Liczba tygodnia

Kliknij→

Tyle punktów po dwóch turniejach IMP mają Bartosz Zmarzlik oraz Dominik Kubera

LICZBA TYGODNIA LOTTO

Tyle punktów po dwóch turniejach IMP mają Bartosz Zmarzlik oraz Dominik Kubera

Żużel. Z zawodów wykluczyła go wizyta w wesołym miasteczku. Potem przygotowywał silniki Rickardssonowi i Nielsenowi

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W latach 80. minionego wieku należał do grona najlepszych niemieckich zawodników. Trzykrotnie wywalczył tytuł indywidualnego mistrza kraju. Po zakończeniu swojej przygody ze startami na żużlu doskonale sprawdził się również jako tuner. Swoją karierę wspomina z nami Klaus Lausch.

 

– Karierę na żużlu zacząłem w podobny sposób jak wielu zawodników. Dzięki rodzicom. Na żużel zabrali mnie właśnie oni. Pięć kilometrów od rodzinnego Erding był bowiem tor żużlowy, na którym wówczas trenował Peter Nieder. Tam zaczynałem swoje pierwsze żużlowe jazdy, gdy miałem trzynaście lat. Trzy lata później zacząłem trenować w klubie z Landshut. Po wygraniu rozgrywek 2. ligi na torze w Rodenbach awansowano mnie do pierwszego zespołu. Pamiętam, że jak miałem siedemnaście lat, to wygraliśmy ligę i w nagrodę prezes klubu zafundował nam tydzień na Majorce – zaczyna wspominać Lausch.

Niemiec szybko stał się zawodnikiem, z którym w kraju za naszą zachodnią granicą należało się liczyć. Dwukrotnie wygrał między innymi tradycyjne zawody indywidualne o „Złoty klucz” miasta Brema. Lausch był też jednym z pierwszych niemieckich zawodników. który doskonale opanował technikę jazdy na jednym kole.

– Do tego „wheelie” namówili mnie Amerykanie – Cook oraz Schwartz, których poznałem na zawodach Master of Speedway. Powiedzieli mi, że mnie nauczą, pokażą co, jak trzeba robić i nie można było się wycofać. Jakoś mi to wychodziło, choć i tak najlepiej wychodzi to Amerykanom – kontynuuje Niemiec. 

W wieku lat dziewiętnastu Lausch rozpoczął starty w barwach angielskiego zespołu Oxford, którego barw bronił przez dwa sezony. Jak sam mówi, Anglii w jego żużlowym życiorysie by nie było, gdyby nie świętej pamięci Simon Wigg, który na starty na Wyspach go namówił. 

– W Oxfordzie była wtedy „paczka” naprawdę bardzo dobrych zawodników. Byli Nielsen, Cox i oczywiście Wigg, z którym to właśnie głównie startowałem w parze. Pierwszy rok startów był dla mnie niesamowicie ciężki. To była prawdziwa szkoła życia. W drugim było już  zdecydowanie lepiej. Po sezonie byłem jednym z najskuteczniejszych zawodników ligi ze średnią powyżej dziewięciu punktów w meczu.  Najlepiej do dziś wspominam komplet punktów w meczu przeciwko Belle Vue oraz niesamowity bieg z Michaelem Lee. Parę razy się wyprzedzaliśmy na torze, a ostatecznie to ja okazałem się najlepszy. Nie obyło się jednak bez pecha. Pod koniec sezonu podczas jednego z biegów część motocykla Hansa Nielsena oderwała się od motoru i trafiła w moje przednie koło. Wyleciałem jak z katapulty. Doznałem skomplikowanego złamania nadgarstka i tym samym moja kariera w Anglii się zakończyła. Więcej tam nie wróciłem – dodaje znany tuner. 

W swojej karierze Lausch trzykrotnie zdobywał tytuł indywidualnego mistrza Niemiec. Na arenie światowej, poza wicemistrzostwem świata na długim torze, wielkich sukcesów nie święcił.  Zarówno w finale mistrzostw Europy w Kings Lynn, jak i w finale kontynentalnym w Wiener Neustatdt w klasycznej odmianie żużla miał pecha. W Austrii szanse na start w zawodach i ewentualny debiutancki finał światowy zabrało mu… wesołe miasteczko. 

– W Kings Lynn byłem chyba wtedy faworytem. Z aspiracji jednak nic wtedy nie wyszło, ponieważ w moim pierwszym biegu wjechał we mnie Rosjanin i doprowadził do karambolu. Wepchnął mnie w bandę tak mocno, że musiano ją następnie rozcinać, aby mnie z niej wydobyć. Odwieziono mnie do szpitala. To był w ogóle nieszczęśliwy finał, podczas którego doszło do tragicznego wypadku Szweda Wahlmanna. W Wiener Neustadt odjechałem trening i byłem zadowolony. Wieczorem ktoś rzucił hasło: „jedziemy na Prater do Wiednia”. Pojechaliśmy. Podczas jazdy kolejką górską doznałem, jak się okazało, jakiejś kontuzji stóp. Na tyle dziwnej, że następnego ranka w dniu zawodów nie mogłem nimi ruszać. Skończyło się tak, że pojechałem do Monachium do szpitala, a w finale rywale startowali bez mojego udziału – kontynuuje Lausch. 

Lausch, aby wystartować w finale juniorskim w King’s Lynn musiał odbyć daleką podróż do bułgarskiego Shumen, gdzie odbywał się półfinał tych rozgrywek. 

– Pojechałem wtedy z Tonim Pilotto. We dwóch zawsze raźniej. Niesamowita wyprawa do bloku wschodniego. Katastrofalne drogi, smutni ludzie i cały wymalowany na nowo stadion z setką tak samo ubranych osób. Zrozumieliśmy z Tonim, że oni zostali chyba zmuszeni do prac na stadionie, aby wschód miał się czym pochwalić. Za pierwsze miejsce dostałem drewniany puchar, a drugi zawodnik otrzymał klucz z kryształu. Mieliśmy w samochodzie butelki z colą i pocztówki z autografami, to po zawodach w parkingu działy się dantejskie sceny. Ludzie się o te dobra zabijali – wspomina Lausch.

Niemiec był też jednym z pierwszych obcokrajowców, którzy startowali w polskiej lidze. W 1991 roku zdobywał punkty dla gorzowskiej Stali. W tym samym sezonie w Poznaniu wystąpił wraz z Gerdem Rissem w finale Mistrzostw Świata Par. 

– To był niesamowity finał. Blisko czterdzieści tysięcy widzów na trybunach. Coś niespotykanego. Ja przeplatałem wygrane biegi z tymi, w których przyjeżdżałem ostatni. W drugim starcie nie wytrzymało sprzęgło. Trzeci start wygrałem, czwarty do niczego. To była katastrofa. Podobnie jechał Gerd Riss. Raz dobrze, raz źle. Jestem przekonany do dziś. że gdybyśmy pojechali wtedy równiej. to moglibyśmy wywalczyć brązowy medal, a nawet zagrozić Danii czy Szwecji. Starty w Gorzowie wspominam doskonale, choć pewnie oczekiwano ode mnie więcej. Pamiętam, że w Polsce znalazłem się przez firmę Kessler. Było w tym trochę przypadku. Oni mieli wtedy jeden warsztat w Neuss, ale działali również w Gorzowie. Tam szef firmy spotkał kogoś z gorzowskiego klubu, a jako, że się znaliśmy, zaproponował mi starty w Gorzowie. Na ofertę przystałem. Pojechałem chyba w sześciu czy siedmiu spotkaniach i wspominam Gorzów bardzo dobrze. Pamiętam, że w pierwszym meczu dla Gorzowa miałem olbrzymie problemy sprzętowe. W moim motocyklu co bieg coś się praktycznie psuło. Straciłem najlepszy silnik. Ostatecznie z polską ligą się oswoiłem. W 1991 roku byliśmy chyba czwartym zespołem, rok później wicemistrzem ligi. Niesamowita była oczywiście liczba kibiców na trybunach i jej doping. Coś takiego można spotkać tylko w Polsce – kontynuuje Lausch. 

Od 1992 roku Klaus Lausch zajął się tuningiem silników. Karierę zawodniczą zakończył w roku 1993. Przez lata przygotowywał silniki dla wielu mistrzów świata. 

– „Grzebanie” w silnikach zawsze mnie pociągało. Już jak startowałem na żużlu, to z roku na rok coraz więcej sam robiłem przy swoich motocyklach. Wiedziałem, że jak zakończę karierę, to będę zajmował się silnikami. Mogę powiedzieć, że pracowałem z największymi tego sportu. Robiłem silniki dla Rickardssona, Nielsena, Ermolenki czy Marka Lorama, kiedy oni wygrywali mistrzostwa świata. Było tylu znanych zawodników, że trudno ich zliczyć. Przygotowane przeze mnie silniki szesnaście razy dawały mistrzostwo świata. Co jest najważniejsze, w tej pracy? Ja twierdzę, że nie do końca wyposażenie warsztatu, a zrozumienie potrzeb danego zawodnika i dopasowanie sprzętu pod jego styl oraz charakterystykę zachowań na torze. Mamy teraz regulacje FIM, choćby odnośnie ograniczenia obrotów. Uważam, że nie jest to do końca dobry przepis. Trudniej jest zrobić silnik doskonały. Zobaczymy, w którą stronę to wszystko pójdzie w kolejnych latach. Ja w klasycznym żużlu jestem obecny coraz mniej, w lodowym speedwayu powoli też – komentuje Lausch. 

W 1994 roku to na jego silnikach po pierwszy tytuł mistrzowski sięgnął Tony Rickardsson.Tony zadzwonił do mnie przed finałem i spytał, czy dałbym radę przygotować mu silniki. Było za mało czasu, więc porozmawiałem z Hansem Nielsenem i ustaliliśmy, że te silniki, które Hans odrzuci po treningu w Vojens będzie mógł wypożyczyć Tony. Tak się złożyło, że te „złe” dla Hansa dały mistrzostwo Szwedowi. To najlepiej pokazuje jak ciężko jest dopasować i właściwie silnik ocenić – komentuje Lausch. 

Obecnie Klaus Lausch jest w zespole zajmującym się pracą nad prototypami silników dla motorowego zespołu Ducati. Oczywiście na meczach AC Landshut jest obecny. – W minionym sezonie oczywiście byłem i miałem możliwość współkomentowania dla polskiej telewizji. Klub rozwija się bardzo dobrze i mam nadzieję, że udanie poradzi sobie w pierwszej lidze – podsumowuje Lausch.