Główny partner portalu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Corocznie jedenasty listopada jest jednym z tych dni – obok trzeciego maja i piętnastego sierpnia – kiedy Polacy manifestują swój patriotyzm. Jednocześnie w przeciwieństwie do Świąt Konstytucji 3 Maja i Wojska Polskiego, Narodowe Święto Niepodległości nie koliduje z bieżącymi wydarzeniami w świecie naszego ukochanego sportu. Z tej okazji przypominamy jedenaście wybranych przez nas wydarzeń, w których Polacy, za sprawą żużlowej husarii, mogli z nieskrywaną dumą odsłuchać swoją narodową Pieśń.

1. 3 września 1961 roku – zwycięstwo reprezentacji Polski w finale Drużynowych Mistrzostw Świata

Pierwszy wielki triumf polskiego speedwaya. W zainaugurowanych rok wcześniej w Goeteborgu Drużynowych Mistrzostwach Świata Polacy zajęli ostatnie, czwarte miejsce, jako jedyny z zespołów startujących w szwedzkim finale nie musząc przechodzić przez sito eliminacyjne. Jak tłumaczy Grzegorz Drozd, przyczyna takiego stanu rzeczy tkwiła w podzieleniu eliminacji europejskiej strefy kontynentalnej na dwa półfinały. W jednym startowały Czechosłowacja, RFN, Austria i Holandia, zaś w drugim – Polska, NRD, Jugosławia, Węgry. O ile zawody w Pilznie odbyły się bez większych zakłóceń (chociaż tylko Czechosłowacy zebrali pełny, pięcioosobowy skład), o tyle na zawody wyznaczone w Polsce nie stawili się nasi rywale, wobec czego awans do finału uzyskali Biało-Czerwoni. W nim nie byli w stanie skutecznie rywalizować z rywalami, gromadząc ponad dwa razy mniej punktów od przedostatnich Czechosłowaków (7 przy 15 sąsiadów z południa).

Zupełnie inaczej zaprezentowali się rok później. Z kompletem 48 punktów rozgromili Związek Radziecki, Bułgarię i Niemiecką Republikę Demokratyczną, a w finale, po – jak wspomina Robert Noga – jednym z najlepszych spektakli w dziejach Drużynowych Mistrzostw Świata, o jeden punkt pokonali Szwedów. W ramach ciekawostki warto wspomnieć, że zawody opóźniły się o… cztery godziny. Pierwotnie zaplanowane na godzinę 15:00, musiały zostać przesunięte ze względu na opóźnienie samolotu Szwedów i Brytyjczyków. Z dzisiejszej perspektywy nie robi to aż tak wielkiego wrażenia, jednak zważywszy na problemy z oświetleniem Stadionu Olimpijskiego (mianowicie jego brak), odjechanie tych zawodów stanęło pod znakiem zapytania. Ostatecznie udało się znaleźć rozwiązanie – wzdłuż siatki ogradzającej tor ustawiono samochody z zapalonymi światłami…

Florian Kapała, Henryk Żyto, Marian Kaiser, Mieczysław Pułokard, Stanisław Tkocz oraz Konstanty Pociejkowicz i Antoni Woryna w eliminacjach – to ci zawodnicy napisali pierwszy rozdział w złotej historii polskiego żużla.

Od lewej: Henryk Żyto, Marian Kaiser, Stefan Kwoczała, Mieczysław Połukard przed finałem IMŚ w 1960 roku. Wembley. Z tego grona jedynie Kwoczała – ze względu na złamanie podstawy czaszki podczas zawodów o Złoty Kask – nie reprezentował Polski rok później w zwycięskim finale DMŚ. Zastąpili go Florian Kapała i Stanisław Tkocz. Foto: John Somerville Collection

2. 11 lipca 1971 roku – zwycięstwo reprezentacji Polski w finale Mistrzostw Świata Par

Również w drugiej edycji Mistrzostw Świata Par, tak jak i w przypadku Drużynowych Mistrzostw Świata, Polacy wywalczyli swoje pierwsze złoto. Co wręcz niewiarygodne, pierwsze i, jak dotąd, ostatnie. Jakkolwiek organizatorzy Speedway of Nations stają na głowie, by nie łączyć obecnej formuły z tą praktykowaną w latach 1970-1993, ciężko nie wiązać ze sobą bliźniaczych formatów parowych. A te, w przeciwieństwie do “drużynówek”, nigdy nie należały do specjalności Polaków.

Niemniej druga edycja zmagań była w wykonaniu Polaków popisowa. Nasz kraj na rybnickim torze reprezentowali wówczas miejscowe bożyszcze, Andrzej Wyglenda, oraz, dosyć niespodziewanie, 22-letni Jerzy Szczakiel z Opola. – Tamte mistrzostwa odbywały się w Rybniku. Byliśmy z Jurkiem umówieni, że on jedzie po zewnętrznej, a ja po wewnętrznej. Powodem takiej decyzji było to, że to on był młodszy, mniej doświadczony, ale rozumieliśmy się na torze – opowiadał niedawno na naszym portalu bardziej doświadczony z duetu Polaków, choć nie ukrywał, że po czterdziestu dziewięciu latach ciężko mu przywołać wszystkie szczegóły historycznej imprezy.

Zdecydowanie więcej na temat tych zawodów pamiętał Szczakiel, który swoimi wspomnieniami dzielił się w 2013 roku w rozmowie z Jakubem Pieczatowskim dla portalu speedwayeuro.com (http://speedwayeuro.com/pl/news/n/9/www.iforbet.pl). – Przyznam, że początkowo nie chciałem jechać na te zawody, bo bałem się, że mnie nie wystawią, że partnerem Andrzeja Wyględy będzie Antoni Woryna. Nie byłem pewny, że to ja dostanę szansę, a rezerwowych wtedy nie było. Ale jednak postawiono na mnie. Wystartowałem i przeżyłem jeden z najpiękniejszych momentów w mojej sportowej karierze – wspominał przyszły indywidualny mistrz świata. Ciężko się z nim nie zgodzić – w końcu Polacy wygrali z kompletem punktów (tak Szczakiel, jak i Wyglenda zdobyli po piętnaście oczek), co w kolejnych latach udało się powtórzyć wyłącznie Amerykanom w 1982 roku.

Andrzej Wyglenda w towarzyskim meczu Wielka Brytania – Polska, rozegranym 1 sierpnia 1966 roku w Coventry. Podopieczni Tadeusza Trawińskiego przegrali 51:57, a Wyglenda był najskuteczniejszym z Polaków, zdobywając dwanaście punktów. Foto: John Somerville Collection

3. 2 września 1973 roku – zwycięstwo Jerzego Szczakiela w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata

Jeden z bohaterów finału Mistrzostw Świata Par z 1971 roku dwa lata później okazał się być bohaterem najbardziej prestiżowego czempionatu w świecie speedwaya. Sensacyjna wiktoria Jerzego Szczakiela w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata odmieniana była przez wszystkie przypadki dwa miesiące temu, a to wszystko za sprawą śmierci mistrza z Grudzic. Śmierci, która nadeszła dzień przed rocznicą 47. najwspanialszej chwili w sportowej karierze Szczakiela.

Opolanin rozpoczął zmagania w chorzowskim Kotle Czarownic od trzech zwycięstw, w drugiej serii przywożąc za swoimi plecami Ivana Maugera. Mało tego, Szczakiela i Nowozelandczyka rozdzielił Paweł Waloszek, wobec czego jeden z najlepszych żużlowców w dziejach tracił do bohatera wieczoru dwa punkty. Ostatecznie fazę zasadniczą obaj zakończyli z trzynastoma punktami, gdyż Szczakiel w ostatnich dwóch startach dojeżdżał do mety jako drugi zawodnik (porażki z Ole Olsenem i z Grigorijem Chłynowskim). W najważniejszym starcie wieczoru – biegu dodatkowym o złoty medal – to jednak 24-letni wówczas Polak pokonał Maugera, który próbując atakować rywala zanotował upadek. Podium uzupełnił inny Polak, młodziutki, 20-letni Zenon Plech.

Skrót finału IMŚ. Bieg dodatkowy o złoty medal od 15:04.

4. 20 maja 1995 roku – zwycięstwo Tomasza Golloba w finale Grand Prix we Wrocławiu

W naszym zestawieniu przesuwamy się o ponad dwadzieścia lat naprzód. Druga część lat siedemdziesiątych i lata osiemdziesiąte nie obfitowały w sukcesy Polaków na arenie międzynarodowej. Poza pojedynczymi przebłyskami jak srebro Zenona Plecha w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata w 1979 roku w Chorzowie (lepszy był tylko Ivan Mauger, kompletujący swój szósty, ostatni złoty krążek w karierze) czy brąz w Mistrzostwach Świata Par – również w Chorzowie – Zenona Plecha i Edwarda Jancarza w 1981 roku, polski żużel został w światowej hierarchii wyprzedzony przez inne, tak egzotyczne z dzisiejszej perspektywy nacje jak Niemcy czy Węgry.

Powiew świeżości przyniosło dopiero pokolenie zawodników urodzonych na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, do którego zaliczać można Sławomira Drabika, Piotra Śwista czy braci Gollobów. Szczególnie za sprawą młodszego z duetu bydgoszczan polski speedway zaczął wracać na salony. To właśnie Tomasz Gollob był jedynym reprezentantem Polski w debiutanckiej odsłonie Grand Prix w 1995 roku. Co ciekawe, przepustkę do żużlowego Hollywood wywalczył… dwa lata wcześniej, bowiem do udziału w cyklu uprawniało go siódme miejsce w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata z 1993 roku.

Pierwsza, historyczna runda Grand Prix, odbyła się na jednym z najważniejszych obiektów w dziejach nie tylko polskiego, ale też światowego żużla – na wrocławskim Stadionie Olimpijskim. W niej, oprócz Tomasza Golloba, mogliśmy kibicować Dariuszowi Śledziowi, który został nagrodzony dziką kartą uprawniającą do zaprezentowania się 20 maja 1995 roku na największej żużlowej scenie. Zawodnik WTS-u spisał się solidnie, zajmując dziesiąte miejsce, jednak całe show skradł mu młodszy o dwa lata rodak. Gollob okazał się najlepszym zawodnikiem dnia, w finale pokonując tuzy światowego żużla – Hansa Nielsena, Chrisa Louisa i Marka Lorama. W dalszej fazie sezonu forma bydgoszczanina pikowała i ostatecznie nie udało mu się zachować miejsca w Grand Prix na kolejny rok, jednak z pewnością pierwsze szlify w cyklu okraszone wrocławskim zwycięstwem pomogły w osiągnięciu późniejszych sukcesów.

5. 4 sierpnia 1996 roku – zwycięstwo Piotra Protasiewicza w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów

W latach 2011-2020 Polska całkowicie zdominowała Indywidualne Mistrzostwa Świata Juniorów. Siedem złotych, osiem srebrnych i trzy brązowe medale pokazują, jak bardzo nasi młodzieżowcy dystansują swoich rówieśników z zagranicy. Powiedzieć, że nie było tak od początku rozgrywania światowego czempionatu, to jak nic nie powiedzieć. Na pierwszy medal musieliśmy czekać aż do jedenastej edycji zmagań, bowiem dopiero w 1987 roku Piotr Świst na torze w Zielonej Górze wywalczył srebrny krążek, okazując się słabszym tylko od późniejszego czempiona globu w wydaniu seniorskim, Gary’ego Havelocka.

Sukcesu Twisty’ego nie należy traktować w kategoriach przełamania złej passy. Na kolejny medal w tych zmaganiach musieliśmy czekać aż do 1996 roku. Był to ostatni rok startów w gronie młodzieżowców innego wielkiego talentu z dzisiejszego województwa lubuskiego, Piotra Protasiewicza. Po szybkim przerośnięciu Falubazu i transferze do hegemona ówczesnej 1. Ligi – Sparty-Polsat Wrocław – przed zielonogórzaninem zaczęto stawiać coraz ambitniejsze cele. O ile na niwie krajowej były one realizowane, o tyle finał IMŚJ w 1995 roku musiał on spisać na straty. Pomimo dziesięciu punktów po czterech seriach (3,3,2,2), jeden słabszy występ w ostatnim wyścigu zawodów sprawił, że Pepe zajął dopiero siódme miejsce, z poziomu parku maszyn obserwując koronację Jasona Crumpa. W Tampere wystartowali także dwaj inni reprezentanci Polski – Rafał Dobrucki (miejsce jedenaste – 1,1,1,1,2) i ostatni Waldemar Walczk (0,u,0,u,0).

Czego nie udało się dokonać 20-letniemu Protasiewiczowi, udało się Protasiewiczowi 21-letniemu. Rok później zawodnik wrocławskiego klubu, który po trzech latach dominacji w kraju musiał odstąpić miejsce na tronie Włókniarzowi Częstochowa, we wspaniałym stylu zwyciężył w bawarskim Olching. U boku kompletnego Polaka miejsca na podium zajęli drugi Ryana Sullivan oraz trzeci Jesper Bruun Jensen (startujący w późniejszych latach pod nazwiskiem żony – Monberg).

6. 15 września 1996 roku – zwycięstwo reprezentacji Polski w finale Drużynowych Mistrzostw Świata

W 1969 roku w Rybniku Polacy wywalczyli czwarty tytuł drużynowych mistrzostw świata w dziesiątej edycji zmagań. Pozostałe tytuły przypadły Szwedom i – tylko jeden – Brytyjczykom. Kto by się spodziewał, że ówczesna potęga światowego speedwaya na kolejny złoty krążek będzie musiała czekać dwadzieścia siedem lat, a na krążek z dowolnego kruszcu czternaście?

Po wywalczeniu brązowych medali w 1980 roku we Wrocławiu przez Romana Jankowskiego, Zenona Plecha, Edwarda Jancarza, Andrzeja Huszczę i Jerzego Rembasa, rozpoczęła się kilkunastoletnia seria porażek i upokorzeń polskiego speedwaya na arenie międzynarodowej. Dopiero w 1994 roku w niemieckim Brokstedt bracia Gollobowie i Dariusz Śledź wywalczyli srebrne medale Drużynowych Mistrzostw Świata, przegrywając o trzy punkty ze Szwedami. Na uwagę zasługuje fakt, że młodszy z Gollobów był najlepszym zawodnikiem turnieju (3,3,1,3,3,3).

Dwa lata później, również w Niemczech, tyle że w Diedenbergen, Tomasz Gollob ponownie był najskuteczniejszym zawodnikiem imprezy, ale tym razem mógł liczyć na większe wsparcie partnerów, a właściwie partnera. Już w pierwszym wyścigu zawodów kontuzji doznał Piotr Protasiewicz, którego zastąpić musiał Sławomir Drabik. Zmiana indywidualnego mistrza świata juniorów na indywidualnego mistrza Polski – jakkolwiek nie patrzyć na pech Protasiewicza – wyszła trenerowi Marianowi Spychale na dobre. Do zwycięstwa potrzeba była także odrobina szczęścia w postaci… bojkotu zawodów przez część rywali.

– Szansa na zwycięstwo pojawiła się dość niepodziewanie, bo tuż przed imprezą najlepsi zawodnicy świata zbojkotowali tę imprezę. Powodem był sprzeciw wobec decyzji FIM, która niespodziewanie zakazała startów na tylnych oponach z bieżnikiem, a zamiast nich wprowadziła łyse opony, które my nazywaliśmy czekoladkami. Ten zabieg miał na celu ograniczyć osiągane przez nas prędkości. Coś chyba poszło nie tak, bo największą różnicą była słabsza kontrola nad motocyklem i dużo większe ryzyko odniesienia poważnej kontuzji. Miało być więc lepiej, a wyszło jak zwykle. Najlepsi żużlowcy świata się zbuntowali, ale my byliśmy daleko od tych spraw, bo od dawna nie mieliśmy zawodnika w światowej czołówce, a nasi działacze uczyli nas, że na nic nie mamy wpływu. Gdyby te zawody odbywały się dzisiaj, to jestem przekonany, że także my zbojkotowalibyśmy ten finał – relacjonował na łamach “Przeglądu Sportowego” Drabik.

Legenda Włókniarza Częstochowa opowiadała też, że ten nie lada sukces nie spotkał się z dużym zainteresowaniem w świecie polskiego sportu. – Mylą się jednak ci, którzy myślą, że po takim triumfie byliśmy witani przez polityków, a w naszych miastach rozwijano przed nami czerwone dywany. Być może ktoś zauważył nasze zwycięstwo, choć szczerze mówiąc ja tego specjalnie nie odczułem. Dzień po zawodach przyjechałem do swojego warsztatu i własnoręcznie musiałem szorować motocykl po ściganiu w Diedenbergen. Jeszcze dziś pamiętam, że jako mistrz świata solidnie na kolanach musiałem czyścić wszystkie części a obok nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nie muszę chyba dodawać, że żadnego świętowania mistrzostwa świata nie było. Mi zresztą się to podobało, bo przez całą karierę wyznawałem zasadę, że po sukcesach trzeba szybko przechodzić do porządku dziennego i skupiać się na kolejnych wyzwaniach – tłumaczył dwukrotny indywidualny mistrz Polski.

Piotr Protasiewicz, Sławomir Drabik i Tomasz Gollob na najwyższym stopniu podium DMŚ w 1996 roku. Foto: John Somerville Collection

Pomimo niedocenienia sukcesu przez współczesnych, z perspektywy czasu zwycięstwo Polaków w Diedenbergen stanowi pewien punkt graniczny. Po dwudziestu trzech lat bez złotego medalu w mistrzostwach świata, w 1996 roku najpierw za sprawą Protasiewicza w zawodach młodzieżowych, a później dzięki Gollobowi i Drabikowi Polacy powrócili na należne im miejsce w hierarchii światowego żużla. Co jednak najważniejsze, od tego momentu było tylko lepiej…

7. 19 czerwca 2010 roku – polskie podium w Grand Prix Polski w Toruniu

Ponownie przesuwamy się o kilkanaście lat i docieramy do 2010 roku. Roku być może najlepszego w historii polskiego żużla. Złoto Drużynowego Pucharu Świata wywalczone w Vojens, złoto Tomasza Golloba i srebro Jarosława Hampela w Indywidualnych Mistrzostwach Świata, czwarte miejsce – było nie było – reprezentującego Polskę Runego Holty i fantastyczna postawa Janusza Kołodzieja, która przełożyła się na złote medale Ekstraligi, Indywidualnych Mistrzostw Polski, dwa finały Grand Prix w dwóch startach w roli dzikiej karty oraz stałą dziką kartę na sezon 2011.

Gdyby jednak chcieć wskazać jeden moment, w którym Polacy pokazali całemu światu swoją niepodważalną dominację, to musi nim być toruńska runda Grand Prix. W czerwcu 2010 roku Motoarena – obiekt jak na żużlowe realia imponujący – po raz pierwszy w swojej historii ugościła zmagania najlepszych żużlowców globu. Szczelnie wypełniająca obiekt publika mogła dopingować czterech Biało-Czerwonych – wspomnianych Golloba, Hampela i Holtę oraz miejscowego Adriana Miedzińskiego. Wszyscy czterej przedostali się do półfinału (Miedziński tej sztuki dokonał… z sześcioma punktami). Jedynie torunian swój udział w imprezie zakończył na tej fazie zawodów, wobec czego w finale zobaczyliśmy trzech Polaków i obrońcę mistrzowskiego tytułu, Jasona Crumpa. Co było dalej?

8. 25 września 2010 roku – zdobycie złotego medalu Indywidualnych Mistrzostw Świata przez Tomasza Golloba

Zwycięstwo Golloba w Toruniu rozpoczęło jego powolną ucieczkę w klasyfikacji generalnej cyklu Grand Prix, choć przed zawodami na Motoarenie wydawało się, że rywalizacja między nim a Jarosławem Hampelem może potrwać do końca zmagań. Po dziewięciu z dwunastu rund przewaga Golloba wynosiła siedem oczek. Kluczowe dla losów tytułu mistrzowskiego były turnieje w Vojens i w Terenzano. W Danii Chudy zwyciężył z kompletem dwudziestu czterech punktów, powiększając swoją przewagę na dwie rundy przed końcem do dwudziestu punktów. Równie imponująco bydgoszczanin prezentował się na włoskiej ziemi, gdzie po jedynce w pierwszej serii był niepokonany do końca zawodów.

Wymarzony złoty medal Indywidualnych Mistrzostw Świata Gollob mógł świętować po półfinałowej porażce Jarosława Hampela. Niezależnie od wyniku ostatniego wyścigu włoskiej rundy Grand Prix, 39-latek miał dwadzieścia sześć punktów przewagi nad młodszym o jedenaście lat rodakiem. Nawet ewentualna kontuzja wykluczająca ze startu w ostatnich zawodach w Bydgoszczy (którą później Gollob faktycznie odniósł… na motocrossie) nie mogła go już pozbawić krążka.

Tomasz Gollob ze złotym medalem Indywidualnych Mistrzostw Świata. Bydgoszcz, 9 października 2010. Foto: Jarek Pabijan

9. 27 maja 2017 roku – polskie podium w Grand Prix Łotwy w Dyneburgu

Między 2010 a 2019 polscy żużlowcy seryjnie zdobywali medale Indywidualnych Mistrzostw Świata, wygrywali poszczególne rundy Grand Prix oraz kontynuowali dominację w speedwayu reprezentacyjnym, raz po raz zwyciężając w Drużynowym Pucharze Świata. Mimo tego, by zobaczyć Polaka na podium indywidualnej imprezy mistrzowskiej, trzeba było przeglądać galerie zdjęć z imprez do lat dwudziestu jeden.

Wobec tego na szczególne wyróżnienie zasługuje występ Polaków w łotewskim Dyneburgu w maju 2017 roku. Występ bardzo zbliżony do tego Golloba, Holty i Hampela z Torunia siedem lat wcześniej. Tym razem w rolę gwiazdy wieczoru wcielił się Piotr Pawlicki, dla którego było to jedyne zwycięstwo w Grand Prix w dotychczasowej karierze. Leszczynianin po spokojnym wejściu w zawody, od trzeciej serii był bezkonkurencyjny na domowym obiekcie Lokomotivu (1,2,3,3,3,3,3). Drugie miejsce zajął ówczesny lider klasyfikacji generalnej Grand Prix, Patryk Dudek (1,1,3,3,3,3,2), który podobnie jak jego kolega z Leszna na dobre rozkręcił się w drugiej fazie zawodów. Podium uzupełnił Maciej Janowski, któremu pomógł w tym defekt Jasona Doyle’a w wyścigu finałowym. W ten sposób historia zatoczyła koło i ponownie trzej Polacy okazali się lepsi od australijskiego mistrza świata o imieniu Jason.

10. 5 października 2019 roku – złoty medal Indywidualnych Mistrzostw Świata Bartosza Zmarzlika

Trzecie miejsce – w wieku siedemnastu lat – w debiucie w Grand Prix. Dwa starty później pierwsze zwycięstwo – w wieku dziewiętnastu lat. Brązowy medal w pierwszym sezonie w roli stałego uczestnika – w wieku 21 lat. Po takim wejściu do światowej czołówki chyba tylko najbardziej nieprzychylni gorzowianinowi mogli wierzyć w to, że nie zdobędzie on w mniej lub bardziej odległej przyszłości złoty krążek mistrzostw świata.

Jak się okazało, doszło do tego dosyć szybko, choć ten złoty medal rodził się w bólach. O emocje zadbali Leon Madsen i Emil Sajfutdinow, którzy do ostatniej chwili naciskali wychowanka Stali Gorzów Wielkopolski. Zwłaszcza Duńczyk był wyjątkowo zaciekłym rywalem. Ba, do pewnego momentu to właśnie debiutujący w gronie piętnastu najlepszych żużlowców globu Skandynaw wydawał się być faworytem do zdobycia krążka z najcenniejszego kruszcu.

Podobnie jak w przypadku Golloba w 2010 roku, decydujące znaczenie miała runda w Vojens. Na trudnym, błotnistym torze Madsen stracił jedenaście punktów do Polaka i pomimo imponującej postawy w Cardiff i w Toruniu musiał obejść się smakiem. Zmarzlik przypieczętował swój pierwszy tytuł mistrzowski w półfinale, w pokonanym polu zostawiając Emila Sajfutdinowa, Taia Woffindena i Fredrika Lindgrena.

11. 3 października 2020 roku – złoty medal Indywidualnych Mistrzostw Świata Bartosza Zmarzlika

Trzeci polski mistrz świata w dziejach już po roku stał się też dopiero trzecim żużlowcem w dziejach Grand Prix, któremu udało się obronić złoty medal wywalczony rok wcześniej. W ten sposób kiniczanin dołączył do całkiem ekskluzywnego grona, w którym – poza nim – swoje miejsca mają Tony Rickardsson i Nicki Pedersen.

Tegoroczne Grand Prix mamy świeżo w pamięci, wobec czego nie trzeba ze szczegółami przypominać czterech zwycięstw, sześciu finałów i ośmiu półfinałów w ośmiu startach Zmarzlika, jednak podkreślania wymaga, że pomimo tak fantastycznej postawy, niemal dominacji Polaka, musiał on walczyć o tytuł – tak jak przed rokiem – do półfinału ostatniej rundy. Gdyby nie udało mu się w nim zająć miejsca w pierwszej dwójce, a jego kosztem do ostatniego wyścigu sezonu awansowałby Tai Woffinden, być może musielibyśmy szukać innego wydarzenia godnego miejsca w dzisiejszym zestawieniu.

JAKUB WYSOCKI