Główny partner portalu

Żużel. Krzysztof Lewandowski: Dopiero odkrywam tajniki żużlowego rzemiosła (WYWIAD)

Krzysztof Lewandowski (w niebieskim kasku) podczas rundy DMPJ w Grudziądzu | fot. Karol Cześnik
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Krzysztof Lewandowski trafił do żużlowego świata jako mały chłopiec. Pierwsze kroki w niższych kategoriach stawiał w rodzinnej Bydgoszczy, a potem przeniósł się do Gniezna. Przygodę z dorosłym żużlem rozpoczął jednak w Toruniu. W tym roku jako nieopierzony 16-latek bez problemu przebił się do składu eWinner Apatora i zamierza ciężko pracować, żeby liczyć się w tym sporcie. Wiele osób postrzega go jako spory talent i widzi w nim nadzieję na przyszłość dla toruńskiego klubu. – Zdaję sobie sprawę, że przede mną wciąż bardzo dużo nauki. Trudno opisać słowami jak wiele rzeczy muszę jeszcze opanować, ale jestem na to gotowy i nie zamierzam się zrażać. Żużel wymaga wielu zróżnicowanych umiejętności, które trzeba umieć połączyć w jedną całość. Muszę być świadomy, że wszystko wymaga czasu – słyszymy od młodego żużlowca.

 

Jak to się stało, że poznałeś i pokochałeś żużel, a następnie postanowiłeś zostać żużlowcem?

Od małego tata zabierał mnie na stadion, żebyśmy mogli wspólnie oglądać żużel. To właśnie on zaszczepił we mnie pasję do tego sportu. Pamiętam, że spore wrażenie robiły na mnie sytuacje, kiedy dany zawodnik w jednym biegu przyjeżdżał do mety daleko za rywalami, a potem potrafił wygrywać ze sporą przewagą. Podobała mi się determinacja żużlowców i możliwość szybkiej odmiany swojego położenia. W pewnym momencie zorientowałem się, że w mojej rodzinnej Bydgoszczy odbywają się turnieje miniżużlowe, w których mogą startować chłopacy w moim wieku. Wtedy nie miałem jeszcze nawet dziesięciu lat. Któregoś razu wybraliśmy się na takie zawody i namówiłem rodziców, żeby pójść porozmawiać z trenerem Jackiem Woźniakiem. To sprawiło, że ostatecznie zapisałem się do szkółki i zacząłem treningi z drużyną. W taki sposób pojawiłem się w żużlowym świecie. W rodzinie nie miałem co prawda nikogo, kto wcześniej zajmowałby się żużlem, ale nie czułem, żebym miał przez to trudniej. Wkrótce sam zacząłem zdobywać doświadczenie, z którego mogłem coraz bardziej korzystać.

Jak Twoi rodzice zareagowali na pomysł, że chcesz zacząć bawić się w żużel?

Wbrew pozorom nie wydawali się przesadnie niezadowoleni. Na pewno bardzo się bali, ale odbyliśmy dużo rozmów i ostatecznie podpisali zgodę, dzięki której mogłem zacząć jeździć. Okazało się, że tata miał nawet takie ciche marzenie, żeby jego syn został żużlowcem, ale nigdy na mnie nie naciskał. To wszystko wynikało wyłącznie z mojej inicjatywy. To nie było tak, że spełniałem czyjeś ambicje.

Skąd wiedzieliście, jak zabrać się za żużel?

Tak naprawdę nie wiedzieliśmy za wiele. Od samego początku rodzice rozmawiali po prostu z rodzicami innych miniżużlowców i starali się zdobywać jak najwięcej przydatnych informacji. Miałem też szczęście, że pod swoje skrzydła wziął mnie nieżyjący już niestety pan Marek Szuba, który znał się na miniżużlu jak mało kto. To właśnie on zbudował mi pierwszy motocykl, na którym mogłem trenować, a także pozwalał mi jeździć na swoim prywatnym torze. Poza tym zawsze służył radą i tłumaczył o co chodzi w tym sporcie.  Myślę, że pan Marek dołożył potężną cegiełkę do mojego rozwoju. Wiadomo, że dla nas to było spore przedsięwzięcie. W miniżużlu nie dostaje się pieniędzy na przygotowanie i wiele kosztów trzeba pokrywać z własnej kieszeni. Oczywiście to nie są tak wielkie wydatki jak w dorosłym żużlu, ale mimo wszystko stanowią jakieś obciążenie. Ja na pewno nie pochodzę z bardzo zamożnej rodziny. Mama pracowała na dwa etaty, żebym mógł robić to, co pokochałem i żeby jeszcze starczyło na życie. Momentami nie było łatwo, ale dzięki ogromnemu zaangażowaniu moich rodziców jakoś dawaliśmy sobie radę. Mogę być im tylko za to bardzo wdzięczny.

Jakie były Twoje wrażenia po pierwszych przejazdach na motocyklu?

Na pewno bardzo mi się spodobało. Tata i trener nawet się dziwili, bo od samego początku w ogóle nie bałem się odkręcić gazu. Wiadomo, że od razu nie jechałem ślizgiem z pełną prędkością, ale sama jazda nie sprawiała mi większych trudności i wyglądała dosyć płynnie. Miałem całkiem niezłą bazę do szlifowania swoich umiejętności. Pamiętam jednak swoje pierwsze zawody miniżużlowe. Zdobyłem w nich sześć albo siedem punktów. Po ostatnim biegu zjechałem do parku maszyn, ściągnąłem kask i się popłakałem. Stwierdziłem, że jestem najgorszy i bardzo słabo mi poszło. Tata powiedział wtedy, że nie mam się czym przejmować, bo to dopiero początek. Zaznaczył przy tym, że niektórzy w debiutach w ogóle nie dojeżdżali swoich biegów do końca, a ja przecież nie tylko meldowałem się na mecie, ale jeszcze potrafiłem wywalczyć całkiem niezłą zdobycz punktową. Widziałem, że był ze mnie bardzo dumny i strasznie mnie tym podbudował. To jest wspomnienie, które szczególnie zapadło mi w pamięci i ma dla mnie ogromną wartość.

Czy potem miewałeś jeszcze jakieś kryzysowe momenty?

Nie ukrywam, że były takie chwile, kiedy miałem już trochę dosyć tego żużla. Wystarczył jednak tydzień rozłąki z motocyklem i byłem tak stęskniony, że buzia sama mi się cieszyła na myśl, że za chwilę znowu będę jeździł. Myślę, że nie miałem żadnych poważniejszych momentów zwątpienia, tylko utwierdzałem się w przekonaniu, że dalej chcę w to brnąć. Muszę jednak powiedzieć, że na początku bywało trudno, bo zanim w moim życiu na stałe zagościł żużel, to trenowałem też piłkę nożną. W pewnym momencie nie wiedziałem do końca, którą dyscyplinę powinienem wybrać, ale ostatecznie postawiłem na żużel i teraz na pewno tego nie żałuję.

W Bydgoszczy natrafiłeś na sprzyjające warunki do miniżużlowego rozwoju?

Opieka w klubie na pewno była dobra. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że razem z chłopakami zrobiliśmy coś, czego nikt nigdy wcześniej nie zrobił i trzy razy z rzędu zdobyliśmy Drużynowe Mistrzostwo Polski. To świadczy, że byliśmy całkiem nieźle przygotowani i potrafiliśmy wiele zdziałać.

W pewnym momencie przeniosłeś się jednak z Bydgoszczy do Gniezna.

Wiadomo, że na początkowym etapie przygody z żużlem nikt nie przenosi się do innego miasta i każdy szuka klubu jak najbliżej swojego miejsca zamieszkania. Chodzi o to, żeby nie ponosić dodatkowych kosztów. Po kilku latach uznaliśmy jednak, że w Gnieźnie będę miał lepsze warunki do rozwoju. Oczywiście było trochę dalej i droga na trening zajmowała nam jakieś półtorej godziny, ale dało się z tym żyć. Przynajmniej oswajałem się z żużlową rzeczywistością, która polega na byciu w rozjazdach. Myślę, że ta decyzja dobrze wpłynęła na mój rozwój. Nie mogę powiedzieć złego słowa na gnieźnieński klub. Mam stamtąd wiele pozytywnych wspomnień. Wszyscy podeszli do mnie bardzo profesjonalnie, pomimo tego, że byłem dzieckiem i nie było do końca wiadomo jaka przyszłość mnie czeka.

Po jakimś czasie z miniżużla przesiadłeś się na motocykle o pojemności 250cc. Jak wiele dała Ci jazda w tych niższych kategoriach?

Myślę, że sporo na tym zyskałem. Na pewno poznałem mnóstwo świetnych osób, z którymi mam kontakt do dzisiaj. Mogłem posmakować też pierwszych sukcesów i przekonać się jak bardzo to cieszy oraz motywuje do dalszej pracy. Najważniejsze jest jednak to, że obyłem się z motocyklem, rytuałem zawodów, jazdą we czterech spod taśmy i stresem towarzyszącym kolejnym występom. Od samego początku nie zamierzałem jednak zanadto przedłużać swojej przygody z niższymi kategoriami. Kiedy tylko pojawiła się możliwość przesiadki na „pięćsetki”, to od razu z niej skorzystałem.

Jak bardzo niższe kategorie różnią się od dorosłego żużla?

Moim zdaniem najbardziej różni się miniżużel. Przede wszystkim jedzie się tam wolniej i trochę inaczej wygląda obsługa motocykla. W klasie 250cc różnica polegała jedynie na tym, że mieliśmy nieco mniejszy silnik niż w dorosłej żużlówce. Myślę, że jazda na tym motocyklu zapewniła mi sprawniejszą przesiadkę na „pięćsetkę”. Wiedziałem już mniej więcej jak to będzie wyglądało, więc czułem się pewniej.

Niektórzy młodzi żużlowcy mówią, że jazda w niższych kategoriach zostawiła u nich błędne nawyki, które nie sprawdzają się w dorosłym żużlu. Jak jest u Ciebie?

Pewne elementy wymagały przestawienia i dostosowania do „pięćsetek”. Na szczęście byłem pod dobrym okiem i dosyć szybko wyeliminowaliśmy większość mankamentów, które mogłyby utrudniać mi skuteczną jazdę. Do dzisiaj jednak zostało mi, że podczas biegu czasami kładę lewą nogę na torze. Na miniżużlu musieliśmy tak jeździć, bo inaczej się nie dało, ale w dorosłym żużlu to działa jak hamulec i jest poważnym błędem. Cały czas intensywnie pracuję, żeby tego nie robić, ale momentami niestety się zapominam.

Przygodę z dorosłym żużlem zaczynasz jednak nie w Bydgoszczy, nie w Gnieźnie, a w Toruniu. Jak do tego doszło?

Klub z Torunia przedstawił korzystne warunki do rozwoju i pokazał, że bardzo mu na mnie zależy. Myślę, że na tym etapie uprawiania żużla dobrze jest trafić do jak najlepszego miejsca. Kiedy tylko przesiadłem się na „pięćsetki”, to trenowałem w Toruniu, więc dla mnie to jest tak naprawdę punkt startowy. Wiadomo, że jestem chłopakiem z Bydgoszczy i to miasto zawsze będzie w moim sercu, ale w dorosłym żużlu to właśnie Toruń postrzegam jako swój macierzysty klub.

Twoje szesnaste urodziny, które dały Ci przepustkę do jazdy w lidze, zbiegły się w czasie z awansem toruńskiego klubu do ekstraligi. Nie obawiałeś się, że w tym pierwszym poważnym sezonie zostaniesz rzucony na tak głęboką wodę? Nie wolałeś stawiać pierwszych kroków w niższej klasie rozgrywkowej?

Na pewno odbyliśmy dużo rozmów z teamem oraz z rodzicami i dobrze to przemyśleliśmy. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że jeśli chcemy zaczynać poważną przygodę z żużlem to najlepiej na najwyższym poziomie i wśród czołowych zawodników. Kiedy jeździłem na mniejszych motocyklach, to moje marzenia zawsze krążyły wokół startów w ekstralidze. Wiadomo, że to jest najlepsza liga na świecie i jedyna w swoim rodzaju szkoła żużla. Skoro pojawiła się możliwość rywalizacji na tym szczeblu ligowym, to postanowiliśmy z niej skorzystać. Wiedzieliśmy, że jeżeli coś nie będzie układało się po mojej myśli, to zawsze mogę zejść do niższej ligi, żeby się objeżdżać. Na razie jednak chyba znacząco nie odstaję i daję radę jeździć w kontakcie z rywalami, więc to była słuszna decyzja.

Okazuje się, że od pierwszego meczu bez problemu przebiłeś się do składu i na razie nie ma w ogóle dyskusji, żebyś z niego wypadł. Statystyki pokazują, że jesteś najskuteczniejszym młodzieżowcem Apatora, pomimo tego, że z całej grupy masz najmniej wiosen na karku i najmniejsze doświadczenie.

Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że jestem najwyżej sklasyfikowanym juniorem toruńskiego klubu. Miło coś takiego usłyszeć, ale obecnie nie przywiązuję do tego większej wagi. Na pewno byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, kiedy zobaczyłem swoje nazwisko w awizowanym składzie na pierwszy mecz ligowy. Długo nie mogłem w to uwierzyć. Byłem przeszczęśliwy, bo spełniały się moje marzenia, ale początkowo chyba niespecjalnie to do mnie docierało. Pamiętam, że kiedy wreszcie zdałem sobie sprawę co się dzieje, to krzyknąłem z radości: tato, przecież ja jadę w ekstralidze. Wszystko wskazuje na to, że swoją postawą na torze zapracowałem, żeby w kolejnych meczach nie odsuwać mnie od składu. W zeszłym roku, kiedy miałem 15 lat i nie mogłem jeszcze startować w lidze, ale już trenowałem na „pięćsetkach”, robiłem wszystko, żeby przygotować się do występów w elicie. Cieszę się, że teraz to może procentować.

Obecnie możesz pochwalić się średnią niespełna jednego punktu na bieg. Jak oceniasz swoje dotychczasowe występy ligowe?

Podstawowe założenie na ten rok jest takie, żeby przejechać sezon cało i zdrowo, bez jakichś poważniejszych kontuzji oraz oswoić się z żużlową rzeczywistością. Jeżeli chodzi o moje wyniki, to wiadomo, że zawsze mogłem pojechać lepiej. Żużel jest takim sportem, że nawet jakbym zdobywał same komplety, to za każdym razem znalazłbym coś do poprawy. W tym roku pogubiłem trochę punktów przez błędy, które nie powinny się już zdarzać, bo wcześniej nad nimi pracowałem. Z drugiej strony cieszę się jednak, że element startu, który sprawiał mi dość duże problemy, powoli zaczyna wyglądać lepiej. Na razie brakuje mi jeszcze powtarzalności, ale robię co w mojej mocy, żeby ona się pojawiła. Zdaję sobie sprawę, że przede mną wciąż bardzo dużo nauki. Trudno opisać słowami jak wiele rzeczy muszę jeszcze opanować, ale jestem na to gotowy i nie zamierzam się zrażać. Żużel wymaga wielu zróżnicowanych umiejętności, które trzeba umieć połączyć w jedną całość. Można powiedzieć, że ja jeszcze porządnie nie liznąłem tego sportu i dopiero odkrywam tajniki żużlowego rzemiosła. Muszę być świadomy, że wszystko wymaga czasu. W żużlu najważniejsza jest chłodna głowa. Mnie czasami tego brakuje i przez to popełniam niepotrzebne błędy. Momentami próbuję na przykład wyprzedzić rywala po pierwszym czy drugim okrążeniu, kiedy nie zbudowałem jeszcze wystarczająco dużej prędkości, aby ten atak się powiódł. W żużlu trzeba wypracować zdolność do podejmowania szybkich, ale przemyślanych decyzji, bo każdy nierozważny manewr może nas wiele kosztować. Nie mówię tylko o punktach i pozycjach, ale też o zdrowiu, a nawet życiu. Musisz być pewny, że wiesz co robisz i nie zaszkodzisz sobie oraz innym.

W głowie jest świadomość, że żużel to niebezpieczny i ryzykowny sport?

Staram się nie patrzeć na to w taki sposób i zostawiam to z boku. Gdybym bez przerwy myślał, że może spotkać mnie coś złego, to nic dobrego nie wychodziłoby z mojej jazdy i żużlowej nauki. Głowa byłaby wtedy zdecydowanie za bardzo obciążona i nie pozwalałaby dawać z siebie sto procent. W żużlu nie można się bać, bo każde zawahanie może mieć opłakane skutki. Wiadomo, że to jest niebezpieczny sport, ale raczej przypominam sobie o tym dopiero kiedy leżę na torze i odczuwam konsekwencje upadku. Potem jednak próbuję się szybko otrząsnąć i jechać dalej, żeby nie tworzyć sobie żadnych blokad.

Jakie wrażenie robi na Tobie PGE Ekstraliga?

Wolę nie myśleć, że startuję z największymi tuzami i legendami żużla, takimi jak na przykład Bartosz Zmarzlik, czy Piotr Protasiewicz. To mogłoby mnie tylko niepotrzebnie dekoncentrować, chociaż wiadomo, że nie da się całkowicie od tego uciec. Kiedy wracam do domu po meczu, to w głowie siedzi świadomość, że właśnie ścigałem się w najlepszej lidze świata. To jest uczucie, którego nie potrafię nawet opisać słowami. Myślę, że to po prostu daje wielką radość i motywację do tego, żeby w przyszłości stać się znaczącą postacią tego świata.

Masz swojego żużlowego idola?

Oczywiście, że tak. Moim idolem jest Piotr Pawlicki. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki prowadzi motocykl, szczególnie kiedy składa się w łuki. Nawet jeśli ostatnio sprzęt go zawodzi, to mam wrażenie, że on wyciska ze swojej maszyny 110 procent. Dla mnie to jest coś niesamowitego. Widać po nim, że bardzo chce poprawiać swoje wyniki i cechuje go wielka determinacja. To na pewno może imponować i stanowić wzorzec do naśladowania.

Jak dogadujesz się z pozostałymi młodzieżowcami Apatora? Teoretycznie walczycie o miejsce w składzie.

Mamy bardzo dobre relacje i spędzamy ze sobą wiele czasu także poza stadionem. Chłopacy są w porządku i można się z nimi dogadać. Na pewno rywalizujemy między sobą na torze, ale kiedy ściągamy kaski, to jesteśmy przyjaciółmi i dużo rozmawiamy.

A jak układają się Twoje relacje z toruńskimi seniorami oraz trenerem Bajerskim?

Trener Tomasz poświęca nam bardzo dużo czasu, ponieważ zależy mu na tym, żebyśmy doskonalili nasze umiejętności. Myślę, że każdy widzi jego zaangażowanie i ogrom pracy. Koledzy z drużyny też sporo pomagają. Po próbie toru czy w trakcie zawodów za każdym razem mogę podejść i dowiedzieć się jakie warunki panują na torze. Ja ogólnie staram się jak najwięcej podpytywać o różne niuanse, które mnie interesują i mogą mi pomóc. Jak na razie zawsze mogłem liczyć na wsparcie chłopaków i przydatne wskazówki. Na pewno czuję się częścią tego zespołu i nigdy nie miałem wrażenia, że zostałem zepchnięty na bok. To jest bardzo ważne z perspektywy młodego zawodnika.

Jak bardzo w rozwoju pomagają Ci zawody juniorskie?

Myślę, że to jest świetny dodatek do ligi, dzięki któremu można dopracować wiele rzeczy. Powszechnie wiadomo, że każde zawody są lepsze niż trening, bo pozwalają ścigać się z innymi zawodnikami oraz oswajać się z różnymi torami. Na imprezach młodzieżowych często natrafiamy na lepszych żużlowców i możemy sprawdzić w jakim miejscu się znajdujemy. To jest też przestrzeń do testowania nieco innych rozwiązań sprzętowych, ale nie tylko. Tutaj pomyłki nie są tak kosztowne jak w lidze, więc nawet jeśli się zdarzą, to nic wielkiego się nie dzieje. Punkty oczywiście też są ważne, ale największe znaczenie ma wymiar szkoleniowy. Metoda prób i błędów przeważnie okazuje się najlepszym sposobem nauki.

Jak często trenujesz i na co zwracasz największą uwagę podczas treningów?

Obecnie jesteśmy w środku sezonu i mamy naprawdę sporo jazdy w zawodach, więc tych treningów jest teraz trochę mniej niż w początkowej fazie rozgrywek. To nie znaczy, że sobie odpuszczam, ale zdarzają się tygodnie, gdzie jeżdżę przez kilka dni z rzędu i potrzebuję czasu na regenerację. Myślę, że dwa dni odpoczynku to nie jest nic złego. Nie można przecież zakatować organizmu. Kiedy już jednak spotykamy się na treningu, to skupiam się przede wszystkim na doskonaleniu startów i dojazdów do pierwszego łuku. Dużą wagę przykładam też do sposobu rozgrywania pierwszego łuku. To są elementy, które przeważnie mają największy wpływ na rozstrzygnięcia poszczególnych biegów, więc trzeba nad nimi intensywnie pracować i starać się je opanować.

Żużel to jednak nie tylko treningi na motocyklu.

Zgadza się. Przed sezonem bardzo dużo trenowaliśmy pod okiem trenera Radka Smyka. To były przede wszystkim zajęcia gimnastyczne o charakterze kondycyjno-siłowym, które miały przygotować nas do rozgrywek pod względem fizycznym i sprawić, że będziemy mniej podatni na kontuzje. Nie brakowało też zajęć wzmacniających więzi w drużynie. Graliśmy na przykład w hokeja i przyznam, że potrafiliśmy się tam porządnie spocić. Wiadomo, że podczas sezonu kluczowe jest utrzymanie dobrej kondycji, żeby nie zaprzepaścić wszystkich wcześniejszych wysiłków i za szybko nie opaść z sił. Dla mnie najlepszym sposobem podtrzymywania formy fizycznej jest jazda na rowerze. Bardzo lubię wstać rano i przejechać sobie szybkim tempem od 30 do 50 kilometrów. To nie ma być relaksacyjna jazda, tylko porządny trening. Nie ukrywam jednak, że rower jest też dla mnie odskocznią od całego świata i życia codziennego. Kiedy zostaje tylko szosa, rower i ja, to czuję, że czyści mi się głowa.

Masz już jakieś swoje preferencje torowe?

Myślę, że do moich ulubionych torów można zaliczyć Gdańsk, Bydgoszcz i oczywiście naszą toruńską Motoarenę. Na pewno wolę przyczepniejsze nawierzchnie, bo wydają się ciekawsze. Na ten moment nie mam żadnego toru, którego bym nie lubił. Jazda po każdym owalu przynosi mi wielką radość i skłania do odkrywania jego tajników.

Jak radzisz sobie z odczytywaniem nawierzchni? Skąd wiesz, jak należy jechać po danym torze?

W tym wypadku bardzo mocno pomagają mi Krystian i Maciej z mojego teamu. Kiedy robimy obchód toru to rozmawiamy, gdzie mogą być najszybsze ścieżki, a potem dyskutujemy, jak zachowuje się nawierzchnia w trakcie zawodów. Ja dopiero poznaję poszczególne tory oraz ich charakterystyki, więc potrzebuję pewnych wskazówek. Sam też staram się zdobywać jak najwięcej przydatnych informacji. Jeśli wybieram się na jakiś owal, to zawsze oglądam transmisję z ostatnich zawodów, które się na nim odbyły. To pozwala mi mniej więcej zorientować się, gdzie zawodnicy uzyskiwali największą prędkość i jakie linie jazdy obierali. To jest pewnego rodzaju baza, dzięki której może być trochę łatwiej.

Co możesz powiedzieć o swoim parku maszyn?

Na pewno mogę być zadowolony ze swoich motocykli, ponieważ są z górnej półki. Mam silniki od Pana Ryszarda Kowalskiego, czyli tunera, który jest najlepszy na świecie. Pod tym względem nie mam prawa narzekać. Teraz zostaje tylko pogłębianie wiedzy i doskonalenie swoich umiejętności, żeby to w pełni wykorzystać.

W żużlowym światku od lat toczy się dyskusja czy ważniejszy jest sprzęt czy zawodnik. Jakie jest Twoje zdanie?

Podczas ostatniego zgrupowania zaplecza kadry juniorów bardzo dużo rozmawialiśmy na ten temat. Trener Rafał Dobrucki starał się to wytłumaczyć. Na ten moment uważam, że proporcje rozkładają się mniej więcej pół na pół. Wiadomo, że sprzęt odgrywa bardzo dużą rolę i musi być dobrze spasowany, żeby cokolwiek zdziałać, ale potrzeba też zawodnika, który umiejętnie go poprowadzi. Sądzę, że ktoś kto nie ma pojęcia o technice jazdy na żużlu niewiele wyciągnie z najlepszego sprzętu. Wydaje mi się też, że gdyby na troszeczkę słabszy motocykl posadzić bardziej doświadczonego zawodnika, to on wyciśnie z niego więcej niż nieobjeżdżony młokos.

Znasz się już trochę na dobieraniu ustawień motocykla?

W trakcie zawodów dużo rozmawiamy z teamem i razem dochodzimy do pewnych wniosków, ale na ten moment kwestię doboru ustawień zostawiam chłopakom. Nie mam wątpliwości, że oni zrobią to dużo lepiej. To są ludzie, którzy od wielu lat siedzą w żużlu, znają się na tym sporcie i bardzo dobrze mnie prowadzą. Mam do nich zaufanie i wiem, że mogę na nich liczyć. Zawsze bardzo pewnie wsiadam na przygotowane przez nich motocykle. Wiadomo, że nie mam jeszcze tyle wiedzy i doświadczenia, żeby prawidłowo wyczuć czego w danej chwili mi potrzeba. Cały czas nad tym pracuję i mam nadzieję, że kiedyś to się zacznie zmieniać. Na pewno staram się słuchać dyskusji na tematy sprzętowe i analizować zasłyszane informacje. Czasami w rozmowie z mechanikami zdarzy mi się wtrącić coś od siebie. Nawet jak powiem coś na odwrót, to zdaniem chłopaków dobrze, że próbuję, bo dzięki temu lepiej zapamiętam. Kiedy po zawodach myjemy motocykle to też staram się jak najwięcej pomagać, żeby dowiadywać się jak działa ten motocykl i jak jest zbudowany. Wiadomo jednak, że kwestie sprzętowe to skomplikowana sprawa i na pewno nie da się wszystkiego od razu pojąć. Teraz te maszyny są tak czułe, że możemy sobie wszystko ustawić na treningu, ale jeśli w dniu meczowym będzie troszeczkę inna pogoda, to nagle motocykl zacznie zachowywać się inaczej i wiele rzeczy może przestać działać. To na pewno nie ułatwia nauki młodym zawodnikom.

Nie denerwuje Cię, że w żużlu mogą decydować takie niuanse? Z wielu stron można usłyszeć, że w tym sporcie nigdy do końca nie wiadomo o co chodzi.

Na pewno mnie to nie zniechęca. Znacznie bardziej ciekawi mnie, dlaczego tak się dzieje. Poszukiwanie przyczyn i właściwych rozwiązań może być na swój sposób fascynujące, chociaż spędza sen z powiek. Czasami można się złościć, że tak wiele zależy od drobnych korekt w motocyklu, ale to jest element tej gry i trzeba go opanować.

Jaki masz charakter? Jak podchodzisz do sportu?

Na co dzień jestem raczej spokojny i mam luźne podejście do życia. Kiedy jednak podczas zawodów coś mi nie wychodzi albo mam gorszy okres i popełniam za dużo błędów, to jestem na siebie bardzo zły. Nigdy nie złoszczę się na kogoś innego, tylko obwiniam samego siebie. W parku maszyn staram się jednak nie pokazywać negatywnych emocji, bo uważam, że to nie jest najlepsza droga. Raczej biorę to wszystko do siebie i muszę w środku przetrawić każde niedociągnięcie i każdą porażkę.

W sporcie na pewno trzeba zadbać o sferę mentalną.

Mamy w klubie trenera mentalnego, Pana Marka Graczyka, który współpracował z wieloma sportowcami i jest wielkim profesjonalistą. Pracowaliśmy razem zimą i teraz też pozostajemy w kontakcie. Za każdym razem uczymy się odpowiedniego podejścia do różnorodnych tematów. Głowa jest bardzo ważna w żużlu, więc trzeba zrobić wszystko, żeby właściwie pracowała.

Masz świadomość, że wiele osób postrzega Cię jako spory talent?

Staram się nie czytać ani pozytywnych, ani negatywnych opinii na swój temat, ponieważ one tylko mieszają w głowie. Wolę słuchać osób, które są najbliżej mnie i najlepiej wiedzą, jak należy mnie oceniać. Oczywiście nie ukrywam, że jeżeli dostanę wiadomość z pochwałą, to czuję się doceniony i jest mi bardzo miło, ale nie mogę się tym zachłysnąć. Najważniejsza jest praca.

Jak wygląda Twoje zaplecze sponsorskie?

W tym roku mam najlepszych sponsorów, jakich tylko mogłem sobie wymarzyć. Chciałbym każdemu bardzo podziękować, bo wiadomo, że bez odpowiednich funduszy trudno jest przebić się w tym sporcie. Osobne podziękowania należą się też mojemu menadżerowi, który czuwa nad tymi sprawami i dopina wszystkie umowy. Na pewno nie jest łatwo znaleźć partnerów do współpracy dla tak młodego zawodnika. Ja dopiero zaczynam swoją przygodę z żużlem, więc sponsorzy nie wiedzą czego się po mnie spodziewać. Niektórzy wolą poczekać, żeby reklama miała sens i była odpowiednio eksponowana.

Żużel zapewne wymaga sporego zaangażowania.

Od samego początku bardzo mocno się poświęcałem. Całe moje życie oraz życie mojej rodziny kręciło się wokół tego sportu. Nawet jak miałem czas wolny to spędzałem go na oglądaniu żużla. Jak już zacząłem jeździć na mniejszych motocyklach, to nie przestaliśmy chodzić z tatą na stadion w roli kibiców. Mnie ten sport interesował nie tylko od praktycznej strony, ale również z pozycji widza. Lubiłem obserwować co dzieje się na torze i jak najwięcej analizować. Wiadomo, że w tym momencie żużel zabiera mi jeszcze więcej czasu, bo wkradł się element zawodowstwa. Chyba dopiero teraz zaczynam rozumieć, że mogę wiązać z tym przyszłość i traktować to jako plan na resztę życia. Obecnie oddaję się temu jeszcze bardziej. Przeważnie nie ma mnie w domu, bo jestem na zawodach lub na treningach. Mam znacznie mniej czasu na wygłupy, zabawy i spotkania ze znajomymi, ale to mi nie przeszkadza. Wiem, że to jest najlepszy sposób, żeby dojść do czegoś w tym sporcie.

Miewasz jakieś luźniejsze chwile?

Nie ukrywam, że czasu wolnego mam naprawdę mało, ale jeśli znajdzie się wolny weekend lub wolny wieczór, to lubię wyskoczyć sobie na rybki. To też bardzo dobrze na mnie działa i mnie uspokaja.

Jak godzisz żużel ze szkołą?

Wiadomo, że szkoła jest moim podstawowym obowiązkiem i nie mogę jej zawalić. Teraz jednak, kiedy startuję w Toruniu i mam sporo zawodów, pojawiam się tam trochę rzadziej. O regularne uczestnictwo w lekcjach na pewno było łatwiej, kiedy jeździłem na miniżużlu w Bydgoszczy. Jeżeli chodzi o wyniki w nauce, to nie mam jednak większych problemów i zdaję z klasy do klasy. Po zawodach czy treningach kontaktuję się z kolegami i proszę o wysłanie notatek, żebym mógł jak najszybciej nadrobić zaległości. Staram się podchodzić do tego odpowiedzialnie i nie pozwalać sobie na żadne przestoje.

Żużel to Twój jedyny plan na przyszłość czy masz też jakąś alternatywę?

Chciałbym, żeby żużel stanowił mój sposób na życie. Z tym sportem wiążę swoją przyszłość. Wiem jednak, że wystarczy chwila – niespodziewana kontuzja lub nagły spadek formy – i wszystko może się skończyć. W głowie jest jakiś plan awaryjny, ale mam nadzieję, że nie będę musiał go aktywować.

Przed Tobą jeszcze pięć sezonów na pozycji juniora. Masz jakieś konkretne założenia na ten okres?

Najważniejsze, że przede mną sporo przestrzeni do nauki. Wiadomo, że z każdym kolejnym rokiem, z każdym kolejnym meczem chciałbym stawać się coraz lepszym zawodnikiem i popełniać jak najmniej błędów. W tej chwili żużel stał się tak bardzo wyrównany, że wygrywa ten, kto najrzadziej się myli. Wiadomo, że przez cały czas nie da się wszystkiego robić dobrze, ale najważniejsze, żeby iść do przodu i notować progres. W sporcie nie można się zatrzymać.

Zdradzisz swoje żużlowe marzenia?

Jak każdy żużlowiec chciałbym przemierzyć drogę, która pozwoli mi sięgnąć po wszystkie najważniejsze osiągnięcia. Marzy mi się Mistrzostwo Polski Juniorów, Mistrzostwo Świata Juniorów, Mistrzostwo Polski Seniorów oraz awans do Grand Prix i walka o seniorskie Mistrzostwo Świata. To byłaby wisienka na torcie. Na spełnienie marzeń trzeba jednak zapracować. Wszystko w moich rękach.

Rozmawiał KAROL ŚLIWIŃSKI