Główny partner portalu

Jarosław Hampel. Foto: Speedway Motor Lublin
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

Jarosław Hampel rozpoczął karierę jako szesnastoletni, nieopierzony kurczak, ale za to z przytupem. Medale mistrzostw Polski juniorów i seniorów. Indywidualnie i drużynowo. Z czasem dorzucił do kolekcji 6 złotych krążków DMŚ, dwa srebra i brąz w SGP, a także niezliczoną ilość medali krajowych, na czele z czapką Kadyrowa. Kawał dorobku i kawał historii polskiego speedwaya. Po ciężkiej kontuzji, mając ponad trzydziestkę na karku, postanowił zacisnąć zęby i… raz jeszcze wrócić do ścigania. Co go do tego pchało, który z triumfów w turniejach SGP szczególnie utkwił mu w pamięci, jak widzi swoją przyszłość w sporcie i kto wywarł największy wpływ na rozwój medalisty MŚ – o tym w naszej rozmowie.

Na początek przyjmij szczere życzenia urodzinowe. Beztroskiej frywolności.

A dziękuję bardzo.

Zaczniemy od quizu. Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic, to razem mamy dokładnie tyle, żeby…
a) wyjechać do pracy zagranicę,
b) wziąć chwilówkę z Providenta,
c) zacząć ścigać się na żużlu,
d) wybudować fabrykę?

Chyba wybrałbym odpowiedź c.

To akurat cytat z filmu „Ziemia obiecana” Andrzeja Wajdy, którego akcja dzieje się w Łodzi, Twoim rodzinnym mieście. Skoro jednak wybrałeś wariant c, to jak to jest z tym żużlem u Ciebie – ziemia obiecana, czy przekleństwo?

Oooch, to całe moje życie, od czasów bardzo wczesnej młodości. Nie wiem, czy można to nazwać ziemią obiecaną, ale poniekąd tak. To dziedzina, w której się odnalazłem.

Nie przekonasz mnie jednak, że we wczesnej młodości codziennie dojeżdżałeś pociągiem z Łodzi do Piły na treningi?

Nie, absolutnie nie. To jest taka historia, że kiedy byłem małym chłopakiem już mieszkałem nieopodal Leszna. W Łodzi w zasadzie “tylko” się urodziłem, jednak nie spędziliśmy tam z rodzicami zbyt wiele czasu. Mieszkając pod Lesznem, wiadomo – region bardzo żużlowy, nie mogłem nie trafić do mini żużla. Generalnie mogę stwierdzić, że pochodzę z Leszna.

Z Łodzi wywodzi się chociażby Artur Rubinstein światowej sławy pianista. Zaskocz czymś szczególnym kibiców. Potrafisz zagrać na fortepianie, układasz kostkę Rubika w mniej niż 3 sekundy, wiążesz krawat lewą ręką?

Nie wiem. Musiałbym się bardzo mocno zastanowić. Pewnie jest coś takiego, tylko w tej chwili nic szczególnego, wyjątkowego nie przychodzi mi do głowy.

Wydaje się, że skutecznie chronisz od zgiełku medialnego swoją rodzinę, najbliższych, a może po prostu wcześniej nikt nie pytał. Czym się zajmują, co ich pasjonuje?

Porozmawiajmy o sprawach sportowych, żużlowych. Tematy rodzinne, intymne – pomińmy.

Zacząłeś w Pile jako szesnastolatek. Już w następnym sezonie (1999) wszedłeś z przytupem do polskiego speedway`a, dokładając wyraźną cegiełkę, cegłę wręcz do tytułu DMP Polonii, a przy tym burząc dotychczasową hierarchię. Była euforia, radość, czy spokój i świadomość niedostatków?

W tamtym czasie to była oczywiście wielka radość. Sama możliwość ścigania się, rywalizacji, startu w oficjalnych zawodach. To było niezwykłe. Wielkie przeżycie. A, że wyniki były przy tym niezłe, to potęgowało zadowolenie i satysfakcję. Początki były naturalnie trudne, ale dawały wiele motywacji. To były fajne czasy, zaś sam sport wyglądał trochę inaczej. Sporo przeżyłem też wspaniałych aspektów nie tylko żużlowych. Jest co wspominać.

Jako 17-to letni junior wystąpiłeś wtedy w 89 wyścigach, ze średnią prawie 1,60 na bieg, czyli ponad 8 punktów w meczu…

Skoro statystyki tak mówią. No tak, to więcej niż dziś po pięć biegów w każdym meczu rundy zasadniczej. Na pewno to jest powód do zadowolenia. Początki zawsze są najtrudniejsze. Nie każdy ma szczęście przebicia się w zawodowym sporcie. Sporcie tak naprawdę bardzo trudnym, bo żużel nie należy do najłatwiejszych dyscyplin. W tych najmłodszych latach podstawowe znaczenie ma ukształtowanie się do tej rywalizacji. Nie każdy ma predyspozycje. Wygląda na to, że ja miałem i mam do dzisiaj, co tylko mnie ogromnie cieszy i napędza.

W tamtym czasie, początków kariery był ktoś szczególny, kto pomógł Ci się przystosować?

Zanim nastąpił etap pilski, moim pierwszym opiekunem, wychowawcą, nawet powiedziałbym… (dłuższe zastanowienie), trenerem, mentorem? Tak trenerem, był śp. Mariusz Okoniewski. To on nauczył mnie najwięcej jeśli chodzi o podstawy. W czasach juniorskich sportowo zdecydowanie kształtował mnie Mariusz Okoniewski. Nauczył mnie wszystkiego co najważniejsze w żużlu. Napisz to koniecznie tłustym drukiem.

Rafał wspominał w jednej z pogaduch, że kiedy nagle zabrakło ojca, cały żużlowy świat mu się zawalił i musiał zaczynać wszystko praktycznie od początku?

Tak pewnie było. Ja miałem okazje spotkać Mariusza jeszcze na małym torze. Wywodzę się z mini toru w Pawłowicach nieopodal Leszna, gdzie Okoniewski senior był opiekunem. Miałem z nim znakomity kontakt. Praktycznie mieszkaliśmy po sąsiedzku. Bardzo dużo nauczył mnie nie tylko na torze, ale też jeśli chodzi o podejście do tej dyscypliny. Kwestie mentalne, techniczne, przygotowanie motocykla. Tę wiedzę zdecydowanie jemu zawdzięczam. On mnie ukierunkował, szczególnie gdy mówimy o takich pierwszych krokach w żużlu.

Ledwie odebrałeś dowód osobisty, a już stałeś na podium IMP. Srebro w przerwanym po czterech seriach, pilskim finale z sezonu 2000. Trzy trójki i wykluczenie, pamiętasz okoliczności?

Tego się nie zapomina. Jechałem na drugiej pozycji, za Jackiem Gollobem. Na drugim wirażu wpadłem w koleinę i mój motocykl wyciągnęło pod samą bandę. Niestety uderzyłem w ogrodzenie i nie dojechałem do mety.

Troszkę Cię te srebra „prześladowały”. Potem była Częstochowa w 2004 i baraż o złoto, przegrany z Grześkiem Walaskiem?

Fakt. Wtedy też niewiele brakło, ale pamiętam, że również miałem upadek w tym barażowym starciu. Nie udało się. Udało się za to w 2011 i założyłem wreszcie wymarzoną czapkę Kadyrowa. Finał w Lesznie, niemalże w domu zatem. Byłem w znakomitej dyspozycji. Forma dopisywała. Wygrałem wszystkie wyścigi i zdobyłem upragnione złoto.

Dorobek, którego nikt nie podważy, to dwa srebra i brąz w SGP. Do tego 6 złotych medali DMŚ. W samym Grand Prix 25 razy na podium i sześć wygranych turniejów. Z czasem nie powszedniało?

Nie. Każdy sukces cieszył jak ten pierwszy, debiutancki. Nawet może coraz bardziej z każdym turniejem i rokiem. Radość była zawsze ogromna. Powiem więcej. Uważałem nawet, że wygrywam zbyt mało. Kiedy byłem w finałach, a okoliczności sprawiały, że nie triumfowałem pozostawał spory niedosyt. Sportowa złość. Z jednej strony tłumaczyłem sobie, że widocznie tak musiało być. Z drugiej byłem zwyczajnie zły na siebie i cały świat. Kilka turniejów jednak wygrałem i jestem z tego dumny, bo zostało zapisane w kartach historii. Zawsze starałem się być przygotowany do zawodów pod każdym względem perfekcyjnie. To jednak niczego nie gwarantuje w sporcie. Myślę, że dawałem radę. Parę tych medali mistrzostw świata w końcu jednak zdobyłem.

Pośród tych zwycięstw jedno było nietypowe, bo w Nowej Zelandii. Był czas poskakać w torbie kangura?

To był bardzo fajny i udany sportowo wypad. Cała atmosfera znakomita. Był niepokój przed wyjazdem. Trochę taka niewiadoma. Co nas czeka, jak będzie wyglądał obiekt, tor, organizacja? Byłem podekscytowany. Okazało się, że wyjazd był dla mnie bardzo szczęśliwy, bo zwieńczony zwycięstwem. Do dzisiaj wspominam z sentymentem te zawody. Pamiętam każdy wyścig. No i był czas żeby pozwiedzać. Piękny kraj, znakomite wspomnienia. Ludzie głodni żużla. Widać było, że speedway ma tam swoje honorowe miejsce. Cieszy się estymą. To jednak tłumaczą wyborne tradycje Nowej Zelandii w naszej dyscyplinie. Logistycznie nie było to jakieś ogromne wyzwanie. W końcu mamy XXI wiek. Warto było. Owocna wyprawa.

Początek w SGP to był rok 2004. Spokojne utrzymanie w cyklu, ale dwa razy na pudle?

No tak. Przez długi okres czasu starałem się przebić w rywalizacji o SGP. Powiedzmy sobie szczerze, że było to wówczas o tyle trudniejsze, patrząc na nazwiska, iż nie było słabych, a w turniejach startowało przynajmniej 14-tu faworytów, z których każdy mógł wygrać z każdym. To był bardzo mocny skład. Moje wyniki były trochę jak sinusoida. Raz lepiej, raz gorzej.

Po sezonie 2007 pożegnałeś na chwilę SGP, by wrócić w 2010 i to od razu ze srebrem?

To prawda. Miałem czas żeby przygotować się do powrotu i chyba dobrze go potrafiłem wykorzystać. Wróciłem lepiej przygotowany i bardziej doświadczony jako zawodnik. Cykl o tytuł jest specyficzny. Inny niż liga, czy turnieje indywidualne. W szeregowych zawodach rywalizuje mnóstwo żużlowców, zaś szansę walki o medale mają nieliczni. Trzeba nieco poznać warunki gry i ochłonąć. Walczyłem mocno, ale złota nie dogoniłem.

Wygrał wtedy Tomek Gollob i on chyba zawłaszczył medialnie także Twój medal?

Tak było. To oczywiste i naturalne. Nie mam pretensji do losu. Kibice tyle lat czekali na złoty medal Polaka. Siłą rzeczy, to zainteresowanie Gollobem i jego zwycięstwem było zrozumiałe. Cóż poradzić. W sporcie pamięta się zwykle tylko triumfatorów, pozostali na pudle de facto są przegrani. Nie zdobywa się srebra, tylko przegrywa złoto.

Brązowy krążek w następnym roku został odebrany, miałem wrażenie, z niedosytem. Tylko brąz?

No pewnie tak. W jednym z turniejów nie pokonałem Andreasa Jonssona, nie powtórzyłem II miejsca w łącznej punktacji i byłem wściekły, że zawiesiłem „tylko” brązowy krążek. Odbiór medialny mniej mnie interesował. Zawiodłem po trosze siebie. Taki jest jednak sport, nie ma co dyskutować z faktami. W 2013 jeszcze raz zdobyłem srebro. Co powiedzieć? Tak się potoczyła ta rywalizacja. Do złota zabrakło, ale trzykrotnie stałem na podium całego cyklu. Widocznie tak musiało być. Miałem wtedy kłopot z tymi jednodniowymi torami. One raczkowały, myśmy się ich uczyli. Innym nie było łatwiej. Do spektakularnego złota wciąż brakowało, ale podwójne srebro i brąz to chyba nieźle. Jestem z tego dorobku bardzo dumny.

Większość świadomego życia spędzasz na żużlu. Była chwila na refleksję, zastanowienie – co potem?

To nie tak, że zupełnie o tym nie myślę. Teraz jednak nadal startuję i koncentruję wysiłki na poprawie dyspozycji i jak najlepszym przygotowaniu do kolejnych zawodów. Przyjdzie taki czas, że trzeba będzie poważnie się zastanowić i podjąć mądre decyzje. W tej chwili zaczęliśmy jednak kolejny sezon i to całkowicie pochłania moje myśli i mój czas. Jestem skupiony i zaabsorbowany trwającymi rozgrywkami. Zima przepracowana, więc jestem zaangażowany, by poprawić wyniki w sporcie, który cały czas sprawia mi olbrzymią frajdę, będąc niemal solą życia. Mam optymistyczne nastawienie, dobrze przysposobiony sprzęt i liczę na dobre efekty. Zatem bojowo i do przodu. A gdy przyjdzie pora, zastanowię się co dalej.

Wciąż jesteś głodny sukcesu? Z tyłu głowy tli się jeszcze myśl o powrocie do SGP?

Wszystko kwestia jaką będę dysponował formą. Jeśli zdołam zbudować formę na miarę startu w cyklu, to na pewno dobrowolnie nie zrezygnuję. Nie chcę jednak niczego deklarować na wyrost, a potem się z tego wycofywać. Nie mówię zbyt dużo, tylko robię swoje, najlepiej jak potrafię. Zobaczymy co przyniesie sezon. Tor wszystko zweryfikuje.

Dokądkolwiek nie trafiłeś w czasie kariery nigdzie nie przychodziłeś na chwilę. Nie lubisz zmieniać otoczenia?

Nie, zdecydowanie nie. Tak się szczęśliwie układało, że dokąd bym nie trafił, wszędzie spędziłem kilka udanych sezonów. Moja kariera poukładała się tak, że w każdym zespole byłem dobrze traktowany i miałem warunki do osiągania najlepszych wyników. I te sukcesy osiągaliśmy. Z każdego klubu mam szereg pozytywnych wspomnień. Na początku Piła, później Wrocław, Leszno i Zielona Góra, teraz Lublin – kurcze, naprawdę miałem szczęście. Mnóstwo dobrych wspomnień i tylko dobrych wspomnień.

Sprawiasz wrażenie faceta bez emocji, stawiającego cel i krok po kroku do niego dążącego. Doradziłbyś coś młodzieży? Jak uniknąć wody sodowej?

Czasem po jednym, dwóch udanych występach kreuje się chłopaka na odkrycie sezonu, gwiazdę. Najgorzej kiedy w to uwierzy. Trzeba mieć do tego dystans i chłodną głowę. Nie chcę tu uprawiać żadnej filozofii. Decydują indywidualne cechy. Na pewno pomagają pokora i systematyczność. Praca. Dużo świadomej, mądrej pracy. Trzeba też przy tym twardo stąpać po ziemi. Chyba tyle.

Pytałem, bo kiedy osiągałeś pierwsze sukcesy, jeszcze jako nastolatka, media kreowały Cię na następcę Tomka Golloba. Miałeś prawo ulec tego rodzaju narracji?

Być może. Starałem się jednak mieć taką mentalność, by nie ulegać zgiełkowi i zamieszaniu medialnemu. Koncentrowałem się na sprawach istotnych, nie rozdrabniając zainteresowania na historie bez znaczenia dla rozwoju kariery. Nie byłem chyba podatny na taką tanią, mołojecką sławę.

Z jednej strony sport to uwielbienie tłumów, zainteresowanie mediów, z drugiej ciężkie urazy i najczęściej samotna, codzienna walka o powrót. Tobie przyplątała się potworna kontuzja. Pogruchotane udo, groziła wręcz amputacja?

No tak. Bez dwóch zdań. Ta kontuzja mogła zakończyć nie tylko moją karierę sportową. Mogła, mówiąc wprost, zrobić ze mnie kalekę. To nie było zwykłe złamanie kości udowej w jednym miejscu. Ta kość była tak pogruchotana jakby ktoś wrzucił granat do środka. Tak to opisał lekarz, który mnie operował. I to są wymowne słowa. Żeby wrócić do pełnej sprawności po takim nieszczęściu, a potem wrócić do tak niebezpiecznej i urazowej dyscypliny jak żużel, to trzeba… (dłuższe zastanowienie), dużo szczęścia i dużo systematycznej, tytanicznej wręcz pracy przy rehabilitacji. Trafiłem na znakomitych ludzi. Lekarzy i rehabilitantów. Oni bardzo pomagali. Miałem w sobie siłę ducha i motywację, żeby codziennie ćwiczyć po kilka godzin i tę nogę ostatecznie usprawnić. Miałem mnóstwo szczęścia, bo równie dobrze mógłbym dzisiaj być dawno poza żużlem.

Przeciętny śmiertelnik zastanawiałby się jak wyżyć z renty inwalidzkiej, a Ty, z dobrze ponad trzydziestką na karku i obiektywnym dorobkiem – znowu do żużla. Po co, dlaczego, jak? Co Cię pchało?

Tam gdzie zaczyna się żużel, tam kończy się logika. Mówiąc serio zaś. Pchała mnie miłość do tego sportu. Dzisiaj mam 39 lat i ogromnie się cieszę, że nadal mogę się ścigać, startować. Uwielbiam to robić. Może nie mam już stuprocentowego zdrowia, bo nie tylko ta ostatnia, ale też poprzednie urazy zostawiły ślad, jednak wciąż jestem w grze. To mnie napędza. Mogę rywalizować, mogę być w tym sporcie. To sens mojego życia. Jestem wdzięczny opatrzności, że mimo kontuzji, urazów, wciąż mogę robić to, co sprawia mi największą frajdę i daje tyle radości.

No dobrze, to na co stać Lublin w tym sezonie?

Hmm… (zastanowienie) Stać nas na osiągnięcie dobrego wyniku. Mamy mądrze zbudowany, zrównoważony skład. Ciekawą, dobrą formację młodzieżową i dużo pozytywnego nastawienia. Tylko nie my jedyni. Naszym rywalom również należy oddać szacunek. Każdy ma możliwie mocny zespół. Szczerze mówiąc jednak, nie oglądamy się na innych. Jesteśmy skoncentrowani na swoim przygotowaniu, tak fizycznym, jak sprzętowym. Liczy dyspozycja indywidualna każdego z nas. Pracujemy, by była optymalna, a sprzęt był szybki.

Drugi sezon praktycznie bez kibiców. Jak to wygląda z perspektywy zawodników, doskwiera ten brak dopingu, czy nic nie zmienia?

Mówiąc ogólnie jazda bez kibiców jest w cudzysłowie słaba. Smutny jest widok pustego stadionu, smutny pustych trybun. Biorąc pod uwagę jak popularny jest żużel i jaka liczba kibiców przychodziła na mecze, bardzo ich brakuje. Zawsze podczas rywalizacji atmosfera była świetna. Stadiony żyły. I nie mówię tu o jednym klubie. Tak było wszędzie. W każdym klubie żużlowym w Polsce. W tym zestawieniu widok pustych trybun jest przygnębiający. Chcielibyśmy żeby to wszystko wróciło do normalności. Jak najszybciej. Chcę poczuć znowu atmosferę wydarzenia, meczu. Wtedy to nasze ściganie ma sens. Widowisko powinni na żywo oklaskiwać kibice. Naturalnie są transmisje w telewizji, ale to nie to samo. Na stadionie nie czuć do końca atmosfery zawodów. Jest cicho i smutno.

Jak widzisz przyszłość światowego żużla?

To pytanie pomińmy. Nie chcę tu na gorąco wymyślać czegoś na podorędziu. To złożona historia. Bardzo złożona.

Jeszcze raz zatem – wszystkiego beztroskiego i dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję i do zobaczenia na stadionach.

Rozmawiał PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI