Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Już dziś odbędzie się najważniejsza żużlowa impreza w roku. Na PGE Narodowym zasiądzie ponad 50 tysięcy kibiców, aby obejrzeć najlepszych zawodników świata. Z tej okazji o faworytach, wyjątkowości żużla, śledzeniu dyscypliny na małych oraz dużych stadionach rozmawiamy ze stałym bywalcem żużlowych torów, fanem speedwaya, ale też polskim aktorem i prezenterem telewizyjnym – Karolem Strasburgerem.

 

Przed nami kolejna edycja wyjątkowego święta, czyli turniej Speedway Grand Prix w Warszawie. Pan jest dużym fanem czarnego sportu. Żużel pasuje do takiego miejsca jak PGE Narodowy?

To jest temat złożony. Byłem ostatnio na meczu we Wrocławiu, gdy Sparta wygrała GKM-em. To miejsce ewidentnie przeznaczone pod żużlowe widowiska. Jest to stadion mniejszy, ale siedzi się blisko toru. Wszystko ma się na wyciągnięcie ręki i ogląda się lepiej. Pamiętam też pierwsze zawody na PGE Narodowym, gdy mieliśmy sporo problemów z nawierzchnią. Wiadomo, że na torach, gdzie żużel jest od lat łatwiej ten dobry tor przygotować.

Druga strona medalu jest jednak taka, że w Warszawie nie ma żużla i wszyscy są spragnieni. Pojawiają się też nowi kibice. Stadion Narodowy to ogromny obiekt i przyciąga ludzi. Ładnie to po prostu wygląda. Ja pamiętam jeszcze żużel w Warszawie na Stadionie Skry. Potem przymierzali się do żużlu na Racławickiej. Nie ma klubu, więc zostaje ta jedna, wyjątkowa impreza w roku. Jest to wydarzenie dla stolicy.

To dobre miejsce do zarażenia się żużlem?

Czasem ludzi, którzy znają żużel tylko z telewizji namawiam do tego, żeby zobaczyli jak to wygląda na żywo. Nawet nie tylko zobaczyli, ale przede wszystkim powąchali. To jest zupełnie inne przeżycie, bo żużel na żywo jest po prostu piękny smakuje wyjątkowo. Na Narodowym dużo zależy od tego, gdzie mamy miejsce. Im bliżej tego wszystkiego, tym jest większe przeżycie. Podobnie jest z koncertami. Przywilejem każdego widza jest bycie blisko artysty.

Czasem marzymy o pójściu na koncert wielkiego artysty nie na stadion, ale do malutkiej salki…

Otóż to. Pamiętam fantastyczne koncerty, które odbywały się w Sali Kongresowej. To były wydarzenia artystyczne wielkiej klasy. Człowiek siedział jak w teatrze, siedział blisko. Sport to jednak biznes. Wiadomo, że organizatorzy dążą do jak największych wydarzeń, aby mogli zarobić jak najwięcej. Przyznam jednak, że sam jak występuję, to unikam dużych sal. Odległość dobremu kontaktowi nie wpływa. Turniej w Warszawie jest jednak wyjątkowy, gromadzi naprawdę dużą społeczność. Ja zawsze chętnie idę i oglądam. To początek batalii o mistrzostwo świata. Sam jestem ciekaw jak to będzie przebiegało w tym sezonie.

Jedną rundę mamy już za sobą. Bartosz Zmarzlik po raz pierwszy od dawna jest w roli goniącego. Myśli Pan, że to go dodatkowo napędzi?

Ja Bartka trochę poznałem. Miałem go w „Familiadzie” swego czasu. Rozmawiałem parę razy z nim i jego rodziną. Wszyscy mówią, że to człowiek, który sam się do wszystkiego mobilizuje i do niczego go motywować nie trzeba. On wstaje rano, idzie do garażu i kombinuje do wieczora. Trenuje, robi poprawki. Ma w sobie wielką chęć wygrywania. Nie znosi porażek pod kątem sportowym. Widać, że na torze robi wszystko, żeby wygrać i jest do tego przyzwyczajony. Czwarte miejsce w Chorwacji nie powinno być problemem. Ostatnio oglądałem mecz w Częstochowie, to Bartek wyglądał jakby był klasą dla samego siebie. Często przewyższa resztę towarzystwa.

Klątwa PGE Narodowego zostanie w takim razie odczarowana?

Ten stadion nie zawsze Polakom i Bartkowi sprzyjał. Na pewno będzie chciał wygrać. Ja stawiam, że to zrobi i odczaruje klątwę. Rywali ma jednak konkretnych. Jest Jason Doyle, który jeździ agresywnie i na pewno trzeba na niego uważać. Ma bezpardonową chęć wygrywania. Ona jest widoczna u wielu zawodników, ale u niego szczególnie. Żużlowcy w ogóle są tacy, że dużo ryzykują.

To też Pana do żużla przyciąga?

Jest coś szczególnego w tym jak niebezpieczny jest to sport. Kiedyś jak składałem życzenia Bartkowi, to życzyłem mu samych wygranych. Dodałem jednak, żeby nie robić wszystkiego za wszelką cenę. Oni ryzykują naprawdę dużo i są przekonani w stu procentach do tego co robią. To sport dużego ryzyka. Liczy się to kto kogo przetrzyma na nerwy i umiejętności. Zresztą widać to trochę po starszych zawodnikach, gdy łapią do tego wszystkiego trochę dystansu. Tai Woffinden ma małe dzieci, zajmuje się rodziną, pewnie już w te dziury co kiedyś nie wjeżdża. Z pewnością z czasem pojawiają się takie rozważania w głowie czy warto, czy może jednak nie. Jedni wchodzą, inni nie. Bartek akurat jest z tych, którzy zawsze wchodzą.

Z polskich zawodników widzi Pan kogoś, kto może zacząć deptać Bartoszowi po piętach?

Na naszym rynku trzeba na pewno patrzeć na Dominika Kuberę. Patrząc poza Grand Prix, bardzo fajnie wyglądają Piotr Pawlicki czy Kacper Woryna. Oni mają świetne występy, ale bywają nie równi. Podoba mi się to, jak wyglądają na motocyklu. Bartek musi mieć się na baczności, bo mamy paru naprawdę fajnych chłopaków.

To na koniec porozmawiajmy o Pana żużlowych idolach. Którzy zawodnicy sprawili, że Karol Strasburger w tym żużlu się zakochał?

Przede wszystkim Peter Craven. To była największa fascynacja. Taki malutki, rudy zawodnik, który przez swoje umiejętności był naprawdę wielki. Był także świetny Barry Briggs czy niesamowity mistrz Ivan Mauger. Z tego młodszego pokolenia poza Bartoszem na pewno wskazałbym jeszcze Nickiego Pedersena. To taki harpagan.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

Rozmawiał BARTOSZ RABENDA

Dla tych, którzy preferują wywiady wideo, mamy również taką wersję poniżej autorstwa Łukasza Malaki.