Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W piątek miało być sennie i nie wytrzymać konkurencji otwarcia igrzysk w Tokio. Mecze do zaliczenia i potwierdzenia całej prawdy o statystyce. Jakiej to? Ano tej, że jeśli jednego dnia nudno, a następnego z przedawkowaniem adrenaliny, to średnio było… średnio. W niedzielę za to mieli się prać jak Cztan z Wilkiem w Krzyżakach – pooo ooo oomszy.

 

Zaczęło się na przystawkę w Lesznie i tu największy ambaras leżał w tym, jakiż to tym razem tor przygotują gospodarze. Ci źli gospodarze – ma się rozumieć. Zastanawiam się czasem, do jakich standardów odnosić, często zaskakujące, decyzje Ekstraligi. Że nie wysłali nikogo do mix zone po wtopie z Wrocławiem, to i słusznie powinno się złoczyńcom pogrozić. Ale żeby tor? W Pradze lepszy nie był. Tylko tam Ekstraliga nie rządziła. Nic mi do tego, acz nie pamiętam by obecny komisarz Głód, w czasie gdy jeździł (to ważne słowo, bo czym innym jeździć, a zupełnie czym innym ścigać się z rywalami), tak doskonale znał i dbał o nawierzchnie na których przyszło mu… występować. Choć mogę się mylić, gdyż o ile pamięć nie zawodzi, to spotykał się z nimi organoleptycznie, nawet nie rozwijając nadmiernych prędkości. Zazwyczaj. Skąd więc tak doskonała znajomość arkanów sztuki? Widać rozwija się chłop ponad miarę. Nie chcieli przyklepać na skałę, fiknęli imć panu komisarzowi, to ten wykorzystał umiejętność formułowania myśli na papierze i załatwił Bykom kuku. Małe – o to dobre słowo – wojenki między takimiż uczestnikami, przy okazji z niskich pobudek trwają więc w najlepsze i wyraźnie przechodzą w fazę rozwojową. Nie za wielki okazał się był przy tej okazji miłościwie panujący prezydent Byczego grodu. Publiczny wpis, choć emocjonalny, to na poziomie nieusprawiedliwionym, bo odrobinę poniżej przyzwoitości i sprawowanego urzędu. Skoro zaś tak się rozpoczęło i trwa, to emocji miast ścigania, miała dostarczyć obserwacja nawierzchni, takoż wnikliwe wsłuchiwanie się w komentarze i wypowiedzi na gorąco także w trakcie zawodów, by wyłapywać subtelne „klapsusiki”.

Pierwsze spotkanie przebiegało zrazu według przewidywań. Dwójki Nickiego i Przema, choć wolnego i nieco „jeźdźca bez głowy”. To na Piterze i Lidseyu. Dwójka Bartkowiaka na Pludrze, po czym śliwka za Koldim, Pludrą i katastrofalnym Keniem, który tym razem nie uczestniczył w jakiejkolwiek kolizji, więc trudno będzie sensownie usprawiedliwić kompromitację kieszonkowego Duńczyka. Po czterech (+8) i jedyne emocje towarzyszą odpowiedzi na pytanie: wyjdą z trzydziestki, czy nie?

Dalej było pogłębianie frustracji, kompromitacji, na koniec uczucie zwykłego wstydu Gołębi. Przegrać można. Nawet do 30 i wyżej, ale po walce i z honorem. Gryząc tor. Pośród grudziądzan widać było gołym okiem rezygnację i przygnębienie. Nikt nie podjął rękawicy skutecznie. Troszkę podgonili w końcówce. W tych okolicznościach przyrody trudno myśleć realnie o utrzymaniu. Znaczy myśleć i opowiadać można wszystko, tylko ile to ma wspólnego z rzeczywistością? Nie ma wyjścia. Trzeba się łudzić, że mecz meczowi nierówny, że „atut” własnego toru z Lwami pomoże w dokonaniu cudu i takie tam – „pocieszajki na siłę”, albo jak komu wygodnie – strojenie dobrej miny do złej gry. Szanse na trójkę z przodu w dorobku GKM rosły, bo sprzyjali gospodarze. Taśma Pitera, defekt Jaimona. I wozili punkty za darmo, a najwyżej pół darmo, skwapliwie powiększając „zdobycz” podopieczni Ślączki. Tylko to suchy wynik. Obraz „rywalizacji” był już znacznie bardziej przygnębiający z perspektywy gości. Jedyny plus, że Ślączka niczego nie udawał i potraktował mecz wybitnie testowo. Każdy z zawodników podstawowego składu dostał swoje biegi, a grudziądzanie nie stosowali rezerw. Tak, by się podbudowali udanymi wyjściami spod taśmy, czasami pojedynczymi oczkami na kresce. Baron nadal walczy ze swymi upiorami. Lidsey z przygodami, niepewny Pludra, w kratkę ryzykant Piotr Pawlicki, wciąż na pozycji prowadzącego juniora. Nie mocnego juniora dodajmy dla porządku.

W Gorzowie miało być podobnie. Pytanie tylko, jak na tle lokalnego rywala wypadną słabsi dotąd Karczmarz i juniorzy. Goście upatrywali szansy w wożeniu minimum remisów na liderach gospodarzy, by nie przegrywać tych starć podwójnie i ciułaniu punkcików na młodzieży, z tą starsza włącznie. Każda śliwka po stronie Falubazu, to miał być kolejny gwoździk do trumny w tym spotkaniu. No i był. Przy tym Osyczka tak udanie wyjeżdżał spod linek, że zwykle wszczynał show. A że sam nie grał na koniec głównej roli, to już insza inszość. By jednak zachować uczciwość, należy oddać Piotrowi Żyto, że jego plan na mecz działał. Może nie na tyle, by postraszyć rywali, ale przy słabym (usprawiedliwionym rzekomo) Thomsenie, niskiej skuteczności Jasińskiego i Karczmarza, także „nieobecności” na torze Pytlewskiego – jazda zielonogórzan dawała efekty. No i wyglądała. To tak w kontrze do wyczynów GKM-u na Smoczyku.

Oba zespoły zaprezentowały podobny potencjał i bardzo podobne… dziury w zestawieniach. Bez U24 i juniorów… w obu przypadkach, choć w bezpośredniej rywalizacji nieco lepsi gorzowianie. Liderzy – Dudek i Zmarzlik – swoje. Drugi plan lepszy odrobinę w Zielonej. To jednak efekt słabej dyspozycji Andersa, który fantazją zaskarbił sobie serca kibiców w Pradze, a tu był wyraźnie zagubiony, bądź odczuwał skutki. Czego, tego niestety sprawozdawcy Eleven nie potrafili ustalić, choć prześcigali się momentami w opowiadaniu dowcipów, niekoniecznie z założenia takowymi będących, ale wyraźnie rozbawiających tych, którzy je opowiadali. Słuchaczy niekoniecznie. Tak, czy siak – brakowało czwartego do brydża w Stali, zatem dziurawy Falubaz trzymał fason i wynik. Nie był jednak na tyle przekonujący, by sprawić sensację. Na koniec Duzers ograł Bartka i to tak troszkę na pocieszenie zostało Myszom. Mecz niezły. Ciekawszy od poczynań w Lesznie. Tyle tylko, że koniec końców – zakończony zgodnie z przedmeczowymi przewidywaniami.

W niedzielę na przystawkę, Spartanie mieli spożyć na surowo częstochowskie Lwy. Tylko goście zdaje się o tym nie wiedzieli i postanowili pohasać. Urządzili więc sobie małe polowanko. Na otwarcie po dwie trójki z obu stron, tyle że w meczu (-6). Jedna tylko śliwka częstochowian tłumaczy różnicę. Świetnie młodzież spod Jasnej Góry, zaskakująco dobrze Jeppesen, dwa podwójne i mała konsternacja w szeregach wrocławian. Teraz korekty i kontratak? Ano zobaczymy. Na początek wolny Tajski i nieskuteczni Bewley z Czugunowem. Znaczy wracają upiory. Chyba, że… No i poszło. Druga odsłona dla gospodarzy. Wyraźnie. Taktyczna, tak tak, we Wrocławiu Sparta z taktyczną – tyle już dla gości. Owa zaś na 5:1. Potem, uwaga – modne słowo – kontrowersja. Pika Maćka pod Worynę na wejściu w drugi łuk, wypchnięty częstochowianin siłą rzeczy poszerza i uderza w przycinającego Liszkę, jadącego trochę na zasadzie: „Matko Boska kto mi dał taki szybki motocykl”. W mojej ocenie do wykluczenia Jason, ewentualnie sprawca zamieszania – Janowski. Wyleciał Bogu ducha winny Kacper. No bywa. W siódmym przyjezdni znowu mogą mówić o niesprawiedliwości losu. Wygrali wyraźnie start, jednak krawężnik zrzucił z siodła Gleba na glebę. Woffinden oszczędził sobie przyjaznych gestów, zrazu gnając do parkingu, zapewne celem dokonania niezbędnych korekt. A z taktycznej chwilę wcześniej, wydawało się frunął. Oj przewrotny ten speedway. Powtórka pierwotnie na remis, po wywiezieniu Świdnickiego i ataku szeroko na Madsena w wykonaniu Brytyjczyka. Tylko Leon, jak to Lew. Czaił się, czaił i… wyczaił właściwy moment na kresce, wciągając Tajskiego. W meczu (-2), choć odnoszę wrażenie, że optycznie to jednak gospodarze mocniejsi. Pożiwiom – uwidzim.

A miało być jednostronnie i nudno jak… w Lesznie. Nawet jeśli zakończy się wysokim triumfem miejscowych, to już za ten palce lizać początek – brawa dla podopiecznych Świderskiego. Pamiętajmy jednakowoż, że mecz trwa i wiele może się jeszcze wydarzyć.

Na początek nowego rozdania brak konsekwencji u arbitra – czytaj kontrowersja. Lindgren gwałtownie poszerza w drugim łuku doprowadzając do wywrotki Jeppesena i tym razem wylatuje… ten, który upadł. Ciężko będzie sędziemu obronić takie decyzje. Tak czy siak Liszka i Curzytek z bardzo ważnymi oczkami – po jednym każdy – trochę w prezencie. To może ważyć. W tej serii przebudzenie Czugunowa z Bewleyem, i chociaż nadal tylko (+2), to goście mają swoje problemy. Smyk statystuje, Jeppesen nie do użytku po dzwonie, a Misiek ze śliwką po długiej przerwie, więc Świderski ma zagwozdkę. Jedzie Madsen, trochę Lingdren z Woryną, a juniorzy w kratkę. Przed nominowanymi nadal status quo w meczu (+2), tyle tylko, że Świderski… nie ma kim jechać w czternastym. Teoretycznie naturalnie. We Wrocku czwórka się wyłoniła. Do tercetu tenorów dołączy tym razem najpewniej Bewley, że tak zarymuję. Jest meczycho, choć może nie tyle obfitujące w spektakularne akcje, co w elektryzujący wynik. Nie chcę być złośliwy, ale muszę przypomnieć. Mimo taktycznej po stronie miejscowych, za piękne porażki gościom punktów nie dają. No i nie miał kim pojechać w przedostatnim, błysnął za to Bewley. Można dyskutować, czy najszczęśliwszą była nominacja Smyka do tej gonitwy, jednak tego się nie dowiemy. Pozamiatali, zatem ostatni o warzywo.

W Toruniu zaś miało się okazać, czy gospodarze przypieczętują utrzymanie wpędzając w kłopoty głodny medalu Motor, czy też goście złamią opinię, że nie potrafią wygrywać na wyjazdach i ułatwią sobie robotę w kontekście całego sezonu. Raz, dwa trzy – Częstochowa patrzy, a zza pleców spogląda jeszcze Grudziądz. Sukces Lublina – sukcesem Grudziądza? No może.

Na dzień dobry trzy wygrane i tylko jedna śliwka pośród Koziołków. To daje (-6) po inauguracyjnym rozdaniu. „Tradycyjnie” po stronie torunian na powitanie leżał Miedziak, by za chwilę wygrać swój drugi wyścig. Z demonami Motoareny walczył za to bardziej niż z rywalami Robert Lambert. No i śliwka Buczka, a w zasadzie dwie, bo oczko na Marcińcu, to z całym szacunkiem, jak porażka doświadczonego seniora gości. W siódmym atutowa para torunian Jacek z Pawełkiem, niczym Emil z Koldim w Lesznie, ogrywa podwójnie zagubionego w pierwszym łuku Michelsena. Jest interesująco. Dwa zera i jedno zwycięstwo Koziołków. Toruń wraca. Tylko (-2). Anioły czekają na obu równie skutecznych Holderów, lubelacy na przewidywalnych i punktujących rajderów drugiej linii, ze szczególnym uwzględnieniem Małego i Buczka. Młodzież ze wskazaniem, acz nieznacznym, na korzyść gości.

W ósmym Lampart za… Hampela. Chyba nos zawodzi przyjezdnych. Startował w biegu Lewandowski, więc Mały miałby „bezpieczne” przetarcie, nawet kosztem remisu w wyścigu. Może brakować czwartego do brydża na nominowane. Po dziewięciu możemy rozpoczynać zawody od początku. Warunek? Przedpełski z młodszym Holderem ograją Łagutę i Buczkowskiego. No i to dzieje się. To może Wiktor byłby lepszą opcją teraz a nie wyścig wcześniej? Teraz kontra Motoru? Coś pogubieni w tej fazie meczu i jacyś tacy średnio szybcy. Ale… zobaczymy. Prawie się udało. Prawie czyni jednak różnicę. Miedziak mężem opatrznościowym Aniołów. Wciągnął z trasy Lamparta i z 1-5 zrobiło się 2-4. Lubelski Duńczyk taki trochę mało zespołowy w tym wyścigu. A mecz – (-2). Czwarta seria też palce lizać. Tak się przynajmniej zapowiada. No i mamy nie tylko wynik na styku, ale też ściganie co się zowie. W Częstochowie trzymają kciuki za Bajera i spółkę. W Grudziądzu – odwrotnie. Sześć trójek Motoru i sześć śliwek torunian, a w spotkaniu bliziutko. Można? Można.

Ścigania multum, a wynik ani drgnie. Przed nominowanymi wciąż (-2). No i tu kłopot przyjezdnych. Toruń ma sprawę jasną. Jacek, Miedziak, Pawełek i Lambo. Pośród gości Grisza, Mikkel, Domin i… zagadka. Hampel, po długiej przerwie i zastąpieniu przez Lamparta nie podołał w trzynastym. Buczek bez ikry. Cierniak wolny, ledwo uporał się z Marcińcem. To który? Może losowanie?

Apator zamierza i w zasadzie powinien rozstrzygnąć czternasty podwójnie. Postawi się Kubera? I się postawił… choć nie do końca. Po starcie z Hampelem jechali na podwójnym prowadzeniu, zakończyli podwójną porażką. Zatem scenariusz Bajerskiego zaczyna się sprawdzać. Włókniarze w euforii. Przez chwilę. W ostatnim Michelsen z Łagutą wyrywają na trasie wygraną z rąk Jacka Holdera. Z piekła do nieba. Lublin górą w Toruniu. Rozpacz w Częstochowie. No a dla nas emocje i wielkie ściganie. Warto było czekać. Dziurawy Motor ograł drużynę Apatora. Liderzy zrobili show. A gospodarze? Kolejna piękna porażka. Jedynie punktów meczowych nie przybyło. To co teraz się wydarzy? Częstochowa rzeczywiście, jak wieszczą niektórzy, odpuści w Grudziądzu? Nie wydaje mi się. Ba – jestem przekonany, że nic takiego nie nastąpi.

PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI