Żużel. Jan Krzystyniak: Poszła fama, że musiałem puścić Jankowskiego. Dwa srebra zamieniłbym na złoto

Fot. Jarosław Pabijan
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on whatsapp

W 1988 roku tytuł Indywidualnego Mistrza Polski rozstrzygnięto w formule dwudniowej. Dwa turnieje finałowe odbyły się na torze w Lesznie. Srebro zdobył wówczas Jan Krzystyniak.

 

– Dwa turnieje były na pewno bardziej sprawiedliwe. Punkty z dwóch imprez się sumowały i tym samym wykluczano, nazwijmy to, pewną „przypadkowość”.  Powiem jednak też, że tak naprawdę niewiele to zmieniło. Z tej grupy prowadzącej w stawce „zleciał” chyba tylko Jasiu Stachyra, który po pierwszym dniu był na drugim miejscu. Czy jeden dzień finałów, czy dwa, czy więcej? Trudno ocenić. Teraz mamy trzy turnieje i zobaczymy jak to wyjdzie. W trzech na pewno nie będzie mowy o przypadku, ale gdyby to ode mnie to zależało, to bym pozostał ewentualnie przy dwóch dniach, jak ktoś chce wprowadzać „nowinki” – mówi nam były zawodnik rzeszowskiego klubu. 

Zielonogórzanin w swojej karierze dwukrotnie zdobył tytuł wicemistrza kraju. Czy czuje się zatem w tych rozgrywkach zawodnikiem spełnionym? Czego dwukrotnie zabrakło do złota?

– Zawsze brakowało mi punktów (śmiech – dop.red.). A tak na poważnie, to zawsze jakiś przypadek płatał mi figle. W 1988 roku w ostatnim biegu z Romanem Jankowskim zatarł mi się motocykl. To wtedy w Lesznie poszła słynna fama, że Krzystyniak musiał puścić Romka Jankowskiego a ja miałem po prostu defekt. Chciałem wygrać, ale wygrała złośliwość rzeczy martwych. Podobnie było rok później, już w finale jednodniowym. W pierwszym biegu, na prowadzeniu, na trzecim okrążeniu, urwał się łańcuszek rozrządu. Spadłem chyba wtedy, o ile pamiętam, na trzecią pozycję i gdyby nie to, może miałbym tytuł mistrza Polski. Jak widać, nie było mi dane stanąć na najwyższym stopniu podium. Na pewno te dwa srebra zamieniłbym na jedno złoto – kontynuuje nasz rozmówca.

Bez wątpienia najgorzej Jan Krzystaniak wspomina finał IMP z 1991 roku, kiedy to zmagania na torze w Toruniu zakończył po jednym starcie. – Wtedy dużo sobie obiecywałem. Czułem się pewnie w sezonie 1991. Miałem dobrą formę i dobry sprzęt. Myślę, że mogłem tam coś osiągnąć. Upadek w pierwszym starcie na pierwszym okrążeniu i kontuzja. Generalnie, wie Pan, chyba czuję się spełniony w tych swoich finałach. W każdym jechałem na miarę aktualnych możliwości i ostateczny wynik weryfikował ich ówczesną skalę – podsumowuje Jank Krzystyniak.