Jordan Jurczyński. fot. Jarosław Pabijan
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Jordan Jurczyński to postać, która żużel zna z wielu stron. Wychowanek Włókniarza Częstochowa przez sześć sezonów był czynnym zawodnikiem, następnie pracował jako mechanik u wielu uznanych żużlowców, a teraz pomaga młodym adeptom speedwaya.  W obszernym wywiadzie opowiada nam o czasach swoich startów, mówi o trudnych momentach jak poważna kontuzja w Goeteborgu czy śmierć Lee Richardsona, a także zdradza co nieco na temat pracy z zawodnikami, którzy są przyszłością czarnego sportu.

 

Byłeś zawodnikiem i mechanikiem, a teraz pomagasz żużlowej młodzieży. Zacznijmy więc od początku Twojej historii. Skąd pomysł na to, żeby zostać żużlowcem?

Generalnie najważniejsze było to, że wychowywałem się na jednej dzielnicy z Adamem Pietraszko. Chodziliśmy razem do klasy w podstawówce i technikum. On pierwszy zaczął jeździć, a ja dwa lata później stwierdziłem, że zapiszę się do szkółki. Trochę późno to zrobiłem, ale na pewno był to dobry ruch.

Żużlowe koneksje rodzinne jednak również były…

Tak, mój wujek Tomasz Jurczyński jeździł na żużlu, więc jakoś ten sport się u mnie przewijał. Od tego zapisania do szkółki i treningów się zaczęło. Na początku oczywiście byłem poobijany i mocno pozdzierany, ale fajnie było. Te pierwsze lata jazdy to naprawdę miłe czasy i fajnie do nich wracać. To na pewno były dobrze spędzone młode lata.

Wychowałeś się we Włókniarzu i też tam przyszedł pierwszy sezon startów. W 2002 roku wystąpiłeś w 11 biegach, a w sezonie 2003 byłeś tylko rezerwowym. Ekstraliga to były wtedy zbyt wysokie progi?

Pamiętam, że wtedy było sporo swoich chłopaków. Ja jednak nie miałem za bardzo sprzętu, bo byłem na amatorskim kontrakcie. Być może umiejętności też nie były aż tak wysokie jak na Ekstraligę. W klubie byli tacy zawodnicy jak Tomek Jędrzejak, Karol Malecha czy Zbigniew Czerwiński, więc było z kim rywalizować. Oni mieli dobry sprzęt, więc jeździli w lidze, a my byliśmy głównie na młodzieżówki.

2003 rok to złoto dla Włókniarza. Ten krążek, jako rezerwowemu, Ci przyznali czy nie?

Medalu żadnego nie dostałem. Niejednokrotnie w tamtym sezonie byłem rezerwowym, wiec normalnie jak każdy zawodnik musiałem się do zawodów przygotować i cały czas byłem z drużyną. Nie wiem dlaczego, ale tego medalu nie mam. Może ktoś go sobie wziął (śmiech – dop.red.).

A to była decyzja klubowa czy generalnie panowała zasada, że władze rozgrywek nie przyznawały medalu bez określonej liczby startów?

Nie wiem dokładnie jak to było. W każdym razie, nie wiem dlaczego, ale tego medalu nie mam. Trzeba by pytać działaczy, ale ich już nie ma, więc trudno by to było wyjaśnić. Żal na pewno jakiś po tym był. Na taki dzień zawodów trzeba było się normalnie przygotować, przywieźć motocykle. Taki medal do kolekcji na pewno by się przydał, zwłaszcza, że to złoto DMP.

Koniec juniorki i decyzja o odejściu z Częstochowy. Klub nie chciał kontynuować współpracy czy Ty wolałeś zmienić otoczenie?

Kiedyś to było tak, że jak my z Adamem czy Arturem Tomczykiem zdawaliśmy licencję, to myśmy mieli taki dożywotni kontrakt do końca wieku juniora. Nie było opcji, żeby podpisać na rok czy dwa, a właśnie do końca wieku juniora. Z jednej strony to zrozumiałe, bo klub chciał się zabezpieczyć w razie jakby któryś z nas naprawdę się wyróżniał. Z drugiej to było tak, że nas tak trzymali w razie czego. Nie mogliśmy iść wcześniej do innego klubu i szkoda, bo tak moglibyśmy jeździć gdzieś w drugiej albo pierwszej lidze i się rozwijać. Tak siedzieliśmy i jeździliśmy tylko młodzieżówki. Po tym wieku juniora nas posprzedawali za jakieś śmieszne pieniądze. Pamiętam, że ja z Arturem Tomczykiem poszliśmy do Łodzi, a Adam trafił do Opola.

Dlaczego więc na tę Łódź się zdecydowałeś? Inne oferty też były?

Z tych drugoligowych ekip to chyba wszystkie kluby się wtedy po nas zgłaszały. Łódź wybrałem przez to, że po prostu jest blisko. Miałem na stadion 130 kilometrów, więc rzut beretem. Można było jechać na trening i spokojnie sobie wrócić do domu.

Czyli mieszkałeś cały czas w Częstochowie. Nie było złych relacji z klubem po tym Waszym rozstaniu?

Tak, mieszkałem, a nawet trenowałem w Częstochowie. Problemów żadnych z tym nie było. Ja nie mogę złego słowa powiedzieć na Włókniarz, czy to na klub czy działaczy. To byli w porządku ludzie. Także ten częstochowski okres też w gruncie rzeczy dobrze wspominam.

W Łodzi były dwa sezony. Oba niezłe, ale ten drugi można określić mianem naprawdę dobrego. Średnia 2,275 punktu na bieg. Ta zmiana wyszła więc na dobre…

Ten pierwszy sezon był takim przejściowym i jakimś świetnym bym go nie określił. Na początku byłem takim zawodnikiem drugiego planu, startowałem z zewnętrznych pól, więc łatwo nie było. Potem jakoś przebijałem się do składu, było coraz lepiej, więc w sumie to był to taki w porządku rok jak na debiut w gronie seniorów. Później rozjeździłem się i w tym drugim sezonie byłem prowadzącym parę. Zawsze na dzień dobry były pola wewnętrzne. Kojarzę, że już wtedy podchodziłem do tego mocno na luzie. Jakbym się bardziej skoncentrował, to może byłoby jeszcze lepiej i nikt by mnie nie złapał wtedy w tej 2. Lidze.

Zatem ten brak ekstraligowej presji sprawił, że te wyniki były tak dobre?

Może nie chodzi o to, że w 2. Lidze było jakoś całkiem luźno, ale po tych zwycięstwach nabierało się takiej pewności siebie. Wiadomo, że jak jeździsz w każdym spotkaniu to jesteś spokojny. Nie walczysz o skład i masz po prostu czystą głowę. Siadałem, podjeżdżałem pod taśmę i czułem, a właściwie wiedziałem, że wygram. Byłem dobrze nastawiony psychicznie. Fizycznie też było dobrze, bo katowaliśmy się razem i trenowali mnie śp. Jan Drapak czy Piotr Ruszel. Właściwie to fizycznie niszczyłem rywali. Działo się tak przez to, że tor w Łodzi był bardzo wymagający. Tam mieliśmy takie kartoflisko, zupełnie inne od tych torów, które są teraz twarde i równiutkie. Wtedy na prostej potrafiła być taka hopa, że ze startu do wejścia w powietrzu się leciało. Trzeba było ten tor poznać, ale jak już ktoś się go nauczył, to był na nim naprawdę mocny. Przyjezdni mieli z tym problem, a ja sobie tam latałem.

Warunki fizyczne kiedyś były więc dużo ważniejsze niż dzisiaj…

Zdecydowanie. Teraz się trochę pozmieniało. Wszystko poszło do przodu, wygląda to nieco inaczej, bo w drugiej lidze też potrafią jeździć duże nazwiska. Wtedy jak w Łodzi ktoś mi uciekł ze startu, to ja wiedziałem, że go dopadnę, bo gość puchnął po trzech kółkach. Widziałem, że się ogląda czy panikuje i można było śmiało wyprzedzać. Kondycja była bardzo ważna. Na takim ciężkim torze sprzęt takiej roli nie odgrywał. Musiała być forma, bo organizmu się nie oszuka. Pamiętam, że niejeden z nas miał tak, że potrafiły się łapy otwierać w trakcie biegu i się nad tym nie panowało.

A lepszy sprzęt też się pojawił już za czasów seniorskich?

Tak. Już od tego pierwszego sezonu w Łodzi był ze mną pan Adam Jędrzejek z firmy AjexPol. On mi we wszystkim pomagał i bardzo mu za to dziękuję. To dzięki niemu też te wyniki były. W pewnym momencie miałem nawet pięć kompletnych motocykli i do tego dwa silniki zapasowe.

To jak żużlowcy na Grand Prix…

Właściwie to tak. W warsztacie stało pięć pełnych motocykli. Z nich trzy były nowe, a dwa używane, ale wszystko po remoncie. Byłem przygotowany sprzętowo bardzo dobrze.

Po tym jak się prezentowałeś w Łodzi nie było telefonów z Włókniarza, żebyś może wrócił?

Wtedy akurat Mateusz Szczepaniak jeździł w Częstochowie jako senior. Chyba nawet Sławek Drabik kiedyś wspominał, że szkoda, że mnie tam nie było, bo złapałem wtedy kapitalną formę. Właściwie to pamiętam, że jeden silnik miałem właśnie od Drabola. Jeździłem na nim świetnie aż wybuchł mi na ćwierćfinale mistrzostw Polski. Uciekł mi wtedy półfinał, bo na drugim czy trzecim okrążeniu on padł i nic z niego nie zostało. Dobry to był silnik. Sławek z kolei latał na nim we Wrocławiu, gdy miał taki dobry sezon.

Potem był ten krótki epizod w Gnieźnie i bardzo niemiła historia, czyli wypadek w Szwecji. Tamten moment dziś też się ciężko wspomina?

Trochę tych wypadków w swojej karierze. Jedne wyglądały bardzo groźnie, a inne mniej. Większość z nich kończyła się jednak na jakimś złamaniu palca, otarciach czy poobijaniu. Nie było jednak żadnych poważnych kontuzji, a tu się zdarzyła naprawdę poważna. Tamto zdarzenie mnie właściwie wyhamowało.

To były zawody w lidze szwedzkiej w Goeteborgu…

Dokładnie tak. Sędzia w ogóle nie powinien wtedy puścić tych zawodów, bo przed nimi mocno padało przez dwa dni. Po tym moim dzwonie przerwano zawody i koniec. Nie do końca pamiętam jak to było, ale wiem, że stało się to na pierwszym łuku. Wyjechałem dobrze ze startu, ale sczepiłem się z kimś motocyklem. Przyrżnąłem porządnie za dmuchaną bandą i prawie mi łapę urwało. Właściwie to wisiała na plecach, bo była wyrwana z barku. Jak leżałem na torze, to widziałem lewą rękę, a prawej nie. Na szczęście okazało się jednak, że ta ręka była. W Szwecji mi tę rękę naprawili, ale boli mnie do dziś. Jednak mam ją, więc mogę się z tego cieszyć.

Mimo tak tragicznego wypadku, możliwości powrotu na tor jednak były. Co zdecydowało, że tak szybko, bo już w wieku 24 lat, karierę zakończyłeś?

Byłem już tym trochę zmęczony. Miałem też pewne swoje problemy. W sumie tak patrząc z perspektywy czasu, to niepotrzebnie zrezygnowałem z tego żużla. Mogłem przeczekać ten kryzys i śmigać do tej pory. Wiadomo jednak, że człowiek inaczej myśli jak ma 23 lata, a inaczej jak ma 39. Jest inne podejście. Żałuję, ale to była jednak fajna przygoda. Mogło też oczywiście się skończyć inaczej, bo żużlowcy różnie kończą swoje przygody, więc chyba najgorzej nie było.

Zazwyczaj żużlowcy jak szybko kończą kariery, to po zakończeniu wieku juniorskiego. U Ciebie stało się to trochę później.

Faktycznie najczęściej tak jest. Chłopcy do tego 21 roku życia mogą śmiało sobie jeździć. Mają zawsze dużo zawodów. Młodzieżówki, Brązowe Kaski, Srebrne Kaski, Ligę Juniorów, a do tego starty w lidze. Później jednak, jak się taki junior mocniej nie wybije do wieku 21 lat, to ma ciężko. Wtedy po tych amatorskich kontraktach nie stać ich na dobry sprzęt, tułają się po drugich ligach i w końcu kończą przygodę, bo sponsorów też nie ma.

fot. archiwum prywatne

Po skończeniu z karierą zawodniczą obraziłeś się na chwilę na żużel? Mechanikiem zostałeś po pewnej przerwie.

Obrazy po tym żadnej nie było. Ta przerwa też nie była długa. Ja po prostu przez ten czas nie mogłem tą ręką ruszać. Dopiero potem doszła ona do takiej lepszej sprawności. Potem zaczynałem mechanikowanie w Anglii u Kennetha Bjerre. On wtedy jeździł w Peterborough. Ogarniałem mu sprzęt na ligę angielską i był zadowolony z mojej pracy. Tak to się zaczął ten drugi rozdział.

Potem byli kolejni zawodnicy…

Tak, następnie odezwał się do mnie Hans Andersen, który wtedy jeździł w Grand Prix. Robiliśmy wtedy też polską, szwedzką i czasem angielską ligę. Roboty było naprawdę sporo.

Współpracowałeś również z Lee Richardsonem.

On był troszkę później, ale zgadza się. To był ogólnie zarąbisty koleś. Szkoda, że to wszystko tak się potoczyło, ale już się czasu nie cofnie. Przykre to jest. Mile go wspominam, zresztą chyba jak wszyscy. On zawsze się wydawał sympatyczny, więc tak można i trzeba go wspominać. Z Lee jednak ta współpraca była krótka, bo ten pamiętny wypadek był 13 maja, a ja pracowałem u niego pierwszy sezon, więc to było kilka miesięcy.

Przytrafiła Ci się więc kolejna tragiczna żużlowa historia. Najpierw Twój wypadek w Goeteborgu, a potem wypadek Lee…

Niemile się wspomina te chwile. Ja też wtedy myślałem, że się obejdzie na jakimś złamaniu czy czymś podobnym. Nikt nie myślał, że dojdzie do takiej sytuacji. Tragedia olbrzymia. Tym bardziej, że Lee miał trójkę dzieci. To było w tym najstraszniejsze.

W momencie wypadku, gdy byłeś w parkingu, od razu czułeś, że jest źle, czy dopiero chwilę później napłynęły do Ciebie te informacje?

W sumie to ten wypadek był dość specyficzny. Widziałem wiele powtórek w telewizji i to nie wyglądało tak niebezpiecznie. Na stadionie huk był jednak potężny. On chyba trafił na słupek i łączenie dwóch elementów bandy. Upadek nie był zamortyzowany i to było najgorsze. Następnie pojechałem do szpitala. Pamiętam, że wyszła do nas pielęgniarka i w worku miała jego rzeczy. Był kombinezon, buty, wszystkie ochraniacze. Powiedziała nam, że zmarł. Potem rzuciła ten worek. Trochę słabo to wyglądało, było to straszne. Najbliżej tych wydarzeń byliśmy ja i Darek Łapa. Potem trzeba było to wszystko przekazać żonie Lee, ale ja tego nie zrobiłem, chyba bym się nie odważył.

Po tej historii zrobiłeś sobie przerwę od żużla czy dalej pracowałeś?

Nie, takiego rozstania z żużlem nie było. Wiadomo, że człowiek był rozpieprzony, siedział w domu i zamulał, bo co zrobić po czymś takim. Od żużla jednak nie odszedłem. Pojawił się niedługo później Borys Miturski i młody Dróżdżyk (Damian Dróżdż – dop.red.). Do tego był jeszcze Rysiek Holta. Rysiek miał u mnie w domu warsztat, wynajmował go ode mnie. Byłem cały czas przy żużlu, ale nie ukrywam, że po tym wszystkim to miałem go już troszeczkę dosyć.

Ciebie uważa się właściwie za tego, który odkrył Damiana. Ostatni sezon w Wilkach był dla niego całkiem dobry. Twoim zdaniem on może jeszcze osiągać świetnie wyniki w tym sporcie?

Damian to jest syn mojego dobrego znajomego z dzielnicy. Znam go właściwie od szesnastego roku życia, a pamiętam już chyba jak miał z osiem lat. Mieszka niedaleko. Moim zdaniem on głupio zrobił, że jeździł na rezerwie w Ekstralidze. Zmarnował sobie trochę te dwa lata. Tak chciał, ale kończąc wiek juniora powinien iść do pierwszej ligi jak chociażby Marcin Nowak, który teraz tam sobie radzi całkiem nieźle. Po tym poprzednim sezonie to myślę jednak, że Damian spokojnie mógłby w tej pierwszej lidze koło dziesięciu punktów robić.

Teraz będzie Rawicz, a więc ponownie klub drugoligowy.

Ja myślę, że on nie powinien siedzieć za długo w drugiej lidze, ale to jest tylko moja opinia. On wie, co dla niego najlepsze. Życzę mu jak najlepiej, oby ten sezon dobrze poszedł. Świetnie jakby mu się udało awansować do pierwszej ligi i zostać w drużynie, bo szczerze mówiąc nie rozumiem tego ruchu Krosna, że zmontowali fajną ekipę, wygrali nią ligę i nagle wszystko pozmieniali. Dla mnie tamtym składem mogli namieszać w lidze.

A z jakimi zawodnikami pracujesz teraz?

Od poprzedniego sezonu współpracuję z Przemkiem Liszką. On w zeszłym roku trochę mało jeździł, ja uważam, że powinien być w składzie częściej. Teraz ten skład wygląda tak, że powinien być w każdym meczu. Jesteśmy na to przygotowani. Można powiedzieć, że w zeszłym roku się docieraliśmy, ja chciałem zobaczyć co Przemek sobą reprezentuje. Potencjał na pewno ma. Potrafi dobrze wystartować. We Wrocławiu powinien sobie radzić bardzo dobrze. Zwłaszcza, że ma przed sobą ostatni wiek juniora.

Przemek wydaje się jak na swój wiek bardzo dojrzałym zawodnikiem. To też zadecydowało o tym, że zaczęliście współpracować?

Zdecydowanie tak. Przemek jest bardzo ułożony, podobnie jak ludzie wokół niego. To jest bardzo ważne. Nikomu w jego otoczeniu nie odbija. Jak jeżdżę do Wrocławia, to śpię u nich w domu i jest to bardzo sympatyczna rodzina. To mądry, poukładany, ambitny chłopak, który wie czego chce. Warto mu dać trochę wskazówek. Będę się starał w stu procentach mu pomóc. Co z tego wyjdzie? To sezon i kolejne lata zweryfikują.

Właśnie, myślisz więc, że on utrzyma się w PGE Ekstralidze czy będzie musiał poszukać angażu w niższej lidze?

Tu nie ma co się czarować. Ekstraliga jest najsilniejszą ligą na świecie. Nazwiska jakie tam jeżdżą mówią same za siebie. Trudno jest stanąć takiemu młodemu chłopakowi z Taiem Woffindenem, Maćkiem Janowskim, Nickim Pedersenem czy Artiomem Łagutą. Taki junior to musi mieć naprawdę wielkiego farta, aby dobrze wystartować i potem uciekać i się na resztę nie oglądać. Ci najlepsi zawodnicy sprzęt mają niesamowity, a do tego w stu procentach ten sprzęt wykorzystują. Myślę, że na jego miejscu poszedłbym do niższej ligi, przynajmniej na ten pierwszy sezon. Dobrze, żeby miał zapewnioną jazdę, a nie siedzenie na ławce. Może dobrą opcją byłaby też liga szwedzka. Ważne, żeby cały czas jeździł. Wtedy się wsiada na ten motocykl jak na rower. Spójrzmy na zagranicznych zawodników. Przed pandemią oni potrafili robić naprawdę niesamowite liczby zawodów w sezonie. Zresztą z naszymi zawodnikami kiedyś też było podobnie. Chociażby mój dobry kolega Sebastian Ułamek. On siedział sześć dni w tygodniu na motocyklu. To był najbardziej zarobiony koleś w Polsce.

Z innymi kolegami z tej żużlowej rodziny utrzymujesz bardzo dobry kontakt, czy tylko z Sebastianem Ułamkiem?

Z Sebastianem na pewno ten kontakt jest najlepszy. Widujemy się praktycznie codziennie, często jesteśmy na telefonie, jeździmy też do siebie. Kontakt mam też z Oskarem Polisem, bo jemu Sebastian pomaga. Do tego są jeszcze Borys Miturski i Mateusz Borowicz. Wiadomo, że jak jadę na zawody to trochę pogadam z różnymi chłopakami, ale w takim stałym kontakcie jestem z tymi chłopakami, których wymieniłem.

fot. archiwum prywatne

To już tak na koniec. Żużel widziałeś z wielu stron. Która strona tego sportu jest więc najlepsza?

Chyba bankiety (śmiech – dop.red.).

Czyli kariera zawodnicza…

Nie no, tak mówiąc poważnie, to jest to wielka pasja. Wiadomo, że na żużlu nikt normalny nie jeździ. Coś chyba trzeba mieć z głową, żeby się w to bawić. Taki zwykły śmiertelnik raczej na żużlu się nie odnajdzie. Myślę, że to jest we krwi. Mamy grono ludzi, którzy jeżdżą, pracują przy tym, ale jest to dość zamknięty krąg. Każdy jednak tu się szanuje. Czasem mam dosyć, ale jak już jest ta zima, to człowiek nie może się doczekać. Wyczekuje się treningów, potem sparingów i meczów ligowych. Bez tego ciężko by mi było żyć.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Dzięki również. Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Rozmawiał BARTOSZ RABENDA

*wywiad pierwotnie opublikowany 14.03.2021 r.

5 komentarzy on Żużel. Jordan Jurczyński: Niepotrzebnie zrezygnowałem z jazdy na żużlu. Wypadki moje i Lee wspomina się ciężko (WYWIAD)
    R2R
    14 Mar 2021
     9:13pm

    Wyjątkowy pech. Po dobrym sezonie w Łodzi facet odszedł, a tam akurat weszli do gry Skrzydlewscy i utworzyli nowy klub. Jordan mając opanowany tor, obfitość dobrego sprzętu i średnią grubo ponad 2pkt. miał w ręku wszystkie asy, żeby podpisać dobry kontrakt…..no ale kto mógł przewidzieć?

Skomentuj

5 komentarzy on Żużel. Jordan Jurczyński: Niepotrzebnie zrezygnowałem z jazdy na żużlu. Wypadki moje i Lee wspomina się ciężko (WYWIAD)
    R2R
    14 Mar 2021
     9:13pm

    Wyjątkowy pech. Po dobrym sezonie w Łodzi facet odszedł, a tam akurat weszli do gry Skrzydlewscy i utworzyli nowy klub. Jordan mając opanowany tor, obfitość dobrego sprzętu i średnią grubo ponad 2pkt. miał w ręku wszystkie asy, żeby podpisać dobry kontrakt…..no ale kto mógł przewidzieć?

Skomentuj