Główny partner portalu

Wiktor Kułakow. Foto: KŻ Orzeł Łódź
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Wiktor Kułakow od dziecka lubił jeździć na motocyklach, a swoją przygodę ze sportami motorowymi zaczynał od motocrossu. W pewnym momencie poznał jednak żużel i ostatecznie przerzucił się na tę dyscyplinę. To była odważna, ale stanowcza decyzja, która wiele pozmieniała w jego życiu i zmusiła do zmierzenia się z licznymi wyzwaniami.

Chęć stawiania kolejnych kroków naprzód szybko przywiodła młodego zawodnika do Polski, gdzie postanowił osiedlić się na dłużej. Teraz Rosjanin zabiera nas za kulisy swojego sportowego i pozasportowego życia, dzieląc się opowieściami o rozkwitaniu miłości do czarnego sportu, pierwszych żużlowych krokach na ojczystej ziemi, stopniowym rozwoju, napotykanych trudnościach i ludziach o dobrym sercu. Będzie też o zderzeniu z polską rzeczywistością, odnajdywaniu się w obcym świecie, mieszkaniu w polskim mieście, ogólnym spojrzeniu na kraj spod biało-czerwonej flagi, sposobach spędzania wolnego czasu, poznawaniu nowego języka, kulinarnych aspektach, pasjach, marzeniach i planach na przyszłość. Nazbierało się trochę wątków, zatem nie pozostaje nic innego, tylko oddać głos naszemu rozmówcy. Przed Wami cała masa szczerych wspomnień i refleksji, których nie znajdziecie nigdzie indziej.

Odstawiam cross i zostaję żużlowcem

Ja początkowo przez wiele lat jeździłem na crossie. Praktycznie do piętnastego czy szesnastego roku życia nie wiedziałem za bardzo co to jest żużel. Mój ojciec pochodził co prawda z Bałakowa, gdzie ten sport jest znany, ale my całą rodziną mieszkaliśmy w innym mieście. Do najbliższych ośrodków żużlowych mieliśmy kawał drogi, ponieważ od Togliatti dzieliło nas ponad 150 kilometrów, a od Bałakowa ponad 200. W Rosji jest tak, że jak wyjedziesz 50 kilometrów poza granice miasta, w którym działa jakiś klub żużlowy, to ludzie nie mają pojęcia o jakim ty sporcie mówisz. Tam nie ma regularnych transmisji telewizyjnych, więc trudno budować swoją wiedzę i świadomość.

Któregoś razu pojechaliśmy do Bałakowa na trening motocrossowy. Przy okazji postanowiliśmy odwiedzić naszą rodzinę, która tam mieszka. W pewnym momencie znaleźliśmy się blisko stadionu żużlowego i wpadliśmy na prezesa miejscowego klubu. Mój ojciec kumplował się z nim w dzieciństwie, więc znali się bardzo dobrze. Nagle padła propozycja, żebym spróbował swoich sił na żużlu i tak się zaczęło. Tamten temat kiełkował w mojej głowie, bo chciałem zetknąć się z tym sportem i posmakować czegoś nowego. Wiadomo, że od razu nie zaliczyłem wyjazdu na tor, ale wiedziałem, że raczej nie odpuszczę tego tematu.

Nie ukrywam, że trochę musiałem namawiać tatę, żebyśmy wzięli się za żużel. On nie chciał, żebym zaczął uprawiać ten sport, bo dobrze radziłem sobie na crossie i osiągałem niezłe wyniki. Szkoda było mu przekreślać cały ten dorobek, bo wiadomo, że to dwie różne dyscypliny i trzeba było zacząć wszystko od początku. Nie jest łatwo przechodzić z jednego sportu do drugiego, tym bardziej w moim wieku. Przez jakiś czas trochę się sprzeczaliśmy, bo każdy miał swoje argumenty i motywacje. Któregoś razu wracaliśmy z zawodów motocrossowych i ja powiedziałem wtedy, że jednak chcę spróbować jazdy na żużlu. Zaproponowałem, żeby zajechać na trening do Bałakowa, a potem tata kazał mi podjąć męską decyzję i określić co zamierzam robić w życiu. W tamtym momencie postanowiłem wybrać żużel.

Tata w końcu zaakceptował moją decyzję, więc przerzuciliśmy wszystkie nasze siły na żużel. Posprzedawaliśmy trochę rzeczy i zainwestowaliśmy w sprzęt wszystkie wolne pieniądze, które wtedy mieliśmy. Kupiliśmy używane motocykle i jakieś stare części, dzięki czemu mogłem zacząć stawiać pierwsze kroki w Bałakowie. Tata bardzo mi pomagał i naprawdę mogłem na niego liczyć. Przyznam szczerze, że początkowe wyjazdy na tor nie bardzo mi się podobały. Rywalizacja wyglądała zupełnie inaczej niż w motocrossie. Nie było żadnych górek do skoków, więc mówiłem sobie co to jest za sport?

Po kilku treningach zacząłem jednak zmieniać swoje nastawienie. Widziałem jak chłopacy startują spod taśmy. W międzyczasie pojechaliśmy obejrzeć jakieś zawody. Zobaczyłem rywalizację zawodników, usłyszałem ryk silników i entuzjazm kibiców, dzięki czemu wiedziałem, że to jest właśnie to. Potem zacząłem oglądać jak najwięcej nagrań wideo związanych z żużlem, żeby poznawać ten sport i dowiadywać się, jak to wszystko działa. W tamtym czasie powoli odstawiałem już cross na bok i poświęcałem się mojej nowej dyscyplinie. Czasami trochę sobie jeszcze pojeździłem, ale byłem nastawiony na rozwijanie swojej przygody z żużlem.

Z Bałakowa do Saławatu, a potem do Togliatti

Jak miałem jakieś siedemnaście lat, to zacząłem łapać o co chodzi w tym żużlu. Opanowałem jazdę ślizgiem po łuku i ogólnie jeździłem coraz lepiej i płynniej. W Bałakowie było jednak bardzo dużo juniorów, dlatego nie miałem łatwo, żeby się przebić. Prawdę mówiąc, nie było wielkich szans, żeby regularnie łapać się do składu. Zdawałem sobie z tego sprawę, ale na szczęście na jednym z treningów zobaczył mnie Emil Sajfutdinow. Z jego strony pojawiła się propozycja, żeby przenieść się do Saławatu i tam rozwijać swoją przygodę z żużlem. Klub z Bałakowa nie robił żadnych problemów, więc zostałem wypożyczony. Emil pomógł dopiąć wszystko na ostatni guzik.

Kiedy przyjechałem do Saławatu, to poczułem, że ludzie są do mnie naprawdę pozytywnie nastawieni. Było widać, że oni chcieli, abym tam jeździł i stawiał kolejne kroki naprzód. Ojciec Emila zadbał, żebyśmy mieli z moim tatą wynajęte mieszkanie i żebym trenował jak najwięcej. Mogliśmy skoncentrować się wyłącznie na żużlu i zapomnieć o reszcie świata. Mieszkaliśmy w takiej lokalizacji, że wystarczyło przejść przez drogę i już byłem na stadionie. W każdej chwili mogłem podskoczyć też do rodzinnego domu Emila, żeby na przykład zjeść obiad. Mieliśmy bardzo dobre relacje z jego rodziną. Oni naprawdę dużo mi pomogli, dlatego chciałbym im podziękować z całego serca, ponieważ to wszystko wiele mi dało. Jak tak na to patrzę z perspektywy czasu, to chyba były jedne z najlepszych chwil w całym moim życiu. Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc zacząłem osiągać coraz lepsze wyniki w Saławacie, bo dostawałem znacznie więcej szans. Potem podpisałem kontrakt w Togliatti i tak przebiegał mój rozwój w początkowej fazie kariery.

Szukanie właściwej drogi i walka o swoje

Któregoś razu tata stwierdził, że weźmiemy wszystko co mamy i przejedziemy się do Polski. Wiele osób opowiadało nam, że w tamtym kraju żużel jest bardzo rozwinięty. Postanowiliśmy to sprawdzić i wybrać się tam na własną rękę. W klubie z Bałakowa nie rozumieli, dlaczego chcemy jechać, skoro na miejscu możemy trenować do woli. Ojcu zależało jednak na moim rozwoju. On chciał pokazać mi wielki żużel. Momentalnie zorientowaliśmy się, że Polska stwarza szansę na zrobienie najbardziej znaczących kroków naprzód. Żużel w tym kraju stoi na najwyższym poziomie i ma silną pozycję, tak samo jak na przykład hokej w Rosji. To robiło wrażenie, że w tak małym państwie tak dużo ludzi rozmawiało o żużlu i wiedziało co to jest za sport. Od samego początku próbowaliśmy pokazywać się na treningach w Polsce, dzięki czemu wkrótce pojawiły się pierwsze kontrakty w tamtejszej lidze. Bardzo mi zależało, żeby łączyć jazdę w Rosji i Polsce.

W Rosji mamy wielu uzdolnionych juniorów, którzy potrafią dobrze jechać. Młodym chłopakom z naszego kraju nie jest jednak łatwo dostać się do Europy i przebić się w najlepszych klubach. Czasami brakuje sprzętu i pieniędzy na inwestycje, a prawda jest taka, że żużel wymaga naprawdę rozbudowanej bazy. Ja również przeszedłem długą i trudną drogę. Wszystkie pieniądze, które zarabiałem w Polsce i Rosji odkładałem, a następnie przeznaczałem na team oraz ulepszanie mojego zaplecza sprzętowego. Zacząłem od kupienia dawnych motocykli Emila oraz jakiegoś busa, żeby mieć w ogóle coś na start w Polsce. Wszystkie środki szły na pokład, a przecież nie miałem bogatej rodziny. Stopniowo wchodziłem jednak na coraz wyższy poziom sportowy i sprzętowy.

Wiktor Kułakow (kask żółty) i Chris Holder (kask biały). Foto: KŻ Orzeł Łódź

Polscy juniorzy na pewno mają trochę łatwiej, bo dostają większe wsparcie, mogą liczyć na lepszych sponsorów, a ponadto mają zapewnione korzystniejsze warunki do rozwoju i jazdę z czołowymi zawodnikami. My musimy tego wszystkiego szukać, czasami za wszelką cenę. Zdarzają się jednak chłopacy, którzy niespecjalnie chcą inwestować w siebie i wolą wydawać zarobione pieniądze gdzie indziej. To jest niekiedy problem, ponieważ po niektórych widać, że mają duże umiejętności, ale nie potrafią tego wykorzystać i doskonalić. Czasami jest też na odwrót. Ktoś może bardzo chcieć, ale nie jest w stanie przeskoczyć pewnych rzeczy. Ja od samego początku postanowiłem wkładać z powrotem wszystkie pozyskane środki we własną karierę, żeby to potem przyniosło korzyści i mogło się zwrócić.

Przeszedłem bardzo długą drogę, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym jestem teraz. Żałuję trochę, że zbyt późno dowiedziałem się o żużlu i rozpocząłem swoją przygodę z tym sportem. Kiedy jednak podjąłem ostateczną decyzję, to całkowicie poświęciłem się dla tej dyscypliny. W międzyczasie połapałem trochę kontuzji i zostałem okradziony ze sprzętu. To wszystko nie ułatwiało mi sprawy, ale nie chciałem się poddawać. Musiałem bardzo mocno walczyć o swoje i nadal zamierzam to robić. Na szczęście mam dwie ręce, jestem zdrowy i sprawny, więc zawsze jakoś sobie poradzę.

Na razie nie jestem jeszcze tak ukształtowanym żużlowcem, żeby powiedzieć co jest moją mocną stroną, a co słabą. Cały czas się uczę, pracuję nad sobą i poznaję swoje możliwości. Prawda jest taka, że ja jeszcze nie mam zbyt dużego doświadczenia w żużlu, więc niektórych spraw do końca nie rozumiem. Na szczęście mam wokół siebie ludzi, którzy pomagają mi, jak tylko mogą. Ja jestem człowiekiem, który bardzo dużo pyta i stara się budować swoją wiedzę. Myślę, że teraz moja kariera może wreszcie nabierać rozpędu. Na pewno jestem na to gotowy.

Mam dobrych mechaników, którzy są na miejscu i bardzo mnie wspierają. Często dopytuję co mam zrobić, żeby wszystko było dobrze. Wiadomo, że w dobie pandemii mam znacznie więcej wolnego czasu, więc jeszcze mocniej zawracam głowę, ale chcę jak najwięcej czerpać z ich doświadczeń. W tym momencie dysponujemy naprawdę dobrym sprzętem. Chciałbym bardzo podziękować ludziom z mojego teamu oraz tunerowi Ryszardowi Kowalskiemu, którzy wykonują dla mnie świetną pracę. Od samego początku jeżdżę na tych samych silnikach i jestem bardzo zadowolony. Mam też swojego wiernego sponsora, który jakiś czas temu mnie znalazł i dzięki niemu zaczęliśmy zmieniać bardzo dużo rzeczy. Na szczęście on miał wielką cierpliwość i wierzył, że to wszystko wypali.

Witamy w Polsce

Ja początkowo nie dostawałem zbyt wielu szans podczas meczów ligowych w Polsce, ale chciałem tu przyjeżdżać, żeby trenować i wykorzystywać każdą dostępną opcję wyjazdu na tor. Wszystko zależało od klubu i podejścia działaczy, którzy okazywali się bardzo różni. Raz trafiałem lepiej, a raz gorzej. Ja nie miałem żadnych szans, żeby cokolwiek zmienić. Kto dostanie więcej szans w tak młodym wieku, ten może czuć się wygrany. Widzimy, że czasami jest z tym problem i niektórzy muszą bardzo długo czekać na swoje pięć minut.

W żużlu potrzeba mnóstwo szczęścia. Dla żużlowców zza granicy regularna jazda jest naprawdę ważna, ponieważ pozwala zbierać doświadczenie. My tylko czekamy na wiadomość, że będziemy mogli wystąpić w danym meczu. Jeżeli tego nie ma, to w głowie pojawiają się różne nieprzyjemne myśli. Każdego trzeba jednak zrozumieć, bo każdy walczy o swoje. Na pewno nie zamierzałem się zrażać, choć momentami nie wszystko mi się podobało.

W początkowej fazie moich wypadów do Polski towarzyszył mi tata, ale kiedy zorientował się, że mam gdzie mieszkać, mam co jeść, mam się czym przemieszczać i posiadam wokół siebie ludzi, którzy nie zostawią mnie samego, to uznał, że powinien wracać do Rosji. Nie ukrywam, że w pierwszej chwili trudno było się do tego przyzwyczaić, bo zawsze spędzałem bardzo dużo czasu z tatą, a potem nagle zostałem sam i musiałem jakoś sobie radzić. Momentami nie było łatwo, ale nie chciałem się poddawać. Prawda jest taka, że jako młody chłopak zostałem wrzucony do zupełnie innego świata, jednakże z biegiem czasu powoli oswajałem się z polską rzeczywistością.

Kiedy przyjeżdżałem do Polski, to najpierw pomieszkiwałem w hotelu. Mój dzień wyglądał w taki sposób, że rano wstawałem, jadłem jakieś śniadanie i pędziłem na stadion. Kręciłem się tam przez wiele godzin, bo nie miałem nic lepszego do roboty. Próbowałem jakoś zająć sobie czas. Potem wracałem do hotelu i kładłem się spać, a następnego dnia cała procedura się powtarzała. To była taka moja polska rutyna.

W późniejszym czasie poznałem się ze swoim sponsorem, który jest ze mną do dzisiaj. W tej chwili on jest dla mnie już kimś znacznie więcej niż tylko sponsorem. Postrzegam go jako drugiego ojca, a on traktuje mnie jak swojego syna. Któregoś razu tak po prostu zabrał mnie ze sobą i powiedział, że teraz mam mieszkać u niego. Jego żona również mnie polubiła i zaczęła podchodzić do mnie tak samo jak do syna. Zawsze byłem tam mile widziany i miałem zapewnione wszystko, co najlepsze. Oni chcieli, żebym był razem z nimi i bardzo dużo mi pomagali. Szybko poczułem się jak członek ich rodziny. Kiedyś nawet miałem okazję ugościć ich w Rosji, bo postanowili mnie odwiedzić.

Na swojej drodze spotkałem naprawdę wielu ludzi, którzy uwierzyli w moje możliwości i zobaczyli we mnie drugiego człowieka. Ja nigdy nie szukałem sponsorów za wszelką cenę, ale miałem takie szczęście, że zawsze ktoś mnie wypatrzył, dzięki czemu mogłem pozwalać sobie na znacznie więcej pod względem sprzętu czy codziennego funkcjonowania. Strasznie to doceniam i czasami nie wiem co powiedzieć, żeby okazać swoją wdzięczność.

Jeżeli mam być szczery, to nie myślałem, że zakotwiczę w Polsce na dłużej. Ja niczego nie planowałem i nie zakładałem przeprowadzki, po prostu tak wyszło. W tamtym czasie skupiałem się jedynie na tym, żeby jak najwięcej jeździć. Miałem w sobie mnóstwo chęci do kolejnych wyjazdów na tor. Kiedy zacząłem regularnie pojawiać się w składach polskich drużyn, to doszedłem do wniosku, że najwygodniej będzie tu zamieszkać, a nie ciągle się przemieszczać i żyć na walizkach. Dojeżdżać mogłem do Rosji, ale bazę musiałem mieć w Polsce, ponieważ tam była szansa na rozwój. Trzeba było spędzać jak najwięcej czasu w tamtym kraju.

Osiadłem na obczyźnie

Na początku mieszkałem w Rybniku, ponieważ startowałem w tamtejszym klubie, a potem przeniosłem się do Ciechocinka, gdzie stacjonuję do dzisiaj. Trafiłem do tego miasta, bo mieszkał tam mój sponsor, który przez jakiś czas mnie gościł. Teraz mam jednak już własne mieszkanie. W ubiegłym roku jeździłem dla zespołu z Torunia, więc posiadanie bazy w pobliżu tego miasta było dla mnie idealnym rozwiązaniem pod względem logistycznym. Miałem bardzo blisko na stadion, więc w każdej chwili mogłem przyjechać i potrenować. Powiem szczerze, że początkowo niespecjalnie podobało mi się w Ciechocinku, ale teraz nie widzę lepszego miejsca, żeby zapuścić korzenie.

Na razie nie spędzam jednak całego roku w Polsce. Przyjeżdżam tutaj w lutym albo pod koniec stycznia i siedzę do końca sezonu, a może nawet trochę dłużej, żeby dograć wszystkie sprawy związane z kolejnym rokiem startów. W zimę na dwa lub trzy miesiące wracam do Rosji. Od czasu do czasu muszę przejechać się do domu i pobyć trochę dłużej z najbliższymi.

Wiktor Kułakow. Foto: Róża Koźlikowska – @FotRose

Cała nasza rodzina jest blisko sportu, więc to było normalne, że kogoś przeważnie brakowało w domu. Nikt nie zamierzał się dziwić czy robić z tego wielkiego problemu. Ja również byłem przyzwyczajony do życia w rozjazdach, więc zmiana miejsca pobytu nie była dla mnie niczym nowym. Moja mama chyba to rozumiała i akceptowała, bo chciała jak najlepiej dla swoich dzieci. Wiadomo, że miała dużo stresów związanych z moimi decyzjami, upadkami czy operacjami i dusiła to wszystko w sobie, ale co mogła zrobić? Ona od samego początku widziała, że mnie do tego ciągnie. Od małego jeździłem na crossie, bo miałem pięć lat jak wsiadłem po raz pierwszy na motocykl. Jeżeli dzieciak ma jakąś pasję i pomysł na życie, to trzeba pozwolić mu działać, bo jak się zabroni, to nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Moje miasto – Ciechocinek

Wiadomo, że trochę już poznałem Ciechocinek, ale cały czas odkrywam jakieś nowe uliczki i miejsca. Naprawdę bardzo spodobało mi się to miasto. Zauważyłem, że ludzie strasznie mocno dbają o całą miejską przestrzeń. Zrobiłem wielkie oczy, kiedy zdałem sobie sprawę, że każdy od rana do wieczora coś robi, na przykład czyści albo udoskonala wszystko, co nas otacza. W okresie wiosenno-letnim zawsze jest pełno kwiatów i zieleni. Nigdy nie widziałem czegoś takiego w żadnym rosyjskim mieście.

Ciechocinek to niewielkie miasteczko turystyczne, w którym zawsze coś się dzieje, ale mimo tego ja znajduję tu spokój. Nawet jak są jakieś większe imprezy, to nie daje się tego jakoś bardzo mocno odczuć. Na pewno nie staje się to uciążliwe. Ja jestem człowiekiem, który nie lubi hałasu. Na co dzień to naprawdę ciche i spokojne miasto, w którym można wypocząć. Wszystko wygląda tu zupełnie inaczej niż w Rosji, ale mnie się podoba.

Mieszkam jakieś dwa kilometry od słynnych ciechocińskich tężni, które miałem okazję już zwiedzić. Czasami chodzę sobie pobiegać w tamte rejony, ale nie bywam tam zbyt często, bo nie zawsze mam z kim się wybrać. W Ciechocinku na pewno jest gdzie pochodzić, ale ja nie lubię wałęsać się po mieście czy jakichś lokalach. Mam tutaj dużo spokoju, bo ludzie na szczęście za bardzo mnie nie rozpoznają. Mnie nigdy na tym nie zależało i nie czułbym się z tym dobrze. W Ciechocinku pojawia się dużo gości spoza miasta, więc może to również okazuje się pomocne. Nie wszyscy muszą przecież wiedzieć czym jest żużel i jacy zawodnicy go uprawiają.

Czas wolny i zwiedzanie

W wolnym czasie lubię spacerować z moim psem, wybrać się do lasu czy pojeździć sobie na rowerze. Ciechocinek można bardzo fajnie objechać, zwłaszcza w towarzystwie znajomych. Teraz miałem trochę więcej wolnego czasu między kolejnymi meczami i turniejami, bo pandemia spowodowała, że wiele zawodów wypadło z kalendarza i jeździliśmy tak naprawdę tylko w polskiej lidze. Trzeba było się czymś zająć, bo przecież nie można było bez przerwy trenować. Zawsze znalazłem sobie coś do roboty. To nie było tak, że po skończonym treningu chodziłem w kółko i nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Wykorzystywałem czas wolny również na rozmowy ze znajomymi z Rosji, skoro nie mogliśmy spotkać się osobiście. Poza tym lubiłem obejrzeć sobie też jakieś transmisje żużlowe. Dla mnie to było spełnienie marzeń, żeby śledzić w telewizji wszystkie najważniejsze rozgrywki i mecze.

Marzy mi się, żeby kiedyś pojeździć trochę po Polsce i pozwiedzać. Ja jestem człowiekiem, który lubi nieco poleżeć i odpocząć, ale też poznawać lokalną kulturę i zabytki. Byłem już w polskich górach i nad morzem, jednakże chciałbym zobaczyć jeszcze więcej. W trakcie sezonu nie mam specjalnie czasu, bo zawsze pojawiają się jakieś zawody w kalendarzu, ale kiedyś na pewno nadejdzie moment na porządne wakacje i nadrobienie zaległości. Mam nadzieję, że zdołam ściągnąć na taki urlop swoją rodzinę i razem zorganizujemy sobie jakiś wyjazd. Na razie korzystam z towarzystwa moich znajomych z Ciechocinka i Torunia, ale nie każdy zawsze może się wyrwać.

W Polsce miałem okazję zobaczyć już kilka miast. Bardzo mocno spodobały mi się starówki w Toruniu i Bydgoszczy. W Tarnowie też jest fajny rynek. Cieszy mnie, że te miasta wyglądają w taki właśnie sposób. Widać, że ludzie dbają o zabytki i starają się uchronić je przed zniszczeniem. Z mojej perspektywy to bardzo ważne, żeby zachowywać tego typu ślady historii, tym bardziej, że wojna zrobiła spore spustoszenie. Dzięki temu ludzie mogą zobaczyć, jak wyglądało dawne budownictwo. Ja nie potrafię powiedzieć, które miasto bardziej mi się spodobało, a które mniej. Moim zdaniem wszystkie są ładne i nie ma sensu tworzyć jakiegoś rankingu.

Język polski i kuchnia

Jak przyjechałem do Polski, to praktycznie w ogóle nie znałem języka polskiego. Na początku nie było łatwo się odnaleźć, ale na szczęście jakoś dawałem sobie radę, żeby kupić coś do zjedzenia czy porozumieć się w najważniejszych sprawach codziennych i żużlowych. Wszystko było dla mnie nowe i zupełnie inne. Ja jednak mam taką naturę, że na każdym kroku pytałem, jak powiedzieć coś po polsku, albo tłumaczyłem sobie niezrozumiałe słowa na rosyjski. 

Język polski wbrew pozorom wcale nie jest taki łatwy, nawet z perspektywy Rosjanina. Niby wszyscy mówią, że jesteśmy Słowianami i sformułowania są podobne, ale jednak potrzeba trochę wysiłku i zaangażowania, żeby umieć coś powiedzieć, a jednocześnie wiedzieć, co ludzie mówią do ciebie. Nie ukrywam, że bywało trudno, ale z czasem bariery językowe zaczęły się zacierać. Chciałbym podkreślić, że ja nigdy nie uczyłem się języka polskiego z książek. Nie miałem żadnego nauczyciela ani podręcznika, z którego mógłbym korzystać.

Starałem się po prostu wyłapywać wszystko, co ludzie mówili wokół mnie, a poza tym oglądałem dużo telewizji. Ponadto, kiedy mieszkałem u moich sponsorów, to mieliśmy okazję bez przerwy rozmawiać po polsku. To również bardzo dużo mi dało, ponieważ osłuchiwałem się tego języka i mogłem go coraz lepiej rozumieć. Prawda jest taka, że ja do dzisiaj uczę się polskiego. Nie mogę powiedzieć, że opanowałem go w stu procentach, chociaż teraz na pewno czuję się pewniej, kiedy go słyszę i używam. W tej chwili niektórych słów już nawet nie chce mi się tłumaczyć na rosyjski, bo wiem co oznaczają. Teraz czasami mam taki problem, że zapominam jakichś rosyjskich stwierdzeń, skoro przez cały czas posługuję się językiem polskim. Momentami łatwiej mi się dogadać po polsku niż po rosyjsku.

Jeżeli chodzi o kuchnię, to ja nie mam za dużo do czynienia z gotowaniem. Wiadomo, że przygotuję sobie jakąś sałatkę, czy inne proste danie, ale to raczej nie jest moja działka. Znacznie bardziej wolę coś dobrego zjeść. Kiedyś spróbowałem polskich pierogów i od razu przypomniały mi się nasze rosyjskie pielmieni. Tego na pewno często mi brakuje. W sezonie nieraz najdzie mnie ochota, żeby spróbować tych pysznych pierożków przygotowywanych przez mamę, bo kupne to już nie to samo.

Przyznam jednak, że wiele polskich potraw mi zasmakowało. Na pewno macie dobre zupy, jednakże po spróbowaniu niektórych wiedziałem, że nie wezmę ich więcej do ust. Wydaje mi się, że Polacy i Rosjanie gotują podobnie, chociaż w Rosji jedzenie jest chyba trochę bardziej tłuste. Chudsze dania zapewne są zdrowsze, więc polska kuchnia na pewno przypadła mi do gustu. Praktycznie wszystko jest smaczne i pozwala porządnie się najeść.

Wiktor Kułakow. fot. materiały klubowe Zdunek Wybrzeże Gdańsk

Spojrzenie na Polskę i Polaków

Trudno opowiedzieć o wszystkim, co zrobiło na mnie wrażenie w Polsce. Na pewno wiele rzeczy mnie zaskoczyło. Widać, że ludzie chcieliby żyć w jak najlepszych warunkach. Zauważyłem dużą dbałość o przyrodę i upiększanie otoczenia. Z mojej perspektywy wszystko wygląda tu tak pięknie. Najbardziej podoba mi się, że kraj bez przerwy się rozwija. Z roku na rok widać coraz większy postęp. Kiedyś nie było tylu autostrad, a teraz można przemieszczać się znacznie bardziej komfortowo. To nie jest wielkie państwo w porównaniu chociażby do Rosji, ale najważniejsze, że nie stoi w miejscu.

Jedno mi się jednak nie do końca podoba. Czasami żartuję sobie z chłopakami z mojego teamu, że Polacy chyba mają w naturze ciągłe narzekanie praktycznie na wszystko, a przeważnie na życie i jakieś niepowodzenia. Oczywiście nie chcę generalizować, ponieważ to nie dotyczy wszystkich, ale takie odnoszę ogólne wrażenie. Nawet w telewizji można zauważyć dużo marudzenia, bo ciągle coś nie pasuje. Myślę, że Polacy powinni przyjechać do Rosji i zobaczyć na własne oczy jak to wszystko działa w naszym kraju.

Wiadomo, że Moskwa czy Sankt Petersburg to miasta innej kategorii, ale poza nimi ludzie muszą ciężko pracować i nie mają łatwo. Nie tylko w Rosji trzeba walczyć o lepsze warunki do życia i wsparcie państwa. Każdy ma swoje problemy, ale tutaj przynajmniej można cieszyć się, że jest chociaż jakaś pomoc ze strony władz. Ja też miałem chyba delikatnego pecha do Polski w pewnym momencie, bo w Rosji nigdy mnie nie okradli, a tutaj niestety tak. Na moje nieszczęście zagrabionych rzeczy nie udało się odzyskać. Jak widać nawet w krajach Unii Europejskiej zdarzają się takie sytuacje, ale to rzecz jasna nie zmienia mojego stosunku do Polski.

W tym momencie traktuję Polskę jak swój drugi dom. Myślę, że w przyszłości mógłbym mieszkać tu praktycznie na stałe i jeździć do Rosji jedynie na dwa lub trzy zimowe tygodnie. Przez lata zdążyłem zadomowić się w tym miejscu i teraz czuję się tu bardzo dobrze. Wiadomo, że w tym roku doskwierała mi pewnego rodzaju samotność, bo przez pandemię nie mogłem widywać się ze swoją rodziną tak często jak zawsze, ale to kiedyś minie. Ludzie, których mam obok siebie w Polsce nie dawali mi o tym przesadnie dużo myśleć. W normalnym trybie było tak, że jeździłem w lidze rosyjskiej, więc w środę wylatywałem sobie do Rosji, w czwartek miałem mecz, a w piątek wracałem do domu w Polsce. Dzięki temu zawsze była okazja, żeby zobaczyć się z najbliższymi. Teraz trochę mi tego brakowało, ale dałem sobie z tym radę.

Wypowiedzi zebrał i opracował: Karol Śliwiński