Główny partner portalu

Półfinał Sparta - Unia. fot. Jędrzej Zawierucha
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W niedzielę mieliśmy do zaliczenia półfinały Elipy, przekonując się przy tym, komu zaszkodziło Vojens. Wszak nie od dziś wiadomo, że istnieje syndrom zwycięzcy Grand Prix. Polega on z grubsza na tym, że następnego dnia wczorajszy triumfator nie istnieje w lidze. No to się przekonamy czy rzecz dotyczy wszystkich, czy jedynie wybranych. Żeby zaś oczekiwanie się zbytnio nie dłużyło mieli zadbać rybniczanie w Ostrowie. Prezes Mrozek zapowiadał wojnę, a tymczasem wyszło ostre lanie i nudny mecz. Prezes chciał – szatnia zrobiła swoje. Tylko Cieślak jak zwykle. Skrytykował… swoich, tym samym wystawiając sobie nie najlepszą cenzurkę. A może najlepszą, bo adekwatną? Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść… Wiedział przecież w co się pakuje. 

 

 

Wróćmy jednak do najzabawniejszej ligi świata. Na początek Wrocław i przyklepanie awansu przez Spartan. Tak przynajmniej miało to wyglądać. Leszno nie poradziło u siebie. Leszno dziurawe i skaleczone. Teoretycznie nic nie powinno niepokoić wrocławian. Przekonajmy się więc. 

Tor na Olimpico, o dziwo, taki sucharek, twardy jak skała. Przynajmniej w pierwszej serii, choć Magic pokazał, że po szerokiej, jeśli się ma odpowiednio sklejoną furę, to już też można skutecznie. Inaczej niż w Vojens. Tam płot kompletnie zawodził. Generalnie jednak decydował start i jazda po krawężniku. Przynajmniej w tej fazie meczu. Po inauguracji „tylko” (+2) za sprawą dbającego o widowisko Czugunowa i skutecznego Ratajczaka. Pierwszy leżał, a drugi dowiózł trójkę i jedynkę, zawsze przed wrocławskimi juniorami. 

Teraz nieco inna, pozwalająca na więcej nawierzchnia i nowe rozdanie. Baaardzo długie rozdanie jak się okazało, bo trwające do zakończenia trzynastego wyścigu. Rozpadało się nad Wrocławiem, zważywszy zaś, że przed nominowanymi Sparta prowadziła sześcioma – nie było większego sensu na siłę kończyć zawodów. A jednak pojechali. W dwóch ostatnich Leszno podgoniło o dwa i mecz przegrało czterema. I tak znacznie lepiej niż na własnych śmieciach. Kloc i Rusko w finale. Przeciwko komu? To za chwilę. Warto odnotować znakomite starty Doyle`a, Pawlickiego i… Ratajczaka po stronie gości oraz wpadkę Czugunowa wśród miejscowych. Nade wszystko jednak należy złożyć ukłon przed gospodarzami za wzorowe przygotowanie nawierzchni. Bardzo twarda na początku, odsypująca się z rozwojem zawodów, wreszcie odporna na opady mimo braku równania przez 9. kolejnych wyścigów. Szacunek. To, że teraz tak będzie w Toruniu? Pożyjemy, zobaczymy. 

Wrocław z przytupem postawił kropkę nad i, odsyłając Unię do walki o brąz. Zatem pierwsza prawda objawiona stała się obiektywnym faktem. Dream team robi swoje, choć ma też pewne nieźle kamuflowane bolączki. Mądry i dobrze poukładany zespół ma możliwość ogrania Sparty, pod kilkoma wszakże warunkami. Primo – brak dziur, czytaj wybitna forma wszystkich zawodników w zestawieniu. Secundo – zimna głowa, kalkulacja i systematyczne punktowanie lewym prostym. To naturalnie nawiązanie do czasów papy Stamma i polskiej szkoły boksu. Nie trzeba natychmiast nokautować, ale regularne naruszanie rywala przynosi zamierzony efekt. Kto ma się tego zadania podjąć? Ano, przekonajmy się. 

W Lublinie takoż… deszczowo. Angielska pogoda dzisiaj weryfikuje umiejętności, bo w mniejszym stopniu sprzęt. Kto wypadnie lepiej podczas tego egzaminu? Stawiam na miejscowych. Mimo wszystko, jednakowoż przewidując małe turbulencje podczas inauguracyjnych wyścigów.

Seria otwarcia na remis, ale działo się sporo. Gospodarze rzeczywiście bardziej zaskoczeni nawierzchnią, co akurat w tych warunkach, po solidnych opadach – zrozumiałe. Oberwali podwójnie na dzień dobry, odpłacili tym samym w juniorskim. Przywieźli goście 2-4 w trzecim, to zaraz Koziołki poprawiły na 4-2. I tak to sobie szło. Dwa razy lubelacy łapali gości z trasy. Cierniak na kresce wciągnął Jasińskiego, a Lampart odrobinę wcześniej Birkemose. Gorzów wiezie, acz nie dowozi. Po śliwce Hampela i jedynce Griszki w pierwszym na 1-5 mam wrażenie, że teraz to już się obudzą. Tor schnie. Mateusz powiada, że identyczny jak podczas treningów, to znaczy, że miejscowym nic już nie powinno przeszkadzać, naturalnie poza gorzowianami. 

Ci zaś za bardzo przeszkodzić nie potrafili. Celowo nie piszę nie zamierzali, bo plany z pewnością były ambitne, jednak bogatemu, to i byk się ocieli. Miejscowi bardzo szybko opanowali sytuację i w zasadzie po drugiej serii można było uznać meczyk za odfajkowany. Chyba, że… . Nie. Raczej ewentualny deszcz niczego już radykalnie nie odwróci, nawet jeśli przyjdzie. Nudno i przewidywalnie. Jak we Wrocku. A miały być iskry, zwroty akcji, sensacyjne rozstrzygnięcia. To chyba tylko piętro niżej. Rybnik poległ. Krosno w finale. Tam się dzieje więcej, choć poszczególne spotkania bywają atrakcyjne jak te Ekstraligowe, nie przymierzając. 

A w Lublinie? Zmarzlik śrubuje rekordy, wygrywa zaś zespół. Tylko Griszki żal. Ogromny pech Rosjanina. Nie układały mu się te zawody. Najpierw 1-5. Potem wymęczona jedynka z bonusem, dalej defekt na starcie i wreszcie dzwon na wejściu w drugi łuk, kiedy zamierzał wjechać szerzej i nie przewidział, że Szymek Woźniak tak bardzo zwolni. Potężny niefart. Gorzowianina także, bo widać było, że mocno doskwiera mu ból ręki. Miejmy nadzieję, że wszystko skończy się na strachu i kilkudniowym bólu, ale bez złamań. Tym bardziej, że Łaguta nareszcie zdjął klątwę. Dotąd kto miał go w składzie, ten nie zdobywał medalu. Tym razem Lublin krążek już ma, a pojedynki braci w finałowym dwumeczu powinny stanowić wisienkę na tym żużlowym torcie. I niech takową będą.

W Lublinie rewanż zakończył się pewną, kontrolowaną, acz niewysoką wygraną gospodarzy. Podobnie jak we Wrocławiu, gdzie rozmiary triumfu może nie imponują, ale pamiętajmy o odpuszczeniu ostatniego wyścigu przez Artioma na rzecz juniora i słabym meczu dołującego jak Bewley na początku sezonu – Czugunowa. 

To, co? Mają szanse Koziołki z Wrocławiem? Moim zdaniem, przy spełnieniu warunków (patrz wyżej) – jak najbardziej. Musiałby zdarzyć się splot bardzo sprzyjających Motorowi okoliczności, jednak nie są bez szans. Ważny będzie pierwszy mecz u siebie. Naturalnie koniecznie z w pełni sprawnym i bojowym Griszką. Jeśli zdołają zwyciężyć, to spartanom głowy się nieco podgotują i to może stanowić dodatkowy atut lubelaków. A w starciu o brąz? Tu nie podejmuję się wyrokować.