Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Jednym z najbardziej znanych fińskich żużlowców jest Kai Niemi. Urodzony w Pori zawodnik dziewięciokrotnie zdobywał tytuł mistrza swojego kraju. Czterokrotnie startował w finałach Indywidualnych Mistrzostw Świata. Żużlowcem został jednak dzięki… Polsce. 

 

Żużlowcem, jak to nierzadko bywa, Niemi został przez przypadek. – Przygodę z motocyklami zaczynałem od motocrossu. Pewnego dnia jeździliśmy ze znajomymi na motocrossie i się zorientowaliśmy, że jakieś 30 kilometrów dalej nasi znajomi są na żużlu. Pojechaliśmy do nich. Byłem młody, wszystkiego ciekawy i postanowiłem spróbować swoich sił na motocyklu żużlowym. Tak to się zaczęło – wspomina Niemi.

Co ciekawe, pierwszy motocykl żużlowy Fin nabył wyłącznie dzięki wyjazdowi do Polski. W 1973 roku Niemi wybrał się na finał światowy do Katowic.

– Klub żużlowy, w którym udzielali się moi znajomi, organizował wyjazd do Katowic. Ja pracowałem wtedy u człowieka, który był jego prezesem. Pojechałem do Polski razem z nimi i nasza znajomość się zacieśniła. W pewnym momencie mój pracodawca zaproponował mi wymianę. Mój motocykl motocrossowy oddaję, a dostaję żużlowy. Zgodziłem się. Zacząłem trenować, a jako że zawodników w Finlandii było mało, już w 1975 roku byłem członkiem reprezentacji podczas spotkań z Rosją oraz Polską. Byłem też „uczniem” w szkole Olego Nygrena w King’s Lynn – kontynuuje  Niemi. 

Fin doskonale zadawał sobie sprawę, że jeżeli chce się rozwijać, musi zacząć ścigać się w lidze angielskiej. – Moja późniejsza żona, Anna, cały czas „męczyła” działaczy King’s Lynn, aby pomogli znaleźć mi miejsce. W końcu wakat znalazł się w zespole White City – wspomina uczestnik finału na Odsal. W Wielkiej Brytanii Fin debiutował 16 czerwca 1976 roku, przeciwko drużynie Wolverhampton. W dwóch biegach zdobył jeden punkt. Swoje starty w Anglii zakończył w 1986 roku w barwach Swindon Robins. 

– Starty w Anglii na pewno pozwoliły na nabycie umiejętności i była to dobra szkoła życia. Sporo mi to dało – mówi czterokrotny uczestnik finałów indywidualnych mistrzostw świata. Jednak to właśnie w Anglii w 1980 roku zdarzył się wypadek, który mógł Fina kosztować nawet życie.

– Miałem problemy z motocyklem. Wjechał we mnie Dennis Sigalos. Wszystko wyglądało dobrze. Wstałem z toru, czułem się normalne. Zobaczyłem jednak że jest krew na torze. Podbiegł do mnie mój mechanik, Gordon Kenneth oraz lekarz. Okazało się, że z ramienia wręcz tryska mi krew. Nie mogli zatamować krwotoku. Poczułem w pewnym momencie, że tracę wzrok, a wszystko, co jeszcze widzę, jest czerwone. Zabrano mnie do szpitala. Straciłem 80 procent krwi. Stan był na tyle poważny, że rodzina podpisywała dokumenty, iż w razie śmierci nie będzie to wina szpitala, ponieważ przed przyjazdem nastąpił zbyt duży ubytek krwi – wspomina Niemi. 

Kai Niemi na tor powrócił zaledwie po dziesięciu dniach. W tym samym roku zdołał jeszcze zakwalifikować się do finału światowego w Goeteborgu. Zajął tam – w swoim debiutanckim starcie – ósme miejsce. 

– W tamtym sezonie byłem w dobrej formie. Nie wiem, o ile bym był lepszy, gdyby nie ta kontuzja. Z czterech światowych finałów najlepiej poszło mi w 1985 roku na Odsal w Bradford. Przed ostatnim startem miałem dziesięć punktów na swoim koncie i realną szansę na podium. Niestety zaspałem start w ostatnim biegu i skończyłem na czwartym miejscu , co jest moim największym indywidualnym sukcesem – mówi Niemi.

Mało kto jednak wie, że występu w finale światowym mogło nie być przez Ole Olsena. To legendarny Duńczyk stał za wydarzeniami, które rozegrały się przed finałem interkontynentalnym w Vetlandzie. Menadżer Duńczyków wpadł na pomysł jak sprawić, aby za Fina w finale wystąpił John Jorgensen.

– Dwa tygodnie przed tymi zawodami miałem wypadek podczas meczu w Ipswich. Złamałem kostkę w prawej nodze. Wtedy była zasada, że jeśli ktoś ma coś złamanego, nie może jechać w zawodach. Zoperowano mi kostkę, szpital po znajomości napisał w dokumentach, że nie miałem złamań. Zaopatrzyłem się w specjalnego buta, w którego mogłem włożyć kostkę tak, aby była unieruchomiona. Olsenowi przedstawione dokumenty, że nie mam złamań, nie wystarczyły. Zażądał, aby mnie zbadano przed zawodami. W obecności przedstawiciela FIM lekarz na żądanie Olsena zaczął ruszać tą kostką. To był jeden z najgorszych bóli jakie doświadczyłem w życiu, ale nie dałem po sobie nic poznać. Orzekli, że mogę jechać. Z tą złamaną kostką zakwalifikowałem się dalej – wspomina Niemi. 

Z Ole Olsenem Fin ścierał się niejednokrotnie do momentu, aż karma wróciła do Duńczyka. 

– Olsen wciąż szukał komu co zarzucić. Raz na zawodach na długim torze oprotestował nasze tłumiki. Innym razem komuś innemu zarzucał nieprawidłowe opony czy używanie innych nieregulaminowych części. Karma wróciła do niego kuriozalnie w Vetlandzie. Podszedł do mnie Barry Briggs i powiedział, że z przedstawicielem FIM jest Ivan Mauger i mam oprotestować tłumik Olsena. Moja żona pobiegła do sędziego zawodów, wyłożyła 400 franków szwajcarskich. Protest przyjęto. Olsen musiał zmienić motocykl. Kolejny był na tyle wolny, że do finału w Los Angeles Duńczyk nie zdołał się zakwalifikować – dodaje Niemi. 

Urodzony w 1955 roku Fin ma za sobą starty w polskiej lidze. W 1992 dwukrotnie pojawił się w barwach tarnowskiej Unii. 

Obecnie Fin mieszka w Bawarii. Jak czas pozwala, to na swoim Harleyu jedzie do swojego domku letniskowego na terenie Czech. Żużel oczywiście obserwuje.

– Rozkoszuję się krajobrazami oraz piwem (śmiech). Myślę, że żużel potrzebuje zmian. Na pewno w temacie tłumików. Moim zdaniem przez nie straciliśmy takich zawodników jak Lee Richardsson czy Darcy Ward. FIM wprowadza wiele przepisów, które tak naprawdę poza faktem istnienia niewiele wnoszą do rozwoju tej dyscypliny. Nie znajduję rzeczy, które byłyby zrobione dla dobra żużla – podsumowuje Niemi.