem, jak po latach stwierdził ś.p Witold Zwierzchowski, trener Lublina – „na sztukę”. Ani sprzętu za bardzo, ani dużej liczby wyścigów. W pierwszej serii przyłożyłem wtedy Hansowi Nielsenowi na jego domowym torze. Zaś Hans wypowiadał się w Tygodniku Żużlowym: „Skąd on jest? Kto to jest ten Marek Garsztka” (śmiech). Żadnego biegu nie przegrał, a przyjechał taki nieznany facet i Nielsen przegrał z nim na własnym stadionie. 

Powiedziałeś: Ostrów mnie nie chciał?

To prawda. Trenerem był wtedy Jan Ząbik. Stwierdziłem, że jak dotąd będę pracował i jeździł. Głównemu sponsorowi klubu to się nie spodobało. Postawił sprawę kategorycznie. Albo żużel, albo praca. Nie byłem najmłodszy. Dobiegałem trzydziestki, a na żużlu nie dało się zarobić jak teraz. Uparłem się. Sponsor zawyrokował więc, że jeśli Garsztka ma dalej startować, to on nie będzie wspomagał klubu. Porozmawialiśmy z trenerem i doszedłem do wniosku, że lepiej żeby sponsor nadal łożył na żużel, bo trudno żeby przez jednego zawodnika klub stracił głównego darczyńcę. Ten Lublin do końca na zdrowie mi nie wyszedł. Jak wspomniałem, trener Zwierzchowski przyznał później, że byłem tam „na sztukę”. Mogłem iść z Jackiem Brucheiserem do Opola i to pewnie byłoby lepsze. Z Lublinem to był błąd. Z drugiej strony nie mogę żałować, bo to była ekstraklasa i człowiek zobaczył, co to jest prawdziwy żużel. W Motorze nie było już wtedy sprzętu. Chylili się ku upadkowi. To był taki sezon aby dojechać. Ale doświadczenia bezcenne. 

Karierę skończyłeś wcześnie. Nie ciągnęło wilka do lasu?

Ciągnęło. Strasznie ciągnęło. Jak siedziałem w domu, wiatr się obrócił i usłyszałem, że warczą na stadionie, to żona pyta: Marek co robisz – a ona już do ściany mówiła, bo mnie nie było(śmiech). Nie poszedłem w trenerkę czy mechanikowanie z powodu problemów ze wzrokiem. To była ta paskudna kontuzja, która skończyła mi karierę. Właściwie to sam sobie narobiłem problemów, wkładając w oko ten śrubokręt. Poza tym co to teraz za mechanik? Pojęcia nie ma o silniku, a już mechanik. Kiedyś mechanik, to był jak obecnie tuner. Ten, który składał silniki. Zmiana koła, zalanie, olej – tym zajmowali się pomagierzy, a nie mechanicy. Lausch, Graversen, czy jak kiedyś u nas Andrzej Krawczyk, Rysiu Małecki – to byli mechanicy. Ci co teraz nazywają się mechanikami, to ludzie od ustawiania koła i zapychania. Nie rozumiem też do końca tego współczesnego żużla. To chodzenie po torze ze śrubokrętami, sprawdzanie nawierzchni. Za starych czasów tory były wymagające. Co drugi guma. Kleiło, koleiny, motocykl wytarmosił. W Grudziądzu dąb przyciągał, a ja tam pod tym dębem latałem po płocie. Jasiu Ząbik mówił: Marek, gdzie ty tam ku…wa jeździsz? A ja wymiatałem na tym drugim łuku po dechach. Byłem lekki przy swoim wzroście. Ważyłem 62 kilo, w sezonie 61. Pasowało mi tam. Przepracowywałem zimę, kondycja była, nie bałem się i dawałem radę. Wtedy na tych dziurach to chwytaki oleju się urywało. Dzisiaj dwie dziurki i strajk. Oni nie jadą, bo nierówno. Parodia. Chyba nigdy nie widzieli przyczepnych torów. Bydgoszcz, Toruń, Rybnik, Opole – tam wszędzie kaski ledwie wystawały. I nikt nie jęczał. Podobnie wypowiadał się Andrzej Huszcza. Twierdził, że nie wiedzą teraz co to przyczepne tory, a na twardym stole, to każdy głupi pojedzie. 

Motocykl ma coraz większe znaczenie?

Rozumiem, że są szybsze. To widać choćby po czasach. Pewnie mniej sterowne. Ale jak nie nauczysz się na przyczepnym, to i na twardym nie ujedziesz. Był taki mecz w tamtym roku. Trochę popadało, a oni już stękają, że nie pojadą. A inni trenują i jadą? W Częstochowie był fajny, przyczepny tor do walki. Prze lata. Nawet Leszno tam przegrywało. Teraz jak Cieślak zrobił beton, to ani walki, ani wyniku. Nie rozumiem też po co są ci komisarze. Ktoś obcy ma wiedzieć lepiej jak zachowuje się tor, jak układa nawierzchnia, jak wpływa polewanie? Lepiej od toromistrza? Dla mnie to jest chore. Żużel to nie są szachy. Albo jedziesz, albo nie. Jak nie czujesz się na siłach – daj spokój. Weź się za trenerkę albo pomagaj w boksie. Drużyna to siedmiu ludzi, nie można więc też toru przygotować pod jednego, żeby robił komplety, a reszta nie poradzi. 

Marek co porabiasz teraz?

Pracuję u Henia Kwietnia. Robimy tłumiki samochodowe. A teraz to siedzę w domu(śmiech). 

Widziałem w mediach społecznościowych Twoje zdjęcie na koniu. Coś Cię z tymi końmi trzyma?

Oj tak. Trzyma mnie, trzyma. Teraz nie mogę przez problemy zdrowotne. Na razie więc nie jeżdżę. Właściwie to wciągnęła mnie wnuczka. Ona jeździła, a ja się przyglądałem. W końcu trenerka powiada: Panie Marku, a może Pan spróbuje. I tak się wciągnąłem na stare lata. Dziadek nie chciał być gorszy. Złapałem bakcyla i przesiadłem się z mechanicznych na żywe konie. Teraz odpuściłem. Miałem raka płuc, ale wygrałem. Trochę później przeszedłem zawał, a dopiero co usunięto mi woreczek żółciowy. Posypałem się. Życie trochę mnie sponiewierało. Na razie mam przymusową przerwę. Muszę się wykurować. Ale wierzę, że jeszcze nie raz wsiądę na konia. Póki walczysz, jesteś zwycięzcą. W kwietniu, może maju spróbuję znowu pojeździć konno. Na razie dzięki Bogu i partii ze zdrowiem jest lepiej i oby tak dalej. 

Trzymam kciuki. Zdrowiej. Ciesz się jazdą konną. Nie poddawaj się. 

Nie, no nie ma szans żebym wywiesił białą flagę. Nie poddam się, bo to nie mój charakter. Jak widzisz walczę, staram się być aktywny, choćby to, że rozmawiamy. W końcu jestem ostrowski Jarmuła. Nigdy się nie poddaję. Zawsze walczę do końca. 

I oby zawsze zwycięsko. Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Ja również dziękuję, pozdrawiam wszystkich. Do miłego.

Rozmawiał PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI

LVBET

Jedna odpowiedź

  1. Fajny wywiad. No tak, nie chce tu idealizować minionej bezpowrotnie epoki. Miała swoje cienie. Bywało i ze mecze nudne, bo czasami faktycznie na takim torfowisku w bydzi nawet kozacy mieli problem utrzymać sie w siodle. Jednak to byli żużlowcy. A dzisiaj troszke przyczepniejszy tor i zawodnicy curzytek czy krakowiak (ubiegloroczna liga w zielonej) nie potrafia złamać motocykla. Trener śledż (super grajek niegdyś) na pytanie dlaczego curzytek nie umie jezdzic na zuzlu z rozbrajajaca szczeroscia mowi ze nie ma kiedy go nauczyc. Wowczas bylo widac kto mezczyzna – zuzlowiec, a kto chlopiec. Tacy tungate, bewely co to lizneli speedwaya na angielskiej riwierze, nie mieli żadnych problemow z jazdą. W latach 80 i 90 roiło sie od żużlowców. Lepszych lub gorszych. Dzisiaj to białe kruki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.