Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Jak mówił nam niedawno Denis Sigalos, złote lata 80. w amerykańskim żużlu już nigdy nie wrócą. Wtedy Stany Zjednoczone miały swoich zawodników, którzy imponowali na światowych torach umiejętnościami i walecznością. Jednym z nich był urodzony w Carson City Lance King.

Lance na pewno nie był chłopakiem skazanym na baseball. To właśnie ta dyscyplina sportu była bowiem jego pierwszą miłością. Jako dobry łapacz karierę w baseballu zakończył w wieku lat dziewięciu ze względu na “mikrą” budowę ciała. Później postanowił z kolei spróbować swoich sił na koszykarskim parkiecie. Tu też nie wykazał się “mocą”. Był szybki, grał w obronie, ale nie miał szczęścia do rzucania. W dwudziestu pięciu meczach szkolnego zespołu trafił… raz. Jednak kiedy kilka lat później usiadł na motocykl, okazało, się że potrafi na nim sobie radzić tak dobrze, jak Ted Williams z kijem baseballowym czy John Stockton na koszykarskim parkiecie. 

– Do żużla trafiłem oczywiście przez ojca. On prowadził wypożyczalnię i sklep z motocyklami. U niego pracował słynny zawodnik, Mike Bast, któremu z kolei tato pomagał podczas zawodów na żużlu. Pewnego dnia Mike namówił mnie, abym spróbował sił na motocyklu. Tak się zaczęła moja przygoda z żużlem – wspomina Lance King. 

Swoje starty King zaczął od ścigania na minibike’u a później w zawodach juniorskich, w których szybko zaczął odnosić sukcesy.  W 1981 roku został zwycięzcą popularnych wówczas zawodów Fair Derby Champion na torze w Costa Mesa. 

Jako młody chłopak Lance King nie był pokorny. W szkole ze względu na poświęcanie się żużlowi ciągle miał problemy. Naukę musiał bowiem godzić z jednoczesnym ściganiem się w zawodach żużlowych, które odbywały się wówczas trzy, cztery razy w tygodniu. Jak sam wspominał, tak często bywał w gabinecie dyrektora szkoły, że inni myśleli że tam… pracuje. Były reprezentant USA uwielbiał również szybkość. Wielokrotnie otrzymywał mandaty za jej przekroczenie. Niejednokrotnie sprawy kończyły się w sądzie. Kiedy miał czternaście lat, ojciec kupił mu motorower i zwiększył jego moc. Zamiast trzydziestu kilometrów na godzinę Lance mógł “podróżować” z prędkością ponad dwukrotnie większą. Zaciekawiło to miejscową policję. Skończyło się tradycyjną karą oraz pisaniem wypracowania na temat… dlaczego nie wolno jeździć motocyklem za szybko.

W 1982 roku King wyjechał ścigać się do Anglii. Nie tylko spełniał wtedy marzenie o karierze w Europie, ale i o oderwaniu się w końcu od ojcowskiej miłości, która obu panom dostarczała problemów. Żużel prawie zniszczył ich stosunki. 

Kiedy ojciec Lance’a, Don, miał dwa lata, dziadek żużlowca zginął w wypadku samochodowym. Don obiecał sobie wtedy, że jeżeli doczeka w swoim życiu syna, to będzie on dla niego najważniejszy w życiu. Słowa dotrzymał. Syn na świecie się pojawił. Po późniejszym rozwodzie z żoną, Don uzyskał opiekę nad synem. W wieku sześciu lat kupił mu pierwszy mini-motocykl. W wieku lat dziewięciu – kiedy Lance był jeszcze za mały, aby ścigać się w kategorii juniorów – ojciec wybudował mu specjalny tor. Zbudował mu również pierwszy własny motocykl. Do szesnastego roku życia finansował karierę syna. W zamian oczekiwał dla siebie pełnej decyzyjności, jeśli chodzi o jego życie. 

Im syn bardziej dorastał, tym stosunki się jednak pogarszały. – Jak byłem nastolatkiem, to ojciec wiedział wszystko najlepiej. Były wojny i potrafiliśmy nie rozmawiać miesiącami. W ciągu miesiąca, rozmawialiśmy może raz. To był koszmar. Musiałem uciekać – wspominał Lance. 

Konflikt z ojcem miał swoją kontynuację, kiedy zawodnik już startował na Wyspach Brytyjskich. Po jakimś czasie rodzic przyjechał w odwiedziny do syna. King chciał wyjść z kolegą na piwo. Zaprosił również ojca, ale ten odmówił. Po wyjściu zawodnika z kolegą, ojciec spakował się i bez pożegnania powrócił do Ameryki. 

Ucieczką od zaborczego ojca był właśnie wyjazd do Anglii. Na wyprawę za ocean namówił go mistrz świata z lat 1981-1982, Bruce Penhall. 

– Bruce powiedział, abym poleciał i spróbował. Miałem obawy, ale z drugiej strony wiedziałem, że kariera wiedzie przez Anglię. Ostatecznie zaryzykowałem i podjąłem decyzję o wyjeździe. Mogłem zamieszkać w domu Bruce’a Penhalla. Pamiętam do dziś, że jak jechaliśmy po raz pierwszy na stadion Cradley Heath, to pod parkingiem czekały tłumy ludzi na jego autograf czy po to, aby sobie zrobić z nim zdjęcie. To był szok. Ludzie brali również autografy ode mnie, nie mając w ogóle jakiegokolwiek pojęcia kim jestem. W Stanach pod parkingiem przed zawodami żużlowymi było pusto. Po meczu miałem trenować i pokazać swoje umiejętności. Ludzie zostali na stadionie, aby obejrzeć mój trening. To był niesamowity szok dla mnie. Trenowałem dla paru tysięcy, którzy po zawodach specjalnie zostali na trybunach.  – kontynuuje King. 

W pierwszym swoim sezonie Amerykanin uzyskał średnią 6,3 punktu na mecz. Pierwsze starty w barwach Cradley były w jego wykonaniu doskonałe. King wygrywał sporo biegów. To wtedy uzyskał przydomek Whiz Kid (tłum. Dziecko Szczęścia). W Cradley Heath Lance pozostał trzy sezony. W ostatnim – 1984 – uzyskał średnią 8,94 punktu na mecz. 

– Cradley to był naprawdę doskonały klub. Wspaniała atmosfera i wspaniali kibice. Możliwość jazdy w parze z Brucem Penhallem to też było spełnienie moich marzeń. W 1983 roku wygrałem słynny turniej Golden Hammer w bardzo silnej obsadzie. Wtedy też tak naprawdę uwierzyłem, że mogę wygrywać z najlepszymi zawodnikami świata. Nie spodziewałem się, że dwa lata później zabraknie mnie w składzie zespołu. To mnie zaskoczyło na tyle, że ostateczne skończyłem bez klubu w Anglii – wspomina King. W sezonie 1986 Lance ponownie ścigał się w Anglii. Przez dwa lata bronił barw Bradford, kolejne dwa sezony startował dla King’s Lynn.

Jak w przypadku każdego żużlowca, Amerykanin marzył o tytule indywidualnego mistrza świata. Pierwsza okazja pojawiła się w roku 1981. Wtedy urodzony w Kalifornii zawodnik miał wystartować w finale rozgrywanym na torze w Los Angeles.

– Jechałem nawet trening przed tymi zawodami. Po nim dopatrzono się jednak, że nie mam międzynarodowej licencji oraz skończonych osiemnastu lat. Wykluczono mnie ostatecznie z zawodów. Na torze w Los Angeles więc jeździłem, ale się nie ścigałem – kontynuuje zawodnik. 

W finałach indywidualnych mistrzostw świata Amerykanin wystartował trzykrotnie. Najlepszy wynik osiągnął w 1984 roku na torze w Goeteborgu, kiedy to po przegranym biegu dodatkowym z Hansem Nielsenem wywalczył brązowy medal. 

– Przed ostatnią serią startów miałem jedenaście punktów. Tyle, co Hans Nielsen oraz Erik Gundersen. Finalnie z tej trójki ja osiągnąłem “najgorszy” wynik. Brązowy medal był sukcesem, ale od pierwszego startu, rok wcześniej w Norden, kiedy wygrał Muller, marzyłem o złocie. Finalnie jednak nigdy go nie zdobyłem. Wracając do Norden – na treningu to był tor do żużla, a w dniu zawodów do ścigania na długim torze. Muller był najlepszy i tyle. Wykorzystał przewagę  – kontynuuje zawodnik.

W 1983 roku Amerykanin przeżył chwile strachu. Miało to miejsce podczas podróży samolotem z Niemiec do Anglii. W pewnym momencie od samolotu Cessną oderwała się część skrzydła. Samolot cudem doleciał do Anglii, nie uderzając o taflę Morza Północnego.

W swojej żużlowej karierze Lance King zdobył również sześć medali Drużynowych Mistrzostw Świata. Trzy srebrne oraz trzy brązowe. – Reprezentowanie Ameryki to był dla mnie wielki  zaszczyt. Mieliśmy dobry zespół, jednak ja nigdy nie byłem członkiem złotej drużyny. Zawsze starałem się być jak najlepszym żużlowcem, a wyszło jak wyszło. Najbliżej byliśmy moim zdaniem w 1984 roku w Lesznie. Wtedy jednak każdemu z nas coś nie “szło”. Nie wszyscy mogą w karierze zdobywać złote medale. Być może byłoby inaczej w mojej indywidualnej karierze, gdyby wtedy był cykl Grand Prix. Finał jednodniowy to często dzień niespodzianek. W cyklu wygrywają najlepsi na przestrzeni paru turniejów – podsumowuje Lance King. 

CZYTAJ TAKŻE